31.3.17

Wiosenny Tag Książkowy vol.1 :)


Witajcie! Dziś mam dla was coś lekkiego, na rozluźnienie przed nadchodzącym zalewem postów, który dla was planuję! Mam nadzieję, że podołam temu i posty będą co dwa dni :) Dawno nie było posta, ale to się zmieni! Będę o to walczyć z całej siły, bo kocham prowadzenie bloga. 


Także, bez zbędnego gadania, zapraszam do kolejnego już na tym blogu tagu! :) 




1. Ulubiona książka z zieloną okładką! 

Prawda jest taka, że nie ma takowej w domu. Chyba, że za zieloną uznamy okładkę książki "Królowej lodów z Orchard Street". A powiedziałabym, że nie do końca jest zielona. W domu takowych nie mam, ale pamiętam jedną, cudowną książeczkę, mam na myśli oczywiście drugi tomik "Serii Niefortunnych Zdarzeń" (ona zielony ma tylko grzbiet, ale zapomnijcie o tym fakcie :D). A dokładniej "Gabinet gadów". Praktycznie od razu przyszła mi do głowy, gdy pomyślałam o zielonej książce. Uwierzcie mi, ta seria jest niesamowita i polecam ją każdemu. Nie będę się tu za bardzo rozpisywać, po prostu zerknijcie do recenzji pierwszego tomiku. 



2. Książka, która zawsze wyciąga Cię z doła. 

I tu mam zagwozdkę. A dlaczego? Bo kompletnie nie wiem co wybrać! Książki zawsze czytam tylko raz, chyba że trafi się jakaś naprawdę świetna. I dlatego mam problem. Jako, że moja pamięć nie jest jakaś niesamowita i nie pamiętam wielu książek, które czytałam, to stwierdziłam, że wybiorę nie książkę, a mangę. A dokładniej mówiąc, mojego ukochanego "One Piece". Póki co, mam tylko 4 tomy, ale zawsze gdy jest mi smutno, to sięgnę sobie po któryś i ponownie zagłębiam się w cudowny świat pełen piratów. Mimo, że znam już te wydarzenia, bo oglądam anime, to powrót do akcji, która działa się na samym początku, podczas gdy w anime jestem na 550 odcinku, jest czymś naprawdę niesamowitym. 


























Uwielbiam ją i serdecznie polecam wam tę mangę, oczywiście anime także :) Uwielbiam ten humor, tych bohaterów, fabułę, kreskę. I pomyśleć, że jeszcze rok temu, "One Piece" było dla mnie nic nie wartym gniotem, z dziwną kreską. Nie wolno oceniać książki po okładce, a anime po kresce. Do dziś dziwię się, jak mogłam tak sądzić ;) Musiałam być straszną ignorantką, nie ma co się oszukiwać xD

























3. Najbardziej irytująco-optymistyczna książka. 
No i mam kolejną zagwozdkę... Ech. (Mam na myśli oczywiście to, że moja pamięć zawodzi i nie mogę sobie nic przypomnieć). Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia, więc po prostu przejdźmy dalej. Nie ma to jak robić tagi nie pamiętając książek, brawo ja :D


4. Ulubiona książka, w której występują zwierzęta. 

Ooooooooo! Kocham książki, w których zwierzę jest głównym bohaterem. Naprawdę <3 Mogłabym czytać takie cały czas. I przyznam się, że takie książki, czyta mi się o wiele lepiej. Sama nie wiem dlaczego. Uwielbiam patrzeć na świat oczami zwierząt. To jest naprawdę cudowne doświadczenie. Dlatego też, w kwestii tego pytania, nie mam żadnego problemu z odpowiedzią. Wiem, że powinnam napisać tylko jedną książkę, ale to naprawdę trudne, jak się jest takim maniakiem zwierzęcych książek jak ja. 






























Ogólnie uwielbiam serię "Animorphs", jest naprawdę świetna! Jednak, ważne miejsce w moim sercu zajmuje także seria "Spirit Animals" (chyba dobrze to napisałam) i seria "Wojownicy", która jest teraz od nowa wydawana przez wydawnictwo Nowa Baśń. Uwielbiam także "Paxa". Jednak, nie są one dla mnie tak ważne, jak stare książki o zwierzętach. A dokładniej mam tu na myśli książki Jacka Londona i Jamesa Olivera Curwooda. Są one cudownym wspomnieniem z dzieciństwa, jak byłam młodsza potrafiłam czytać je po kilka razy. Panie w bibliotece dziwiły się, gdy przychodziłam po raz kolejny i znów brałam tę samą książkę. Kocham też książki Piotra Kordy, mam na myśli oczywiście "Waderę" i "Rudogrzywę, córkę wadery". 


























Och, mogłabym gadać o tych książkach godzinami. Może zrobię oddzielny post na ten temat? Co sądzicie? :)


5. Ulubiona książka wydana na wiosnę. 

Jest jedna taka książka, którą czytałam niedawno i którą uwielbiam. A mam na myśli oczywiście "Zakazane życzenie". Jest naprawdę świetna i na pewno jeszcze do niej wrócę i to nie raz <3 Jest warta każdej godziny, którą poświeciłam na jej przeczytanie. Uwielbiam "Baśnie tysiąca i jednej nocy" i bardzo podobało mi się, że ktoś do nich powrócił i odświeżył w tak cudowny sposób! Polecam ją wam serdecznie i oczywiście jak klikniecie wyżej, to zostaniecie przeniesieni do mojej recenzji tej książki. Tam dowiecie się nieco więcej, co do moich odczuć związanych z nią.  

Tutaj powiem wam tylko, że naprawdę warto! :)




6. Jest piękna pogoda. Idziesz do parku. Jaką książkę ze sobą zabierasz?

Sądzę, że wybrałabym "Diabolikę". Dostałam ją ostatnio dzięki akcji w której wzięłam udział. Mam oczywiście na myśli BookTour. Zaczęłam ją czytać i naprawdę jest niesamowita. Nie przeczytałam dużo, ale sądzę, że byłaby dobrą pozycją do poczytania w parku. Aż mi szkoda, że nie mam parku u siebie na wsi.  

Napisałabym coś więcej na temat  tej książki, ale nie mam jeszcze wyrobionego zdania, przeczytałam zbyt mało. Jednak, ja tylko ją skończę, to na blogu pojawi się recenzja, także wyczekujcie, bo szkoda byłoby ją pominąć. Jest o niej głośno, każdy ją czyta. A ja dla was sprawdzę czy warto ;)

7. Ulubiona książka z okładką skąpaną w kwiatach. 

No i znowu nie mam pojęcia. Nie pamiętam książki, której okładka skąpana jest w kwiatach. Naprawdę... Nawet nie wiem czy kiedykolwiek taką czytałam. Mam dziwne wrażenie, że nie. Jedyne co przychodzi mi do głowy to "Przeklęta Laleczka", ale jej jeszcze nie czytałam, więc nie wypowiem się na jej temat. Może w przyszłości  coś wam o niej opowiem? :)


Jak tak teraz patrzę, to to nie do końca są kwiaty, ale trudno. Niech już tak zostanie ;)


Do zabawy zapraszam: 



A jak wy odpowiedzielibyście na te pytania? Piszcie w komentarzach! Z chęcią poznam wasze odpowiedzi :)

19.3.17

39. "Zakazane życzenie" Jessiki Khoury


Jestem pewna, że każdy z Was zna "Baśnie tysiąca i jednej nocy". Na pewno kojarzycie Ali Babę, Sindbada czy Aladyna. Dla wielu z nas te opowieści są cudownym wspomnieniem dzieciństwa, które sprawia, że na naszych twarzach wykwita najpiękniejszy z uśmiechów. Ten, który jest odzwierciedleniem uśmiechu małego dziecka. Pełnego prawdziwej radości i szczęścia. Praktycznie niemożliwe jest aby je zapomnieć, już nawet nie mówiąc o tym, że nikt by tego nie chciał. Dobre wspomnienia są najważniejsze w życiu, bo napędzają nas, byśmy zdobywali kolejne. Znamy je po części z filmów, czy bajek. A także z książek.

Dziś jednak mało kiedy trafia się na powieść, której akcja umieszczona jest w magicznym uniwersum baśni Szeherezady. Chyba, że po prostu ja ich nie zauważam, co jest całkiem możliwe, nie powiem, że nie. Jednak mało kiedy trafiają się perełki, które na długo zostaną w pamięci czytelnika. Jednak ostatnio, u nas w Polsce, premierę miała pewna książka, o niezwykle pięknej okładce i intrygującym tytule. Jak tylko zobaczyłam, że będzie miała premierę i zobaczyłam opinie na jej temat, to od razu wiedziałam, że muszę się z nią zapoznać. A opis tylko mnie utwierdził w przekonaniu, że szykuje się coś wyjątkowego. Jestem pewna, że wiecie o czym mówię. Oczywiście, że o "Zakazanym życzeniu" autorstwa Jessiki Khoury. Ciężko jest ją pominąć, okładkowe sroki od widząc błyszczącą niczym złoto okładkę, od razu się na nią rzucą. Co do tego nie mam wątpliwości.

"Kiedy Aladyn odnajduje magiczną lampę, Zahra zostaje przywrócona światu, którego nie widziała od pięciuset lat. Ludzie i dżinny pozostają w stanie wojny, więc aby przetrwać musi ukrywać swą tożsamość. Przybierając różne kształty, będzie trwać przy swoim nowym panu aż do czasu, kiedy ten wypowie swoje trzy życzenia. 

Wszystko się komplikuje, gdy Nardukha, potężny król dżinnów, oferuje Zahrze szansę całkowitego uwolnienia od magii lampy. Uratowanie siebie oznacza jednak zdradę Aladyna – człowieka, w którym Zahra... Zakochała się wbrew sobie. Teraz musi podjąć dramatyczną decyzję: wybrać między wolnością a uczuciem – zakazanym, lecz silniejszym niż wszystko, co znała do tej pory".

Gdy widziałam dobre opinie na temat tej książki, to wiedziałam, że będzie ona jedyna w wyjątkowa. Wychwalała ją nie tylko Colleen Houck (autorka mojej ukochanej "Klątwy tygrysa"), czy Marissa Meyer ("Saga księżycowa"), a nawet sama Sarah J. Maas (chyba nie muszę mówić, jak sławna ona jest? Na pewno każdy z was kojarzy "Szklany Tron")! Miałam do niej ogromne oczekiwania i tutaj, wyznam szczerze, że nie do końca je ona spełniła, ale nie jest to broń Boże wada! Po prostu oczekiwałam zbyt wiele, jednocześnie nie oznacza to, że książka jest słaba. Po prostu spodziewałam się czegoś innego i podczas czytania, jakaś cząstka mojej książkowej duszy, dawała mi znać, że się pomyliłam. Szeptała mi cichutko do ucha, że to nie to. Winę za to ponoszę tylko i wyłącznie ja, bo opowieść jest świetna. Jednak pod koniec, gdy dotarłam do ostatnich stron i odkryłam tajemnicę pewnego bardzo ważnego w historii pierścionka, to ledwo utrzymałam łzy. Ciężko było mi je powstrzymać, ale dałam radę. Nagle cała książka nabrała nowego sensu i urosła w moich oczach. 

Byłam niesamowicie zaskoczona i rozwiązana zagadka wyzwoliła we mnie wiele uczuć. W tamtej chwili nie wiedziałam czy się cieszyć, czy płakać, naprawdę. Podczas przygody z Zahrą i Aladynem, nawet mi do głowy nie przyszła odpowiedź na pytanie, "skąd jest pierścień"? To właśnie on doprowadził chłopaka do Zahry, więc miałam w głowie kolejne pytanie, "Dlaczego akurat Aladyn?". Ale nie domyśliłam się. I dzięki temu, zakończenie opowieści było tak magiczne, tak niesamowite. Uwierzcie mi, to było coś wspaniałego! 

Książkę czyta się lekko. Każda litera jest jak dym, każda litera przewija się przed oczami czytelnika i nim się obejrzy, nadejdzie ta ostatnia strona. Główni bohaterowie są tak wykreowani, że od razu wzbudzają sympatię i stają się jak żywi. Przez to, opuszczenie światu "Zakazanego życzenia" jest naprawdę trudne i nie przesadzę mówiąc, że i bolesne. Pokochałam tę powieść za niezwykłą lekkość z jaką płynie akcja. Nie jest za szybka, ani za wolna. Jest jak wartki strumyk, który w odpowiednich momentach zwalnia i pozwala się bardziej wczuć w uczucia bohaterów, a w innych przyśpiesza, by nadać akcji więcej powagi i przyprawić czytelnika o szybsze bicie serca. Bardzo mi się to podobało i z radością pochłaniałam kolejne strony. 

Czasami mam problem, żeby zagłębić się w historię. Jednak nie w tym przypadku. Styl pisania autorki jest fascynujący, w pewien sposób wyjątkowy. Historię opowiada nam sama Zahra. Widać, że Jessica Khoury doskonale przemyślała w jaki sposób chce ująć swoją historię. Opowiadając ją z perspektywy Zahry, wczuła się w nią tak, jakby nią była. Widać, że dłużej myślała nad tym jak to opisać. I wyszło jej to niesamowicie. Miałam wrażenie, że ten cudowny dżinn naprawdę istnieje i sam spisuje swoją historię.

Kochani, mogę wam zagwarantować, że pokochacie tę książkę, tak bardzo jak ja ją pokochałam. Nie chcę szukać w niej wad, nawet jeśli jakieś są, to uczucia jakie we mnie wzbudziła niwelują je. Pokochałam ją za styl pisania, motyw zakazanej miłości, magię, a także niezwykle wzruszającą i poruszającą historię. Możliwość zapoznania się z nią, była czymś wspaniałym. I mam nadzieję, że autorka napisze kolejne książki, oparte na świecie baśni tysiąca i jednej nocy. Bo pustkę, jaką w tej chwili czuję w sercu, mogą wypełnić tylko dwie rzeczy. Przeczytanie "Zakazanego życzenia" jeszcze raz, albo przeczytanie kolejnej książki autorstwa Jessiki Khoury.

"Zakazane życzenie" jest jak spektakl, który rozgrywa się wokół nas. Pełna emocji, barw i magii, kręci się jak karuzela migocąc milionami barw. Historia sama w sobie jest ciekawa, ale gdyby nie styl autorki, to sądzę, że nie poruszyłaby tak bardzo mojego serca. "Zakazane życzenie" jest jak klejnot, który przyciąga oko nie tylko okładką (która swoją drogą jest naprawdę piękna!), ale w szczególności zawartością. Jest jedyna w swoim rodzaju i nie do przebicia. 

Za możliwość przeczytania tej książki z całego serca dziękuję Wydawnictwu SQN.

9.2.17

38. Seria Niefortunnych Zdarzeń "Przykrego początku" Lemony Snicket

Jestem pewna, że każdy z Was, ogladając youtube, albo telewizję, albo po prostu przeglądając Snapchata, bądź Facebooka, choć raz natrafił na pewną reklamę. Spoziera z niej na nas trójka uroczych dzieci i dziwnie wyglądający mężczyzna, posiadający tylko jedną brew. W sensie, monobrew. Coś czuję, że już wiecie o czym mówię. Mocno reklamowany stworzony przez Netflixa serial, który ostatnio miał swoją premierę. Tak, mówię o "Serii Niefortunnych Zdarzeń".


A wiecie, że został stworzony na podstawie książek?

Cały czas słyszę tylko o tym. Seria Niefortunnych Zdarzeń, Seria Niefortunnych Zdarzeń, Seria... Tu reklama, tu snapy dziewczyn prowadzących blogi książkowe, na który wychwalają książki pod niebiosa. Każdy mój ruch w internecie śledził straszliwy Olaf, czekając aż zapoznam się z przygodami rodzeństwa Baudelaire. Chociaż nazwanie tego przygodą jest wielkim błędem. To raczej pechowe sytuacje, tak jak tytuł serii mówi, niefortunne zdarzenia. W końcu nie wytrzymałam. Co to za seria książek, tylko rok młodsza niż ja, której ja nie znam? Jak to możliwe, że będąc dzieckiem, nigdy nie miałam z nią styczności? Dlaczego wszyscy ją tak wychwalają? 

I pożyczyłam. Od razu pięć tomów. "Przykry początek", "Gabinet Gadów", "Ogromne Okno", "Tartak Tortur" i "Szkołę Antypatii". Zaczęłam czytać i przepadłam. Do teraz głowię się, jak to możliwe, że nie znałam tych książek. 

Dziś opowiem Wam troszkę o "Przykrym początku", może innym razem zahaczymy o kolejne tomy, jeśli oczywiście będziecie chcieli. Cała seria ma 13 tomów, więc mój pomysł jest taki, że teraz zrecenzuję Wam tom pierwszy, a potem podsumuję całą serię. Recenzja każdego tomu z osobna, zniszczyłaby Wam przyjemność z czytania, a uwierzcie mi, nie chcecie tego. Cała przyjemność jest właśnie w tym, że nie wiemy co nas czeka i brniemy (w znaczeniu dobrym oczywiście) w smutną historię genialnych dzieci. 

"Przykry początek", jak sam tytuł tomu wskazuje, zaczyna się przykro i to ogromną tragedią. Dzieci otrzymują straszną wiadomość podczas pobytu na plaży i od tamtej chwili gonią ich same nieszczęścia. Mimo, że są niezwykle inteligentne, pech kurczowo się ich trzyma. Chociaż nazwanie pechem, tego co ich spotyka jest kolokwialnie mówiąc, niefortunne. Dzieci od tego momentu wiodą żywot pełen przykrości i łez, który czytelnik powoli poznaje w kolejnych tomach. Ale my dziś tylko o "Przykrym początku".

W tym jednym tomiku, liczącym zaledwie 172 strony, dzieci dużo wycierpią. Wiele rzeczy utrudnia im życie: poprzez chciwego łotra, do pożaru, po spisek mający na celu zagarnięcie ich majątku. To nie może sie dobrze skończyć.

Tak też poznajemy 14-letnią Wioletkę, 12-letniego Klausa i bobasa Słoneczko. Każde z rodzeństwa jest inne, posiadają cechy, które je wyróżniają, co bardzo mi się podobało, np. Słoneczko, ma 4 ząbki i jej największą pasją jest gryzienie wszystkiego, co jest naprawdę urocze!

Mimo, że książka ta przeznaczona jest dla dzieci, absolutnie nie przeszkadza to by sięgnął po nią starszy czytelnik.  Dla dziecka będzie wspaniałą rozrywką, a osobę dorosłą skłoni do refleksji i pewnych przemyśleń. I również będzie ogromną przyjemnością. Nie sposób pominąć tej niezwykłej historii. Zapewniam, że na jednym tomie Wasza przygoda się nie skończy. Ja, pierwszy tom skończyłam w dwie godziny i to nie tylko za sprawą większej czcionki. Historia ta, choć pełna przykrości, wciągnęła mnie niesamowicie. Sama nie mogłam uwierzyć, że tak szybko ją pochłonęłam. Ledwo dotarłam do ostatniej strony, już tęskniłam za rodzeństwem Baudelaire. 

A najgorsze jest to, że byłam wtedy poza domem i nie miałam przy sobie tomu drugiego. Uwierzcie mi, chciałam jak najszybciej wrócić do domu i znów przywitać się z dziećmi. Choć ich historia jest przykra, czego nie ukrywam, to właśnie to po części sprawiło, że nie mogłam się od niej oderwać. Było to dla mnie coś całkowicie nowego. Coś innego! Każda książka kończy się happy endem, łotr zostaje pojmany, bohaterzy są szczęśliwi. Ale w tym przypadku autor od razu mówi, że tutaj jest inaczej. 

Zachwycam się nie tylko nad samym pomysłem. Uwielbiam tę książkę (jako że piszę dziś o pierwszym tomie, to "książkę", ale czytaj to "serię"), za to, że jest taka nieszablonowa. Tutaj wszystko jest możliwe. W jednej chwili, opowieść, która prawdę mówiąc, naprawdę mogłaby się wydarzyć, staje się magiczna i nierealna. W jednej chwili, gdy wydaje się, że zaraz nastąpi kolejna tragedia, dzieci wpadają na niezwykły pomysł, który jest niczym cud i prawie magicznie wychodzą z opresji. 

Niesamowite jest to, że ta seria tak bardzo wciąga. Gdy zaczynałam się nią interesować, spodziewałam się czegoś całkowicie innego. Trailer serialu wprowadził mnie w pewnien sposób w błąd, ale jak teraz się nad tym zastanowię, to zdaję sobie sprawę, że serial a książka, to coś całkowicie innego. Jednak nie zmienia to faktu, że oczekiwałam czegoś innego. I dzięki Bogu, że nie dostałam tego, co sobie wyobrażałam. Ta książka jest o niebo lepsza od tej mojej wymyślonej wersji. 

Uwielbiam bohaterów. Są prości, ale jednocześnie bardzo wyjątkowi i niepowtarzalni. Lemony Snicket stworzył postaci niesamowicie charakterystyczne, które na długo zapadają w pamięć. Nie sposób o nich zapomnieć. Właśnie za to kocham książki, dla młodszych czytelników. Proste, ale wyróżniające się czymś ciekawym, pełne postaci, które od razu podbijają serce. 

Moje serce podbiło Słoneczko. Za każdym razem, jak o niej czytam, to uśmiech sam wchodzi na moją twarz, nawet jeśli okoliczności raczej temu nie sprzyjają. Ten malutki bobas jest naprawdę uroczy i jak sobie wyobrażam jej malutką twarz, z czteroma ząbkami, to aż chce mi się śmiać. Ciekawa jestem jak oddali ją w serialu. 

Także, podsumowując. Książkę tę kocham za historię, za bohaterów i w szczególności za to, że jest tak inna od reszty książek. Jeszcze nigdy nie spotkałam się z takim podejściem w książce, dlatego bardzo mnie to na początku zdziwiło. Nie sposób nie ubóstwiać tej książeczki (reszty także, oczywiście). Czyta się ją szybciutko, dzięki powiększonej czcionce i małej ilości stron. Podziwiam autora, że w zaledwie 172 stronach zmieścił tyle treści! I podziwiam za pomysł. I za bohaterów. A także za piękne, klimatyczne rysunki Bretta Helquista. Są one bardzo specyficzne, ale cudownie uzupełniają opowieść, cieszą oko swoją innością. Ciężko jest mi opisać jak cudne są, sami musicie się przekonać.

Okładka jest przepiękna, bardzo mi się spodobała, ma pewien urok, któremu nie mogłam się oprzeć Już nawet nie mówię o innych tomach. Wszystkie razem wyglądają po prostu obłędnie i bardzo zachęcająco. 

Ta książka (seria) jest dla mnie absolutnym hitem tego roku i nie mogę doczekać się, aż zacznę czytać kolejny tom, który w tej chwili leży grzecznie w plecaku i czeka na lekcję religii. Żałuję, że nie mam tych książeczek na własność, muszę sobie je sprezentować. Dalej nie mogę się nadziwić, że wcześniej nie słyszałam o tej serii. To po prostu jest dla mnie hańba. Może lepiej już więcej o tym nie mówmy, bo tylko się pogrążam. 

Polecam Wam "Przykry początek", z całego serca! Reszty nie polecam. A dlaczego? Bo sądzę, że jeśli sięgniecie po tom pierwszy, nie będziecie potrzebować mojego polecenia, żeby przeczytać kolejne. Jeśli macie zamiar pożyczyć tę serię w bibliotece, to radzę od razu zaopatrzyć się w kilka tomów, inaczej będziecie cierpieć jak tylko skończycie pierwszą część, a tego raczej nie chcecie. Nie ważne ile macie lat, "Seria Niefortunnych Zdarzeń" jest jedną tych serii, które są ponadczasowe i każdy znajdzie w niej coś dla siebie.

Wioletka, Klaus i Słoneczko już na Ciebie czekają! ;) Daj im tę odrobinę uśmiechu, której tak im brakuje.

Pozdrawiam cieplutko i życzę zaczytanego niefortunnego dnia <3
Marlena Marszałek

7.2.17

37. "Calder. Narodziny Odwagi" Mia Sheridan

Zastanawiałeś się kiedyś, jak by to było żyć od małego w sekcie i nie znać niczego poza nią? Patrząc przez pryzmat doświadczeń, pewnie stwierdzisz, że byłoby strasznie. W szczególności w takiej sekcie, w jakiej był Calder z książki "Calder. Narodziny Odwagi", autorstwa Mii Sheridan. Podstawowe braki w żywności, brak dostępu do wody, życie w maleńkich budach, które ciężko nazwać domami. Sekta ta posiada surowe zasady których każdy musi przestrzegać. W szczególności, jeśli nie jest nikim z dowódców sekty.


Wyobrażasz sobie przepowiednię, wygłoszoną przez waszego przywódcę, która mówi o tym, że musi on poślubić wybraną, by razem z nią powieść "wierzących" do "Raju"? Nie wiesz, że za murem jest inny świat. Znasz jedynie świat, który pokazało ci życie w ugrupowaniu religijnym. Nie wiesz czym są telefony, nie masz dostępu do telewizji, żyjesz w warunkach, w których normalnie trzyma się zwierzęta, w ubóstwie, biedzie, pośród chorób i bólu. Jednak ten, kto stoi na czele wmawia ci, że musisz cierpieć, żeby osiągnąć szczęście po drugiej stronie. A sam pławi się w luksusach.

Ja nie wyobrażam sobie takiego życia. To już nawet nie chodzi o internet, prąd, elektronikę. Chodzi o wydarzenia z którymi Calder musiał się zmagać. Dziś pragnę zaprosić Cię do recenzji książki, która poruszyła i poruszy niejedno serce. Książki, która jest idealnym dowodem na to, że miłość może być silniejsza od zła, strachu i potafi rozjaśnić nawet najciemniejszy mrok. To właśnie miłość pomaga wybaczyć największe zło i największe dobro czynić.

Calder od małego dziecka, życie na terenie apokaliptycznej sekty i jest z nią bardzo mocno związany, nawet jeśli tego nie chce. Musi ciężko pracować i być całkowicie posłuszny. Gdy ma dziesięć lat, jego wzrok pierwszy raz pada na 8-letnią wtedy Eden. Chłopak jest zauroczony, ale nie zdaje sobie sprawy, że w tamtej chwili, między nimi splotła się niewidzialna sieć, łącząc ich losy już na zawsze i sprawiając, że w przyszłości wiele wycierpią. Nie zdawał sobie sprawy, że społeczność sekty nie zaaprobuje jego uczuć. Zasady mówią jasno, nie powienien nawet marzyć o tej dziewczynie, bo jej przeznaczenie, zostało już zapieczętowane. Nawet jeśli wbrew jej woli. Ma ona zostać żoną przywódcy sekty, Hectora.

Jednak delikatna Eden i pełen odwagi Calder, nie potrafią tak łatwo zrezygnować ze swoich marzeń o miłości i wolności. Uczucie, które ich łączy jest silniejsze od strachu, który rozrywa ich od środka. Postanawiają walczyć o swoją godność, o prawo decydowania o swoim życiu i ostatecznie, o coś, co czyni nas najszczęśliwszymi, o miłość. Jednak, nie jest to łatwe zadanie, gdy na ich drodze stoi szalony przywódca i jego przekabceni wierni, gotowi zrobić wszystko, by wykonać przepowiednię, która jest tylko wymysłem szalonego Hectora.


"Nie wiem, co stanie się potem, Eden, ale cokolwiek by to było, bądź odważna, Blasku Poranka. I wiedz, że gdzieś w Elizjum też bije źródło. Będę tam na ciebie czekał, Eden. Będę leżał na skałach przy jeziorku. Wyobraź sobie mnie tam, w blasku słońca. A gdy przyjdzie czas, odszukaj mnie. Będę czekał. Mam nadzieję, że będę czekał bardzo długo, Eden… ale wiedz, że tam będę. Będę na ciebie czekał, Blasku Poranka."


Czy Calder i Eden uwolnią się z objęć sekty? Kim tak naprawdę są? Czy ich miłość przetrwa?

Ja już znam odpowiedzi na te pytania. Sądzę, że czas byś i ty, je poznał.

"Calder. Nowy początek", jest pierwszym tomem dwutomowej serii Mii Sheridan. Drugi tom to "Eden. Nowy początek". Jest to niezwykła opowieść o sile miłości, odwadze i podróży w nieznane. Opowiada o szukaniu wolności, nowego sensu życia. Tutaj dobro i zło ściera się w bardzo drastyczny sposób, ukazują ponadczasową prawdę, że światło miłości, potrafi rozjaśnić każdy mrok.

Ja czytając tę książkę, nie raz odkładałam ją, żeby przemyśleć wiele spraw. Skłoniła mnie ona nie tylko do przemyślań i wyobrażania sobie, jak bym się czuła, będąc na miejscu delikatnej, niewinnej Eden, ale także do refleksji nad własnym życiem.

Uwielbiam tą książkę za to, że niczego nie próbuje udawać. Jest prawdziwa aż do bólu i ani na chwilę się nie zatrzymuje. Opowiada historię, która szczerze mówiąc, naprawdę mogła się wydarzyć. W pewien sposób przybliża nam temat sekt, chociaż jest to tylko fikcja literacka.

Bohaterowie są świetnie wykreowani, litery zamieniają się w skórę i kości, czyniąc ich równie prawdziwymi jak my. Tej książki nie można tak po prostu przeczytać. To nie jest możliwe. Tę książkę się przeżywa. Każde kolejne słowo zapada głęboko w pamięć i na pewno szybko o niej nie zapomnicie. Nawet przez chwilę nie ma momentu, w którym akcja zwalnia i jest kolokwialnie mówiąc nudna. Ja czytałam ją z zapartym tchem od pierwszej do ostatniej strony. I się w niej zakochałam. A w szczególności w Calderze. Bardzo mi zaimponował, chciałabym mieć kiedyś takiego chłopaka jak on. I poznać taką miłość, jaka była pomiędzy Calderem a Eden.

Polecam Wam tę książkę z całego serca. Jeśli szukacie powieści, która poruszy Was aż do szpiku kości, nie będąc jednocześnie ciężka, to "Calder. Narodziny odwagi", będzie idealna! Nie jest to typowa młodzieżówka, a dojrzała opowieść o miłości, poświęceniu, sile która drzemie w człowieku i... Odwadze.

Za egzemplarz recezencki z całego serca dziękuję wydawnictwo EditioRed!

Pozdrawiam cieplutko i ściskam mocno!

Marlena Marszałek

5.2.17

Jak być szczęśliwym? - czyli post, który miał być o czymś innym.


Kochani, dziś mam dla Was post, który jest dla mnie bardzo ważny. Na początku miał być na w ogóle inny temat, ale kierowana swoimi myślami, pod o mandze i anime, po jakimś czasie zamieniłam na post o szczęściu. Każdy z nas pragnie szczęścia. Dla jednych szczęściem jest, to że przeczytają książkę ukochanego autora, pojadą na koncert zespołu, który słuchają od wielu lat, a dla jeszcze innych szczęściem jest ubieranie glanów i farbowanie włosów na niebiesko. Są tacy, którzy szukając tego prawdziwego szczęścia, patrzą na opinię innych, słuchają ich słów, przez co nie pozwalają sobie spełnić marzeń.

Dzisiejszy świat nie jest normalny. Każdy, kto odstaje od normy, jest dyskryminowany. Nie potrafimy tolerować czyjegoś szczęścia. Uważamy, że robi źle, bo jest inny niż my. Ktoś nie chodzi do szkoły, bo ma swoją pasję, którą się zajmuje? Zniszczmy go, to nie jest normalne! Ktoś zrezygnował z dobrze płatnej pracy i wyjechał do innego kraju, by tam zamieszkać. Idiota! Te osoby tylko chcą być szczęśliwe.

Nie wiem dlaczego, ale my ludzie myślimy strasznie streotypowo. Co mam na myśli? Uznajemy, że normalne jest tylko to, co znamy. Bardzo często wyśmiewamy obcą kulturę i osoby, które chcą się z nią zapoznać. Lepszym przykładem jest typowy Polak. Ty, ja, oni. Wydaje się nam, że np. niebieskie włosy oznaczają wyrzutka społeczeństwa, że taka osoba ma problemy ze sobą, miała problemy w dzieciństwie itd., przez co sami ranimy takie osoby, odrzucając je i sprawiając, że naprawdę stają się wyrzutkami. A może ktoś po prostu zrobił sobie takie włosy, bo mu się takie podobały? Wcale nie świadczą one o tym, że jest gorszy niż ty! To tylko włosy. Nie oznacza to od razu, że jest złym człowiekiem. Nie będzie chodził i mordował ludzi. Chciał po prostu być wolny i szczęśliwy. Unosić się na wietrze, patrzeć w słońce wiedząc, że ruszył za marzeniami. Wolny od słów, które rzuca mu się pod nogi. Świr, idiota, odmieniec. Każdy z nas jest inny, każdy lubi bo innego. Nie można kogoś dyskryminować, niszczyć, tylko dlatego, że ma niebieskie włosy, słucha k-popu, jest grubszy, czy ogląda anime.




Gdybym ja słuchała ludzi, nigdy nie byłabym szczęśliwa. Co innego słuchać rodziny, ale gdy obcy człowiek stara się narzucić mi swoje poglądy i zdanie, mam ochotę zamordować. Dlaczego ludzie nie potrafią zrozumieć, że może ktoś jest szczęśliwy, gdy się wyróżnia? Może nie każdy chce być jednym z szeregu, jednym z tłumu. Może po prostu, ktoś ma inny gust? Nie jesteśmy tacy sami. Gdyby każdy był taki sam, gdyby każdy lubił to samo, świat byłby nudny.


Każdy ma prawo do szczęścia, a my nie mamy prawa, aby go tego pozbawić!

Gdybym słuchała ludzi nie założyłabym tego bloga, nie poznałabym Was! Nie poznałabym ukochanej Natalii z bloga "Książki widziane oczami Natalii", czy Gosi z "Recenzje Knigoholiczki". Nie dołączyłabym do Redakcji Essentia, nie pojechałabym na wspaniałe Targi Książki w Warszawie, a co za tym idzie nie zdobyłabym autografu od Cyber Mariana, czy Remigiusza Mroza.

Czym innym jest, gdy ktoś Ci podaje inne rozwiązanie, przekazuje swoje zdanie, by skłonić Cię do refleksji. Jedna gdy ktoś na siłę chce Cię zmienić, nie pozwól na to. Moja babcia całe życie mówi, że najlepiej w domu. Tak, to prawda. Ale nie ma nic złego w tym, gdy raz na jakiś czas pojadę do Warszawy, na Targi czy koncert. Jednak ona sądzi inaczej. Kocham ją i tłumaczę, że to sprawia, że jestem szczęśliwa. I mam nadzieję, że kiedyś to zrozumie.

Gdybym słuchała ludzi, nie spędziłabym wielu nocy, zafascynowana najlepszym anime na świecie "One Piece". W końcu to "chińskie bajki", kto normalny to ogląda? Ile ty masz lat, żeby oglądać bajki Mangozjeb, azjozjeb, dziwak. Nie raz słyszy się takie określenia na tych, co interesują się kulturą azjatycką. To, że coś jest animowane, nie znaczy że jest bajką. To, że coś pochodzi z Japoni, nie znaczy, że jest gorsze. Dziś nie potrafię sobie wyobrazić, żeby nie znać Luffy'ego, Zoro, Nami, Robin, Usoppa, Chooppera, Brooka, Franky'ego, Sanji'ego! Może życie bez nich nie byłoby takie samo. Byłoby mniej szczęśliwe. Nie znałabym wielu wspaniałych historii, nie płakałabym ze szczęścia, lub wzruszenia. Nie miałabym przepięknego rysunku od przyjaciółki na ścianie. To nie byłoby już to życie.


Nasze szczęście jest najważniejsze! Pod warunkiem, że nie ingeruje w szczęście innych. Warto słuchać rodziców, bo żyją dłużej niż my i więcej wiedzą o życiu. Nie chcemy się do tego przyznać, ale w głębi serca doskonale o tym wiemy. Jednak jeśli rodzic, za wszelką cenę chce Cię zmienić, nie pozwól na to! Jeśli Cię kocha, zaakceptuje takim jakim jesteś. Nie bój się marzyć i spełniać tych marzeń. Nie bój się odstawać od reszty. Bycie innym niż wszyscy nie jest karą. Jest nagrodą. Śmieją się? Niech się śmieją! Po prostu są puści i Ci zazdroszczą, że Ty masz szczęście.

Gdybym słuchała ludzi, nie słuchałabym k-popu. Nie znałabym mojego ukochanego BigBangu i innych zespołów. Nie zakochałabym się w cudownym T.O.P, nie poznałabym zespołu 24K i przez co nie pojechałabym na ich koncert, nie spędziłabym tych wielu cudownych chwil oglądania śmiesznych filmików z ukochanymi zespołami. Nie poznałabym wielu cudownych ludzi, którzy wypełnili moje życie śmiechem i radością. Nie byłabym tak blisko z ukochaną Angeliką, która tą muzykę uwielbia.

Nie byłabym tak szczęśliwa jak jestem dziś. Co prawda nie jest idealnie, ale dążę do spełnienia swoich marzeń. Wiem, że ludzie to ignoranci i nie mogą tego zaakceptować. Ale nie przejmuję się tym. Nikomu nie robię krzywdy tym, że oglądam anime. Nikomu nie robię krzywdy, marząc o napisaniu książki. Nikomu nie robię krzywdy prowadząc bloga. Nikomu nie robię krzywdy pragnąc być szczęśliwa!

Co jest w tym złego? Dlaczego mamy słuchać innych i nie spełnić swoich marzeń? Chcesz wyjechać? Wyjedź! Chcesz zrobić tatuaż? Zrób! Chcesz mieć fioletowo zielono czerwone włosy? Nic nie stoi na przeszkodzie!

Jeśli będziemy całe życie patrzeć na innych, to nigdy, powtarzam nigdy nie będziemy szczęśliwi! Czasami warto posłuchać głosu serca. Nie tylko rozumu. Kiedyś umrzesz. Nie ma co się okłamywać. I co, chcesz później na starość żałować, że nie zrobiłeś tego tatuażu na kostce? Żałować, że nie wyjechałeś do Ameryki, choć strasznie o tym marzyłeś? Żyj jakby jutra miało nie być. A wiesz dlaczego? Bo kiedyś nastanie taki dzień, gdy naprawdę go nie będzie. I będziesz żałować, że całe życie się bałeś i nic nie przeżyłeś!


Teraz weź życie w swoje ręce i posłuchaj głosu serca. Nie bądź niewolnikiem życia. Bądź wolny jak ptak, fruwaj aż do chmur. Nie bądź kroplą w morzu, bądź słońcem, które rzuca na nie promienie!


Jak być szczęśliwym? Słuchaj siebie, nie innych. 

Szablon dla Bloggera stworzony przez Devon.