Pokazywanie postów oznaczonych etykietą młodzieżowe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą młodzieżowe. Pokaż wszystkie posty

4.7.18

80. "Fałszywy pocałunek" czyli książka, która mnie zszokowała!


Oj, ale sobie poodpoczywałam, tyle czasu nie było żadnego posta! Ale hej! Naprawimy to ;) Jak zapewne wiecie, powtarzałam klasę, a jeśli nie wiedzieliście, to już wiecie. Miałam ogromny problem z matematyką, nie przeszłam i wiecie co? Wyszło mi to na dobre! Bo w tym roku zdobyłam o wiele lepsze oceny, do samego końca roku szkolnego walczyłam o jak najlepsze oceny i hej, udało się. A gdy w końcu otrzymałam świadectwo, to prawie się popłakałam ze szczęścia. Ale w gruncie rzeczy, to jest główny powód mojej nieobecności. Teraz jednak mam wakacje, więc postaram się by blog ożył i mam nadzieję, że to was ucieszy.

Dziś, mam dla was recenzję "Fałszywego pocałunku" Mary E. Pearson, o którym na pewno chociaż raz usłyszeliście, swojego czasu było o niej bardzo głośno, nie tylko o samej treści, ale także o "okropnej" polskiej okładce. Jest w tym trochę prawdy, oryginalna okładka jest naprawdę niesamowita, ale polska, choć na pierwszy rzut oka, może wydawać się brzydka, to moim zdaniem ma coś takiego w sobie, co przyciągało mój wzrok. A gdy ją przeczytałam, to moje początkowa niechęć do grafiki zniknęła błyskawicznie. Jeżeli słyszeliście, że ta powieść jest genialna, to możecie zaufać tym słowom. Dajcie się ponieść tej niezwykłej historii, w której nie wiemy, kto jest kim a serce pęka nie raz, nie dwa. Ja dosyć długo zwlekałam z lekturą, słuchałam szeptów, obejrzałam kilka recenzji, aż w końcu stwierdziłam, koniec, chcę to w końcu przeczytać.

I zakochałam się praktycznie od pierwszej strony.


Księżniczka Lia jest pierwszą córką domu Morrighan, królestwa przesiąkniętego tradycją, poczuciem obowiązku i opowieściami o minionym świecie. W dniu swojego ślubu ucieka, uchylając się od obowiązków - pragnie wyjść za mąż z miłości, a nie w celu zapewnienia sojuszu politycznego. Ścigana przez licznych łowców, znajduje schronienie w odległej wsi, gdzie rozpoczyna nowe życie. Gdy do wioski przybywa dwóch przystojnych nieznajomych, w Lii rozbudza się nadzieja. Nie wie, że jeden z nich jest odtrąconym księciem, a drugi to zabójca, który ma za zadanie ją zamordować. Wszędzie czai się podstęp. Lia jest bliska odkrycia niebezpiecznych tajemnic - i jednocześnie odkrywa, że się zakochuje.

Ta książka była dla mnie jednym wielkim zaskoczeniem, dosłownie nie mogłam wyjść z podziwu! Jej konstrukcja na początku była dla mnie trochę dziwna, jakoś nie mogłam się do niej przyzwyczaić, ale później, gdy największa tajemnica powieści, się rozwiązała, to byłam w ogromnym szoku! Mamy tutaj zastosowany pewien zabieg, z którym nie spotkałam się nigdy wcześniej w żadnej książce i on, w głównej mierze, jest jedną z największych jej zalet. Mówię tutaj o tym, że nie wiemy, który bohater to książę, a który to zabójca, obserwujemy rozwój wydarzeń z perspektywy każdego z głównych bohaterów, Lii, Kadena i Rafe. Ja podczas czytania, starałam się za wszelką cenę rozgryźć, który z nich to kto. W pewnym momencie byłam pewna, że mi się udało i rozwikłałam tę zagadkę.

I wiecie co? Autorka po raz kolejny mnie zaskoczyła, śmiejąc mi się praktycznie prosto w twarz i wodząc mnie za nos. Napisała to tak dobrze, że jestem pewna, że nawet jeśli się domyślicie, który z nich jest zabójcą, a który księciem, to i tak będziecie w błędzie. Gdy ja odkryłam, że moje wnioski były błędne i było wręcz odwrotnie, to przez dłuższą chwilę siedziałam z otwartą buzią i ogromną konsternacją na twarzy. I pokochałam ten sposób prowadzenia historii.

To naprawdę bardzo mocno wyróżnia tę powieść spośród innych. To jest coś, czego nie spotkacie w innych książkach, jestem tego całkowicie pewna! Zabieg jaki zastosowała autorka jest czymś świeżym, zaskakującym i co najważniejsze, doskonale i perfekcyjnie dopracowanym, dzięki czemu nie pogubimy się w fabule, a każdą stronę będziemy pochłaniać z mocno bijącym sercem. Czasami miałam nawet tak, że po rozdziale z perspektywy Rafe, miałam ogromną chęć pominąć rozdziały innych bohaterów, by poznać ciąg dalszy tego, co działo się z moim Rafciem. Często były one przerywane w takich momentach, że dosłownie musiałam zmuszać się, by naprawdę nie zerknąć co jest dalej.

I to, doskonale świadczy o tym, że każdy z bohaterów, jest wyjątkowy i nie sposób nie pokochać tej historii opowiadanej z ich perspektywy. Więc oto mamy i kolejną zaletę! Bohaterów, o których szybko i łatwo nie zapomnimy, którzy zapadną nam w pamięć, nie tylko dzięki temu sprytnemu zabiegowi zastosowanemu przez Mary E. Pearson!

Podczas czytania miałam wrażenie, że autorka wszystko doskonale do siebie dopasowała. Nie znalazłam w tej książce nic, co byłoby jakąś większą wadą, co naprawdę mnie zdziwiło, bo rzadko zdarza się powieść bez wad. Jednak, jednocześnie nie chcę ich szukać na siłę, bo wada, to pojęcie względne. Dla mnie, dana rzecz, dane wydarzenie, czy np. sposób pisania, może być wadą, a ktoś z was, będzie uznawał to za wielką zaletę. Jednak, jeśli już miałabym podzielić swoją opinię, na wady i zalety, to naprawdę byłoby mi bardzo trudno. Ta historia bardzo mocno zapadła mi w pamięć i pozostawiła po sobie jedynie dobre wrażenia. Pokochałam bohaterów (jednego później znienawidziłam, ale mniejsza z tym), pokochałam przyjaciółkę Lii, pokochałam ten świat, opisy miejsc, dynamikę akcji, tajemnice, no dosłownie wszystko!

A wady? Czasami, ale bardzo rzadko, historia trochę się wlekła, ale później zrozumiałam dlaczego, mimo wszystko odrobinę mnie to irytowało. Oprócz tego, naprawdę nie mam do czego się przyczepić.


Ogromną zaletą, jak dla mnie, jest to, że stworzony przez autorkę świat, został przedstawiony nam w taki sposób, że nie pogubimy się i dzięki temu, bardzo łatwo go przyswoimy. Z zapartym tchem będziemy śledzić opisy, bo moim zdaniem, naprawdę genialnie są napisane. I oczywiście, nie mogę nie wspomnieć o wydaniu, które jest naprawdę dużym plusem! Mam na myśli dużą czcionkę, dzięki której przez "Fałszywy pocałunek" dosłownie się przepływa, do czego przyczynia się również lekki styl autorki, który wciąga i nie wypuszcza nas aż do ostatniej strony. Ja tą książką jestem zachwycona i do teraz, jak patrzę na nią, to się uśmiecham z rozrzewnieniem i z niecierpliwością czekam na kolejny tom. Oby został wydany jak najszybciej!


Więc, podsumowując, "Fałszywy pocałunek" to powieść, która zdecydowanie wyróżnia się na tle innych książek, czyta się ją niesamowicie szybko i z ogromną przyjemnością, a każda kolejna strona podsyca wyobraźnię i umysł czytelnika, skłaniając do rozmyślań. Nie sposób nie wciągnąć się w tę opowieść i nie przeżywać jej całym sercem. Emocji, które wzbudza w czytelniku, nie sposób okiełznać, wiele razy będziemy się uśmiechać, wiele razy będziemy bliscy łez, szczególnie, gdy dowiemy się pewnej prawdy na temat przyjaciółki Lii i jej ukochanego. Gdy poznałam tę tajemnicę, to prawie pękło mi serce, tak samo jak bohaterce. "Fałszywy pocałunek" to niesamowita opowieść o poszukiwaniu siebie i prawdziwej miłości, okraszona odrobiną magii i akcją, która nie pozwala nam nawet mocniej odetchnąć.

Ja ze swojej strony, bardzo mocno ją wam polecam, na pewno nie będziecie zawiedzeni!

Pozdrawiam cieplutko, Marlena Marszałek


2.4.18

77. "Okrucieństwo" Scott Bergstrom


Dosyć długo mnie tutaj nie było, ale już powracam i szykujcie się na naprawdę ogromny spam postami. Oczywiście, postaram się by spam ten, tak naprawdę spamem nie był i zawierał merytoryczne treści, które będzie się wam przyjemnie czytało, a i wniosą coś do waszego życia. Nawet jeśli tylko na kilka chwil ;) Także, bez zbędnego gadania, a mam do tego naprawdę ogromne predyspozycje i ciągoty, przejdźmy do meritum. Dziś chcę wam opowiedzieć o książce, o której w sumie było cicho, co jest dla mnie kompletnie nie zrozumiałe, bo zasługuje ona na rozgłos. Przeczytałam ją jakiś czas temu i przez  mój brak czasu, leżała na powiększającej się kupce książek do recenzji. Już dawno chciałam wam o niej co nieco napisać, ale za każdym razem gdy się za to zabierałam, to coś mnie od tego odciągało. To brak weny, bo wbrew pozorom jest ważne przy pisaniu opinii, wołanie mamy, żebym coś pomogła w domu, lub spowodowana zimową aurą senność i otępienie. 

Nadeszła wiosna, słoneczko cudownie świeci, dzień jest dłuższy i jakoś tak inaczej się człowiek czuje. Aż nie do wiary, ile może zrobić odrobina słońca. Niestety, nie wolno mi wyjść na słońce i wygrzewać się w jego promieniach ze względu na świeży tatuaż na łydce, ale jego energia i tak do mnie dociera. To niesamowite uczucie, pojawia się głupawka, humor od razu jest lepszy. Uwielbiam ten stan. 

Ah, tak. Recenzja... Miałam się nie rozgadywać. To wynik kawy i słońca, możecie mi uwierzyć. Postaram się napisać krótko ale z sensem. Zauważyłam, że długie posty (np. 1500 słów) wam nie podchodzą i są męczące, więc postaram się streścić w około 1100. I oczywiście nie zapomnę o zdjęciach, są one bardzo ważne w tego typu postach. 

Gwen Bloom mieszka tylko z ojcem, pracującym w Biurze Bezpieczeństwa Dyplomatycznego. Często podróżuje z nim po świecie, dzięki czemu mówi pięcioma językami i potrafi przetrwać z najbardziej niezbędnym bagażem. Poza tym jest niezłą gimnastyczką i uczy się w nowojorskiej szkole dla dzieci bogaczy i dyplomatów. Jej życie wywraca się do góry nogami, kiedy ojciec znika bez śladu podczas misji w Europie. A córka dowiaduje się, że był agentem CIA.

Oficjalne poszukiwania kończą się fiaskiem. Dziewczyna nie przyjmuje tego do wiadomości i postanawia, że sama odnajdzie ojca. Zmienia tożsamość i rozpoczyna własną krucjatę. Staje się twardą młodą kobietą, wymierzającą sprawiedliwość. Tropy prowadzą ją do paryskich slumsów, nocnych klubów Berlina i wreszcie do siedziby mafijnej rodziny w Pradze. Gwendolyn wie, że aby przeżyć, musi być równie okrutna i bezwzględna jak gangsterzy, na których poluje.

Ta powieść była dla mnie ogromnym zaskoczeniem. I nie mam zamiaru tego ukrywać. Zaskoczyła mnie tak bardzo, bo po prostu nie spodziewałam się tak przyjemnej lektury, która pochłonie mnie na wiele godzin. Nawet mimo upływu czasu, wciąż doskonale pamiętam wszystkie wydarzenia po kolei, pamiętam co czułam podczas czytania, pamiętam wszystko. I wiem, że "Okrucieństwo" mimo swej powtarzalności, jest książką wyjątkową i jedną z tych po które warto sięgnąć, nie tylko dla pędzącej akcji, która niesamowicie wciąga, nie tylko dla dreszczyku i intrygującego wątku szpiegowskiego, ale w szczególności dla głównej bohaterki i jej przemiany. 

Fabuła jest prosta, wydaje się nie być wymagająca. Mamy tutaj dziewczynę, której ojciec zostaje porwany i znika bez śladu, a dziewczyna postanawia ruszyć mu na ratunek. A nie jest to łatwa droga. Nikt z nas nawet nie chce sobie wyobrazić bycia w takiej sytuacji. Trzeba mieć naprawdę silny umysł i wolę, a także być niesamowicie odważnym, by podjąć się takiej misji, która nie ukrywajmy, może okazać się misją samobójczą. Jednak Gwen nie poddaje się, ma silny charakter, który na początku nie daje o sobie znać, a jedynie jego przebłyski dają jej siłę, by wziąć tę sprawę w swoje ręce. Oprócz ojca nie ma nikogo i kocha go z całego serca, więc miłość również mogła być motorem, silnikiem, który po wybudzeniu i odpaleniu, sprawił że mimo wybojów, dziewczyna wciąż parła przed siebie. 

To było dla mnie naprawdę zaskakujące. Kocham swoich rodziców i nie mówię, że nie ruszyłabym im na ratunek, gdyby stało się coś takiego, ale pewnie bym się przełamała i nie dałabym rady, po prostu odpuściłbym i wróciła do swojego pokoju z podkulonym ogonem i złamanym na pół sercem. Człowiek jest istotą słabą, która boi się stracić życie. A może tylko ja tak mam? Może i znajdą się jednostki, które w prawdziwym życiu są prawdziwym kozakami i potrafią bez problemu przełamać strach? Chciałabym tak potrafić, bo co jak co, wydaje mi się to niesamowicie ważną umiejętnością.


Nie będę wam wiele opowiadać o Gwen i innych bohaterach, bo każdy z nich jest wyjątkowy, mocno się wybija i wnosi dużo do tej powieści. Dlatego też, opowiadanie o nich, mogłoby uszczuplić wam przyjemność z ich poznawania. A tego nie chcemy, prawda? Hahahaha, jak tak teraz patrzę na tę książkę, to strasznie korci mnie by jeszcze raz ją przeczytać, co bardzo rzadko się u mnie zdarza. Jestem raczej z tych czytelników, co przeczytają książkę, odkładają ją i nigdy więcej do niej nie wracają. W tym przypadku jest inaczej. Ta książka była świetna i te ponad 400 stron czytało mi się szybko i lekko. Wciągnęłam się niesamowicie i wprost nie mogłam się oderwać.


Co do wydania, to bardzo mi się podoba. Okładka, która oddaje genialny środek, do tego duże litery, które nie męczą oczu i dzięki którym czyta się łatwiej i szybciej. Wydawnictwo Bukowy Las zrobiło doskonałą robotę także przy wyborze powieści, bo "Okrucieństwo" jest po prostu genialną książką! Dynamiczna akcja, idealnie wyważona tak by nie męczyć czytelnika a wręcz przeciwnie, świetnie wykreowana bohaterka, wszystko jest tutaj dopięte na ostatni guzik. Scott Bergstrom ma talent do pisania wciągających, dynamicznych powieści, które mają w sobie coś takiego, co długo nie pozwala o nich zapomnieć. I do tego nie zapomina o tym, że książka przede wszystkim powinna wzbudzać w czytelniku emocje, powinna angażować go nie tylko fizycznie, ale co najważniejsze psychicznie! Co prawda, było tego tutaj za mało, ale było, co jak dla mnie jest ogromnym plusem. 

Często spotykam się z książkami, które czytam i odkładam, jak robot, zero podwyższonego ciśnienia, zero łez, emocji, ah, czegokolwiek! I to nie tak, że jestem bez uczuć (no, może odrobinkę), po prostu wiele książek nie ma mi tego do zaoferowania. W tym przypadku było inaczej i bardzo mocno przejęłam się historią Gwen, dopingowałam jej, drżałam gdy działo się coś złego, nie mogłam doczekać się rozwiązania. A końcówka, no cóż, mam nadzieję, że kolejny tom wyjdzie jak najszybciej, bo nie mogę doczekać się ciągu dalszego. 

Mimo, że jest to tak naprawdę początek historii (nie wiem ile będzie tomów, ale kolejny wyjdzie na pewno, o czym bardzo jasno świadczy zakończenie), to nie jest to powieść, która jedynie wprowadza nas w fabułę. Tutaj się dzieje, nawet przez moment nie jest nudno, a główna bohaterka wiele razy nas zaskakuje. Jej portret się zmienia, a obserwowanie tej przemiany jest bardzo satysfakcjonujące. Nic nie jest dla niej proste, jednak nie poddaje się. Szkoda, że nie jestem bohaterką książki, do której ktoś dopisze szczęśliwe zakończenie. 

Mogę wam polecić tę książkę z czystym sumieniem. Jeżeli szukacie czegoś bardzo młodzieżowego, co jednocześnie nie będzie kolejną płytką historią, to "Okrucieństwo" jest właśnie dla was. Warto po tę książkę sięgnąć  i zagłębić się w tę historię, bo jest niesamowicie wciągająca i po prostu świetnie napisana. Ja, bardzo się cieszę, że miałam możliwość ją przeczytać i z niecierpliwością czekam na kolejny tom. 

28.2.18

75. Recenzja "Bieg do gwiazd" Dominika Smoleń


Dziś mam dla was bardzo emocjonującą lekturę. Recenzję książki, która była najlepszym, co mnie w tamtym roku spotkało. Wprost nie mogłam się doczekać, by wam o niej opowiedzieć, ale musiałam poczekać. Przeczytałam ją dawno temu i nie jestem pewna, czy uda mi się w opisać te wszystkie emocje, które wtedy mną targały, ale będę się starać jak najlepiej przekazać wam swoje odczucia, co do tej powieści. Jedno mogę wam zdradzić już teraz, jeśli po nią sięgniecie, to nie będziecie w stanie jej zapomnieć. Historia Ady zawładnie waszym sercem, by na koniec je złamać. Oj, to nie będzie łatwa lektura. 

Czy diagnoza lekarska przekreśli marzenia młodej dziewczyny?
Cukrzyca. Słowo, które zmienia życie na zawsze. Choroba, z którą każdy może mieć do czynienia. Błogosławieństwo czy klątwa?
Ada była pewna, że usłyszała wyrok śmierci. Bez wsparcia rodziców i przyjaciół coraz bardziej zamykała się w sobie, popadając w depresję. Po wyjściu ze szpitala psychiatrycznego dostała list od babci, który diametralnie zmienił jej nastawienie do rzeczywistości. Zapragnęła stać się normalną nastolatką, nawet jeśli oznaczałoby to walkę z własnymi słabościami.
Bieg do gwiazd to wstrząsająca historia o dziewczynie, która uczy się żyć na nowo. Historia, obok której nie można przejść obojętnie.

Czytałam ją jako ebook, wtedy jeszcze nie była wydana i wprost nie mogłam się doczekać, aż egzemplarz papierowy w końcu wyląduje w moich rękach. Ten czas upłynął szybciej niż się tego spodziewałam, ale to dobrze. Bo gdy w końcu trafiła w moje ręce, to po prostu się w niej zakochałam. I choć jeszcze nie przeczytałam jej po raz drugi, to na pewno to zrobię. "Bieg do gwiazd" zasługuje na to bardziej niż każda z książek, które przeczytałam do tej pory. Myślę, że porównanie jej do "Promyczka" Kim Holden, "Terapii" Kathryn Perez czy "Present perfect" Alison G. Bailey, którą dosłownie wczoraj przeczytałam, jest jak najbardziej prawdziwe i adekwatne. Ta książka, poruszyła nie tylko moje serce ale i rozum. To jedna z tych książek, które nie są tylko wypełniaczem nudnych chwil w naszym życiu, a stają się nim. W sensie naszym życiem. Sama nie wierzę, że to piszę. Ale tak właśnie jest! 

Polska potrzebuje takich książek, co do tego nie mam wątpliwości. W szczególności napisanych przez naszych polskich autorów! Nigdy wcześniej nie trafiłam na powieść, w której bohaterka walczyłaby z cukrzycą. Bardzo mało się o niej mówi, czasami mam wrażenie, że unika się jej na wszelkie sposoby. Depresja, rak, tak mówmy o nich. Myślimy, cukrzyca, nic takiego. Błąd. Cukrzyca to choroba, która zabija, której nie da się wyleczyć. Przyznam się wam, że mimo iż znałam jej objawy i następstwa z nią związane, to jakoś nie potrafiłam w to uwierzyć. A teraz czuję się jak ignorantka. Zawsze myślałam, że to nic takiego. Ot, wystarczy jedynie pilnować cukru i wszystko jest cacy. 

W mojej rodzinie, dziadzio choruje na tę chorobę już od ponad 30 lat. Babcia od dwóch. Nawet nie wiecie, jak bardzo, po zakończeniu czytania "Biegu do gwiazd" bolało mnie, że nigdy nie brałam tej choroby na poważnie. Dopiero w tamtej chwili otworzyły mi się oczy i spojrzałam na dziadzia całkowicie inaczej. Ujrzałam w nim zmęczonego, chorego człowieka, który każdego dnia wstaje z łóżka, choć jest to dla niego bardzo trudne. Wstaje, bo kocha żyć i nie wyobraża sobie nie wstać i nie spojrzeć babci w oczy. Ledwo chodzi, rany nie chcą mu się goić, jest cały czas zmęczony, ale nie poddaje się. 



I wtedy zdałam sobie sprawę, że naprawdę go podziwiam. Gdybym ja była na jego miejscu, to stałabym się taka sama jak Ada, główna bohaterka powieści. Nie radziłabym sobie sama z sobą, straciłabym chęć do życia i chciałabym jedynie zakończyć to cierpienie. Dziadzio sobie z tym radzi, bo gdy zachorował, był dojrzałym mężczyzną, musiał walczyć by utrzymać rodzinę. Ale co w przypadku Ady, dziewczyny, która zachorowała mają zaledwie 7 lat? W czasie, gdy jej psychika dopiero się kształtowała, a rodzina się od niej odsunęła? Tak jak mówiłam, "Bieg do gwiazd" nie jest łatwą powieścią. Nie przeczytacie jej na jednym tchu, bo po prostu nie dacie sobie rady z cierpieniem, które się z niej wylewa. Oczywiście, są też momenty gdy serce rośnie i uśmiech pojawia się na twarzy. Jednak najczęściej serce prawie pęka na pół, gdy widzimy jak dziewczyna po raz kolejny zamyka się w sobie i chce po prostu odpłynąć. 

Tak, to przerażające. I jednocześnie, równie przerażające jest to, że jest to fikcja, ale realna. Mam na myśli to, że taki scenariusz naprawdę mógł się zdarzyć, sama znałam podobny przypadek, a osoba o której teraz mówię, również ma na imię Ada. I mieszka zaledwie ulicę dalej. Jednak, wracając do powieści. Nie potrafiłam zrozumieć rodziców Ady, miałam ochotę wejść do książki i im coś powiedzieć, zmusić ich by otworzyli oczy i zobaczyli co zrobili. To było dla mnie bardzo przykre, ale wytrzymałam. Czytałam dalej, a smutek mnie nie opuszczał. A w chwili gdy nikłe światełko nadziei na nowo rozbłysło i dało owoce, Dominika szybko je zgasiła, a owoce schowała gdzieś bardzo głęboko. Zakończenie było dla mnie ogromnym zaskoczeniem i na nowo uruchomiło potok łez. 

Nie spodziewałam się, że "Bieg do gwiazd" pozostawi po sobie takie zgliszcza. Wiedziałam, że nie przejdę obok tej historii obojętnie, ale nie sądziłam, że tak mocno mnie ona poruszy. Pozostawiła po sobie ogromnego kaca moralnego i książkowego, do dziś nie mogę o niej zapomnieć i cały czas w głowie przewijają mi się kolejne sceny, kolejne słowa, kolejne obrazy. Zakochałam się w bohaterach, w Adamie, Lenie, Łukaszu, Karolinie, w Adzie. Zostali oni wykreowani doskonale, nie są oni płascy i każda postać ma swoje miejsce w książce i każda coś wnosi. A historia pewnego chłopaka do dziś siedzi mi w głowie.

"Bieg do gwiazd" to niesamowicie głęboka opowieść o chorobie, załamaniu, miłości, potrzebie wsparcia, depresji która pochłania duszę. Mimo swojej tematyki, czyta się lekko i z ogromną przyjemnością. Nie sposób przejść koło niej obojętnie. Nie musicie się martwić także o to, że czegoś nie zrozumiecie. Na końcu książki jest słowniczek, w którym autorka wyjaśnia wszystkie pojęcia związane z cukrzycą, dzięki czemu zrozumienie przyjdzie wam łatwo i bez odrywania się od książki. Wcześniej wspomniałam, że nie da się przeczytać jej na jednym wdechu, co szczerze mówiąc, jest w połowie prawdą. Bo mimo tego, bardzo ciężko jest się oderwać, bo wciąga niemiłosiernie, zajmuje serce i umysł, wypełnia każdy atom ciała i nie pozwala myśleć o czymś innym. 

Jest to zdecydowanie najlepsza książka, jaką przeczytałam w ostatnich latach. Była ona po prostu cudowna, cu-do-wna! I żałuję jedynie tego, że ma tak mało stron i że zapewne nie dowiem się, co stało się dalej, bo zakończenie nie wyjaśnia nam wszystkiego, a pozwala samemu wymyślić co się stało później. Była ona nie tylko wspaniałą lekturą, dzięki niej zrozumiałam wiele rzeczy i na wiele rzeczy inaczej spojrzałam. Zmieniła moje myślenie, za co naprawdę bardzo Ci dziękuję, Dominiko. Nie jestem w stanie wyrazić swoich uczuć, bo po prostu brak mi słów. I to nie dlatego, że piszę tę recenzję jakiś czas po przeczytaniu BDG, tylko dla tego, że tego nie da się opisać. Tę opowieść trzeba przeżyć samemu. Do czego gorąco was zachęcam! 

Mogłabym powiedzieć więcej, mogłabym pisać o niej godzinami, ale po co? Pozwólcie, że posłużę się słowami rekomendacji, które napisałam i które możecie znaleźć w książce, bo to właśnie one najlepiej oddają moje uczucia. 

"Bieg do gwiazd" to opowieść, która już od pierwszych stron chwyta za serce i wiele razy je łamie. To przepięknie napisana historia dziewczyny, która przez własną chorobę i brak wsparcia ze strony rodziny staje się wrakiem człowieka. Nadzieja jednak umiera ostatnia. Poruszająca, bolesna, prawdziwa. Koniecznie przyszykujcie paczkę chusteczek, przydadzą się. 

Polecam z całego serducha, myślę że to czas rozpocząć własny bieg do gwiazd <3
Marlena Marszałek

23.2.18

74. "Łowca czterech żywiołów" Agata Adamska


Nie ma co ukrywać, od "Łowcy czterech żywiołów" oczekiwałam naprawdę wiele, wprost nie mogłam się doczekać tej książki, bo przewijała mi się praktycznie wszędzie gdzie spojrzałam. Zresztą, już sam fakt, że autorka jest Polką, był dla mnie jednym z ważniejszych powodów, by zapoznać się z tą powieścią. Czy książka spełniła moje oczekiwania? Czy jest ona warta uwagi? A może wręcz przeciwnie? Na te pytania, może nie dosłownie, ale odpowiem wam w dzisiejszej opinii. Postaram się jak najbardziej streścić, bo nie chcę zdradzić wam zbyt wiele, albo was zanudzić, a wiem, że często mi się to zdarza. "Łowca" jest pierwszym tomem cyklu "Legenda o Seantrze" i jednocześnie debiutem autorki. I tu pojawia się pytanie, czy jest to debiut, po który warto sięgnąć i który na dłużej zostanie w głowie?

Idąc na test zdolności magicznych, Aeryla Valnes jest przekonana, że okaże się, iż podobnie jak jej rodzice nie posiada żadnych predyspozycji. Jakiż szok przeżywa, gdy okazuje się, że ma niespotykane umiejętności panowania nad wszystkimi żywiołami. 

Opis z tyłu książki nie mówi nam wiele i to moim zdaniem bardzo dobrze, bo dzięki temu kompletnie nie wiemy czego się spodziewać. I choć niektórych może to razić, mówię oczywiście o tej oszczędności jeśli chodzi o opis, to ja sądzę, że za dużo też nie można wiedzieć ;) A czasami się zdarza, że zawiera on streszczenie całej książki i zanim ją przeczytamy, już wiemy za wiele. Oj, zdarzało się tak wiele razy. Ale mniejsza z tym. Przejdźmy dalej. 


Tak jak już wcześniej wspominałam, miałam wobec niej naprawdę ogromne oczekiwania. Nie powiem, że oczekiwałam powieści na miarę np. Harry'ego Pottera, czy Dworów, bo naprawdę ciężko im dorównać, ale czegoś co naprawdę mi się spodoba i na długo zostanie w mojej głowie. Co prawda, została w niej, bo choć przeczytałam ją w tamtym roku, to wciąż pamiętam co tam się działo, pamiętam moje odczucia i emocje, które we mnie wzbudziła, dzięki czemu jestem w stanie napisać tę opinię, bez większych problemów. Jednak, niestety, pamiętam też te rzeczy, które mojej oceny nie podniosą, a wręcz przeciwnie. Nie mówię, że książka była zła. Jednak bardzo wiele jej brakowało, co mam nadzieję, zostanie przez autorkę naprawione w przypadku kolejnego tomu, na który czeka z niecierpliwością. Już sam tytuł  tej książki, naprawdę bardzo mnie zaciekawił i bardzo chętnie po nią sięgnęłam (mhm, książka czekała na mnie jakiś czas i na recenzję również), przeczytałam ją szybko i z przyjemnością. Ale nie mogłam wyjść z wrażenia, że coś tu jest nie tak i czegoś tutaj brakuje. Ale nie jestem w stanie jasno określić czego. 

Słyszałam o tej książce naprawdę dobre opinie, na samym lubimyczytać.pl ma ona ocenę 7/10, więc to bardzo dobrze, aż przebierałam nogami z radości, gdy autorka mi ją wysłała. Jednak później to podekscytowanie opadło i książka czekała, hmm 4 miesiące na przeczytanie. I kolejne dwa na opinię. Sama nie wiem dlaczego tak jest, bo nie było to coś, o czym chciałam zapomnieć, bo naprawdę wsiąknęłam w ten świat i chętnie przeczytałabym kolejne tomy. Więc dlaczego? Na to pytanie nie jestem w stanie odpowiedzieć, bo po prostu nie mam pojęcia. Ale najważniejsze, że w końcu wzięłam się w garść i w końcu do niej usiadłam. 

Nie zdradzę wam za wiele, bo jeśli chodzi o fabułę, to skrywa ona w sobie wiele smaczków i sądzę, że przy moim rozpisywaniu się mogłabym przez przypadek powiedzieć za dużo i zniszczyć wam przyjemność z zapoznania się z tą książką. Mogę powiedzieć jedynie tyle, że jeśli chodzi o historię, to jest naprawdę ciekawa, a świat stworzony przez panią Agatę, choć nie doskonały, to zachwyca i bardzo łatwo w niego jest w niego wsiąknąć i sobie go wyobrazić. Akcja, chociaż moim zdaniem odrobinę za wolna, to jest naprawdę satysfakcjonująca  i daje czytelnikowi to, co dobra książka powinna dać. Nie brakuje magii, walki, humoru, klimatu i tajemnicy która dręczy aż do ostatniej strony. A także bohaterów, którzy dodają całości smaczku, w szczególności główna bohaterka Aeryl Valnes, która nie daje sobie w kaszę dmuchać i pewien irytujący elf, który nie raz swoim zachowaniem sprawił, że nie mogłam powstrzymać uśmiechu, który nie zawsze świadczył o rozbawieniu, a o zażenowaniu.



Jeśli chodzi o kreację świata, pomysł na fabułę i bohaterów, to autorka poradziła sobie naprawdę dobrze i zaskoczyła mnie tym. Również jej pióro jest naprawdę dobre, w szczególności jak na pierwszą powieść. Jednak, mimo tego, że całość czyta się lekko i przyjemnie, a książka liczy sobie ledwo 330 stron, to miałam pewne trudności z przebrnięciem przez nią. Nie mylcie tego słowa (przebrnięcia), z przedzieraniem się przez bagno, wiem że mogło tak to zabrzmieć. Chodzi mi raczej o to, że zdarzały się momenty, że naprawdę byłam zdziwiona i nie mogłam ruszyć dalej. I to przez to, że mimo iż książka z Harry'm Potterem nie ma nic wspólnego, oprócz faktu że pojawia się w obu książkach magia, to jakoś nie mogłam pozbyć się wrażenia, że bardzo mi wyżej wspomnianą historię o chłopcu z blizną na czole, ta książka przypomina. I niestety, teraz nie jestem wam w stanie powiedzieć skąd to odczucie.

"Łowca czterech żywiołów" bardzo mi się podobał, jednak czegoś tutaj zabrakło. Pomysł jest naprawdę interesujący i jeśli autorka dobrze poprowadzi opowieść w kolejnych tomach, to może to być cykl naprawdę wart uwagi, który na długo zapadnie w pamięć. Jednak, nie da się nie zauważyć, że jest to debiut i autorka dopiero się rozwija. Zdarzają się dłużyzny, momentami jest nudno, czasami irytująco, co wpływa na całokształt, ale jednak całość odebrałam naprawdę dobrze i wiem, że pani Agata skrywa w sobie ogromny potencjał, którego w pełni nie udało się jej tutaj wykorzystać. Ale jeśli się postara, a na pewno tak będzie, to sądzę, że w kolejnych tomach ujrzymy jak autorka rozkwita. Mam naprawdę ogromną nadzieję, że tak się stanie. Czytało mi się naprawdę przyjemnie, bardzo spodobała mi się ta historia. A po kolejne tomy sięgnę na pewno! 

Jeśli szukacie lekkiej powieści, którą przeczytacie w jeden wieczór i z ciepłem na serduchu odłożycie na półkę, to "Łowca czterech żywiołów". Książka ta nie raz was zaskoczy i choć na długo w głowie nie zostanie, to na pewno wzbudzi w was wiele emocji. Myślę, że mogę ją wam polecić, bo jest to coś innego a takich książek, na naszym rodzimym, polskim rynku nie ma wiele (w sensie napisanych przez rodzimych autorów) i jest ona naprawdę ciekawym doświadczeniem! A do tego okładka naprawdę cieszy oko! 

Pozdrawiam i życzę wam wspaniałego dnia!
Marlena Marszałek

14.2.18

72. Walentynki ze "Slammed" Colleen Hoover + Konkurs


Jako, że dziś są walentynki, to stwierdziłam, że opowiem Wam co nieco o mojej miłości. Rośnie ona powolutku, stopniowo, ale wiem, że będzie ona trwała. Zapraszam do recenzji książki "Slammed", ta książka moim zdaniem jest idealną pozycją na długi, zimowy walentynkowy wieczór. Już teraz mogę wam powiedzieć, że jeśli jeszcze nie znacie tej książki, to naprawdę dziwię się jakim cudem i dlaczego jeszcze tego nie zmieniliście. I dziwię się, jakim cudem ja nigdy wcześniej po nią nie sięgnęłam. 




Layken skończyła niedawno osiemnaście lat. Zaledwie kilka miesięcy wcześniej niespodziewanie straciła ojca. Wraz z kochającą matką i młodszym bratem postanawiają zostawić za sobą przeszłość w Teksasie, by rozpocząć nowe życie w Michigan. Sprzedają dom, pakują rodzinne pamiątki i wyruszają na północ. Każde z nich z innymi obawami i planami na dalszą przyszłość. Zarówno Lake, jak i Kel nie chcą porzucać szkoły, przyjaciół, wspomnień związanych z ulubionymi miejscami. Boją się tego, co ich czeka prawie dwa tysiące kilometrów od domu. Prawdziwego domu. Julia też się martwi. Mimo to stara się dodać otuchy swoim dzieciom i wesprzeć ich w najtrudniejszych chwilach. 

Po przyjeździe na miejsce okazuje się, że już pierwszy kontakt z sąsiedztwem z naprzeciwka zwiastuje poważne zmiany w rodzinnych relacjach. A to dopiero początek niezwykle emocjonalnej, momentami przezabawnej historii losów dwóch rodzin Cohen i Cooperów, w której nikt nie zdaje sobie sprawy, jak ich członkowie staną się sobie bliscy w obliczu śmiertelnej choroby i codziennych problemów.

Colleen Hoover coraz bardziej mnie zaskakuje. "Confess" było świetne, niesamowicie mi się podobało i nie spodziewałam się, że Colleen mnie zaskoczy, w szczególności w jeśli mówimy o debiutanckiej powieści. Jednak, gdy w moje łapki trafił pierwszy tom "Pułapki uczuć" w nowym, przepięknym wydaniu, to zrozumiałam, że "Confess" to zaledwie ułamek jej umiejętności. A gdy skończyłam "Slammed" to byłam pod ogromnym wrażeniem, że debiut może być tak dobry, a panią Hoover polubiłam jeszcze bardziej. 

Jednak, moja przygoda z twórczością tej autorki, nie była usiana płatkami róż. Na początku dziwiłam się, wiele razy głowiłam się, co takiego robi Colleen, że jest tak poczytną, znaną i lubianą pisarką. Wiele razy próbowałam się sama przekonać, ale jakoś nigdy nic z tego nie wychodziło. Pożyczałam książkę z biblioteki i koniec końców, leżała na półce aż do chwili gdy musiałam ją odnieść, jakoś mi było do niej nie po drodze. A teraz żałuję, bardzo żałuję, że wcześniej jej unikałam, bo jak teraz się okazało, wbrew temu co myślałam, straciłam naprawdę wiele. To dopiero moja druga przeczytana powieść tej autorki, a już wiem, że już niedługo szykują się Hooverowe zakupy. Na szczęście mogę to nadrobić. Nie mogę teraz jasno stwierdzić, że Colleen jest moją ulubioną autorką, ale wytrwale pnie się ona coraz wyżej i dotarcie do podium nie będzie dla niej żadnym problemem! I wiecie co? Bardzo mnie to cieszy, bo jej książki w jakiś cudowny sposób podnoszą mnie na duchu i ocieplają zamarznięte serce. 

Mimo, że opis nie brzmi jakoś niesamowicie, ot historia miłosna jakich wiele. Mamy chłopaka i dziewczynę, między którymi pojawia się miłość i przeszkody, które muszą pokonać. Jednak bardzo szybko przekonujemy się, że to nie prawda, już na pierwszych stronach przekonałam się, że jest to jedna z tych wyjątkowych książek, które wzbudzają w czytelniku cały wachlarz emocji. Nie sposób nie przeżywać tej historii, a emocje prawie rozsadzają serce, które w pewnym momencie już samo nie wie, co robić. Bić szybciej, czy się zatrzymać. To, co Hoover robi z serduchem powinno być karalne, mówię wam. 

Na początku wszystko jest proste. Mamy dziewczynę Layken i chłopaka Willa, oboje cierpią po stracie swoich bliskich i nie mają lekko w życiu. Ich spotkanie się zaraz po przeprowadzce Layken, daje im nadzieję, że szczęście naprawdę się im należy i że wystarczy, że wyciągną rękę a otoczy ich ono niczym bańka. Bohaterowie znają się niedługo, ale czują, że to właśnie jest to, że tego szukali całe swoje życie. Jednak w prawdziwym życiu nic nie przychodzi z łatwością, a czasami nie ważne jak mocno walczymy, nie damy rady pokonać trudności, które stanęły nam na drodze. Serce mówi, by wybrać ukochaną, ale rozum wie, że jest to niemożliwe i może to być początkiem końca. I to mi się niesamowicie podobało, że "Slammed" jest historią tak bardzo prawdziwą, że aż do bólu prawdziwą. To jest jej ogromny plus, że autorka na siłę nie próbowała wmówić nam, że życie jest proste i usłane różami. Realizm tej historii sprawia, że jeszcze lepiej się ją czyta.

Akcja powieści jest idealnie wymierzona, ani za szybka, ani za wolna, dzięki czemu czyta się lekko i przyjemnie. Widać, że Colleen bardzo przemyślała sobie tę książkę i włożyła mnóstwo pracy w każdą jej stronę. Wszystko ze sobą idealnie współgra, niczym perfekcyjnie dostrojone skrzypce. A ja uwielbiam grę skrzypiec. Sam pomysł, choć na początku może wydawać się nudny i nijaki (przez to, że wiele jest takich historii), jest po prostu doskonały. Styl autorki ma w sobie coś magicznego, widać że wie co robi i robi to obłędnie! Coś, co z pozoru powinno być przewidywalne, Colleen napisała w taki sposób, że takie nie jest. Nie wiem jak, ale ona naprawdę ma talent. Tej książki się nie czyta, ją się pochłania na jednym tchu, z uśmiechem, bądź podkówką na twarzy. Płynie się przez nią, a oderwanie się od niej jest praktycznie niemożliwe.

Obok tej książki po prostu nie da się przejść obojętnie i niemożliwe jest by przeszła bez echa. Nie zapomnicie tak łatwo o tej historii, będzie was ona dręczyć, będziecie nad nią myśleć, a łzy nie raz, nie dwa pojawią się w waszych oczach. Obserwowanie zmagań bohaterów, tego jak sobie radzą po tragediach jakie ich spotkały, a także miłości o którą walczą, jest uzależniające i bardzo emocjonujące. Ta książka budzi emocje, szarpie sercem na wszystkie strony i zajmuje każdą jego część. 


Jej głównymi zaletami są nie tylko świetny styl autorki, ale także i lekki i przyjemny sposób prowadzenia historii. Do tego bohaterowie, których po prostu nie da się nie polubić. Są oni tak bardzo realistyczni, tak bardzo prawdziwi, że wydaje się nam, że istnieją naprawdę. I nie mówię tutaj tylko i wyłącznie od Willu i Layken, ale także i o innych bohaterach, których poznacie jeśli tylko sięgniecie po tę powieść. Fabuła nie jest przesłodzona, ani kiczowato irytująco, rażąca w oczy. Mam tutaj na myśli to, że świat nie jest wyidealizowany, a bohaterowie nie są płytcy. A obecność wierszy dodaje cudownego klimatu, co jeszcze bardziej angażuje emocjonalnie. Jak czytałam, to ze zniecierpliwieniem czekałam na kolejny wiersz, nie mogąc się go doczekać. Bo choć fanką wierszy nie jestem, to te bardzo mi się podobały. Nie mogę również nie wspomnieć o świetnym humorze, którzy nie raz sprawi, że uśmiechniecie się, bądź zaśmiejecie. Czyż to nie jest książka idealna? Wszystko jest doskonale dopasowane i mamy składniki, które są przepisem na hit. 

Bardzo podobało mi się to, że mimo iż miłość pojawiła się tutaj szybko, to nie była nachalna, ani, hmm jak to ująć, bezsensowna. A wręcz przeciwnie! Ta delikatność mnie zdziwiła i rozgrzała serducho. I nie tylko o miłości między Layken a Willem ;) Nie mogę się już doczekać, aż dotrą do mnie kolejne tomy, coś czuję, że rzucę się na nie jak dzikus. "Slammed" jest książką wspaniałą, wciąga, angażuje i nie pozwala się oderwać. Nawet nie sądziłam, że tak bardzo potrzebowałam takiej historii. Polecam ją wam serdecznie, jeżeli szukacie czegoś lekkiego, co na długo zostanie w waszej pamięci i będzie lekturą na jeden wieczór. Będziecie zadowoleni ^^ 

 A jeśli jej nie macie, a chcielibyście ją wygrać, to mam dla was niespodziankę! Napiszcie w komentarzu, dlaczego chcielibyście przeczytać tę książkę, a ja wybiorę jedną osobę i do niej, dzięki uprzejmości Wydawnictwa YA, poleci egzemplarz powieści. Nie zapomnijcie mnie zaobserwować i dopisać wasz mail w komentarzu. 

Także, ja wam życzę wspaniałych Walentynek, wyniki za tydzień!
Pozdrawiam, Marlena Marszałek

26.1.18

Najlepsza książka 2017? 67. "Listy do utraconej" - Brigid Kemmerer


Dziś przychodzę do was z recenzją książki, którą przeczytałam już naprawdę dawno temu. Pewnie miną już ze dwa miesiące. Aż mi głupio, bo przecież zobowiązałam się do recenzji i tak długo zwlekałam. Jednak po prostu nie mogłam, siadałam do niej wiele razy i po prostu w chwili gdy zbliżałam palce do klawiatury, odkrywałam, że w mojej głowie jest ogromna pustka i po prostu nie mogłam nic wymyślić! Po jej przeczytaniu kłębiło się we mnie miliony emocji, a jednak nie potrafiłam ich wam przelać. Sama nie wiem dlaczego, skąd to się wzięło. Bardzo chciałam po prostu usiąść i podzielić się z wami swoją opinią. Ale nie mogłam. 

Jednak stwierdziłam, że tak nie może być, nawet jeśli będę się męczyć, to opowiem wam w końcu o tej książce, bo jeśli jeszcze jej nie znacie, to koniecznie musicie to zmienić! To jest jedna z tych książek, które poruszają nie tylko umysł ale też i serce. I to nawet nie wiecie jak mocno. 

Już nie raz pisałam wam, że są takie książki, po których zakończeniu chcemy podzielić się nimi z każdym napotkanym człowiekiem, wykrzyczeć naszą miłość do nich itd. Ale są też takie, które chcemy zatrzymać dla siebie, nie mówić nikomu że je przeczytaliśmy, nikogo do niej nie zachęcać. A dlaczego? Bo czujemy się z nią bardzo związani. Aż za bardzo. I możemy jedynie szeptać przez łzy, tuląc ją do piersi. A może tylko ja tak to odbieram? 



Pozwólcie, że nieśmiało szepnę wam do uszka kilka słów. 

Będziecie zachwyceni tą książką. A mówię oczywiście o "Listach do utraconej" Brigid Kemmerer.

Przypadek czy przeznaczenie? Ten list mógł przecież znaleźć każdy…

Declan Murphy to „typ spod ciemnej gwiazdy”. W szkole boją się go nawet nauczyciele. Zbuntowany siedemnastolatek odbywa na cmentarzu obowiązkową pracę na cele społeczne. Pewnego dnia na jednym z grobów znajduje list. Zaintrygowany czyta go i postanawia odpowiedzieć. Gdy Juliet Young odkrywa, że ktoś naruszył jej prywatność i przeczytał list do zmarłej przed niecałym rokiem matki, jest zdruzgotana. Matka Juliet pracowała jako fotoreporterka w różnych miejscach na świecie, dlatego często porozumiewała się z córką poprzez listy. Pokonując złość, odpisuje na wiadomość nieznajomego. Z czasem między Juliet i Declanem rodzi się nić porozumienia.

Nie ukrywam, że na początku (mimo naprawdę zachęcającego i ciekawego opisu) jak patrzyłam na "Listy do utraconej" to nie spodziewałam się zbyt wiele. Może i słyszałam wiele pochwał, ale nie do końca mnie one przekonywały. Czasami tak mamy, że im więcej pochwał słyszymy, tym bardziej sceptycznie podchodzimy do danej rzeczy. Tak też się stało w moim przypadku. Wyszło jednak na to, że bardzo się pomyliłam, taka już człowiecza natura i nic z tym nie zrobimy. Na początku wydawało mi się, że to zwykła młodzieżówka, takie było moje pierwsze wrażenie. Przyznaję się, że zanim po nią sięgnęłam, to minęło trochę czasu, jednak dzięki recenzji na kanale Miasto Książek, zdecydowałam się w końcu ją przeczytać. Dziewczyna, która prowadzi ten kanał, opowiadała o tej książce z tak ogromnym przejęciem i entuzjazmem, że jeszcze tego samego dnia zabrałam się za tę książkę. I tak się wciągnęłam, że w tym samym dniu ją skończyłam. Ponad 400 stron w jeden dzień. Nie potrafiłam oderwać się od niej, po prostu z całego serca pragnęłam zrozumieć, czułam palącą potrzebę poznania zakończenia. To było tak mocne, że oderwanie się od tej książki stało się dla mnie niemożliwe.

Tematyka tej książki jest bolesna, o czym dowiadujemy się już w chwili gdy przeczytamy jej opis. Każde dziecko potrzebuje rodziców, nawet jeżeli w okresie buntu myśli całkowicie inaczej. Nastolatkom bardzo często zdarza się kłócić z rodzicami, wyzywać ich od najgorszych i kompletnie nie słuchać tego, co rodzice do nich mówią. Nastolatkom wydaje się, że wszystko wiedzą najlepiej, są uparci i zapatrzeni w siebie. Oczywiście nie wszyscy, ale większość. U mnie było tak samo. Z moją mamą potrafiłam się nieraz pokłócić kilka razy dziennie, a słowa które w złości wydostawały się z moich ust, bardzo mocno ją raniły. I mimo, że między nami nie jest idealnie, to nie wyobrażam sobie życia bez niej, bo mimo tego, łączy nas więź, której nie powinno się przerywać. Nie wyobrażam sobie, żeby mogło jej nie być, na samą myśl o tym, coś ściska mnie w żołądku, a umysł ogarnia panika. Nie ważne ile razy się pokłócimy. Jest moją matką i choć tego nie okazuję, to kocham ją z całego serca. Powinniśmy częściej mówić rodzicom, że ich kochamy, bo nie wiemy czy jutro na pewno nadjedzie. Życie jest nieprzewidywalne, więc powinniśmy żyć tak, jakby to był nasz ostatni dzień.


Jednak, to wszystko uświadomiła mi właśnie ta książka. Oglądanie cierpienia Juliet, było ogromną katorgą dla serca i duszy. Bardzo mnie to bolało, jednak nie potrafiłam się oderwać. Szukałam tej odrobiny nadziei, odrobiny szczęścia. Czy ją znalazłam? Ciężko powiedzieć. 

Nie będę wiele pisać o tej książce, bo powinniście się sami przekonać jak cudowna ona jest. To jest jedna z tych powieści, które łamią serce wiele razy i na bardzo długo zostają w pamięci. Nie sposób przejść obok niej obojętnie, poruszy ona każdego tego jestem pewna. Nie jest to typowa młodzieżówka, jej głębia momentami mnie przerażała, w szczególności gdy wyjaśniła się jedna z tajemnic. Gdy dowiedziałam się jaka była prawda, to miałam ochotę rzucić tą książką i zamordować (ha, ha) pewną osobę, za to, że zachowała się w taki sposób. Oczywiście rozumiałam to, ale nie sprawiło to, że cierpiałam mniej. A obserwowanie cierpienia głównej bohaterki, gdy to odkryła... To było straszne.


Książkę czyta się niesamowicie szybko, dzięki dużej czcionce i niezwykle wciągającej fabule. Wprost nie sposób się oderwać. Ja całość przeczytałam praktycznie na jednym tchu, powstrzymując napływające do oczu łzy. Bardzo polubiłam głównych bohaterów i naprawdę bardzo żałowałam, że te 400 stron tak szybko przeleciało. Była to chyba jedna z najlepszych książek 2017 roku i coś mi się zdaje, że jeszcze do niej powrócę, bo jest tego warta. Nie potrafię o niej zapomnieć i wciąż krąży mi po głowie. Bardzo podoba mi się jej forma, ta lekkość stylu autorki, dzięki czemu tak trudny temat czyta się naprawdę bardzo przyjemnie! Mogę wam polecić tę powieść z czystym serduchem, jeśli lubicie takie powieści, to będziecie zachwyceni! 

Dziękuję, że wysłuchaliście mojego szeptu, życzę wam wspaniałego dnia!
Marlena Marszałek

19.1.18

[Recenzja Przedpremierowa] 66. "Kredziarz" C. J. Tudor - Musicie to przeczytać!



Aż drżę z podniecenia, wprost nie mogąc się doczekać, aż podzielę się z wami swoimi przemyśleniami na temat książki, która za granicą zbiera same pochwały, a swoją premierę w Polsce będzie mieć 28 lutego. Dzięki akcji Wydawnictwa Czarna Owca, udało mi się ją zdobyć prawie dwa miesiące przed premierą i jak tylko dostałam ją w swoje lepkie łapki, to przyssałam się do niej, chcąc jak najszybciej ją przeczytać. Czy spełniła moje oczekiwania? Czy jest tak dobra, jak mówiono? Czy jest w ogóle warta waszego czasu i pieniędzy? 

3 razy tak. 

A niżej dowiecie się dlaczego.

Już nigdy nie zetrę kredy z dłoni.


W mrocznych zakamarkach ludzkiego umysłu kryją się najbardziej fascynujące koszmary i tajemnice.

Rok 1986. Eddie i jego przyjaciele dorastają w sennym angielskim miasteczku. Spędzają czas, jeżdżąc na rowerach i szukając wrażeń. Porozumiewają się kodem: rysowanymi kredą ludzikami. Pewnego dnia jeden tajemniczy znak prowadzi ich do ludzkich zwłok. Od tej chwili wszystko zmienia się w ich życiu.

Trzydzieści lat później Eddie i jego przyjaciele dostają listy z wiadomością napisaną tajemniczym kodem z dawnych lat. Uważają, że to żart do momentu, gdy jeden z nich nie ginie w niewyjaśnionych okolicznościach. Do Eddiego dociera, że jedyną drogą do ocalenia siebie przed podobnym losem jest próba zrozumienia, co tak naprawdę stało się przed laty.
Kredziarz to najlepszy rodzaj suspense’u, w którym teraźniejszość doskonale współgra z reminiscencją, każda postać jest wyraźnie zarysowana i interesująca, żadna z zagadek nie pozostawia w czytelniku niedosytu, a zwroty akcji zaskoczą nawet najbardziej doświadczonego czytelnika. 

Jak tylko usłyszałam o tej książce, to wiedziałam, że koniecznie muszę ją przeczytać. Chciałam dowiedzieć się, co sprawiło, że jest o niej tak głośno. Co sprawiło, że poruszyła tak wiele osób i została hitem. Rzadko się zdarza, żeby debiut autora (autorką jest kobieta), był tak dobry, debiutantom bardzo ciężko jest się wybić spośród tysięcy. Ciężko jest też trafić, jeśli chodzi o swoją niszę. Ciężko jest teraz wymyślić coś, czego jeszcze nie było i sprawić, że czytelnik będzie chciał poznać kolejne twoje powieści. I dlatego też, jak pisała wcześniej, jak tylko wyciągnęłam "Kredziarza" z koperty, to pobiegłam do pokoju, wskoczyłam pod kołdrę i zaczęła czytać. 

Nie od razu zapałałam miłością do tej powieści. Wciągnęła mnie już od pierwszych słów, to prawda, ale było w niej coś odpychającego. Przeczuwam, że to jedynie moja własna wyobraźnia. Rzadko czytam takie książki i dlatego czułam się na początku trochę niekomfortowo. Krew, morderstwa, dosyć podejrzane dzieciaki, dziwne sny głównego bohatera wprawiały mnie w lekkie skonfundowanie. Ale nie trwało to długo, z każdą kolejną stroną coraz bardziej zagłębiałam się w fabułę i nie mogłam się doczekać zakończenia i rozwiązania wszystkich tajemnic. Obserwowałam niezbyt rozgarnięte dzieciaki, później dorosłych, którzy wbrew pozorom wcale się nie zmienili, później znów dzieciaki i tak na zmianę. 

Autorka opisuje wydarzenia sprzed 30 lat i czasy obecne, na zmianę, po jednym rozdziale. Często zdarzało się, że gdy kończyłam rozdział z roku 1986 i miałam ogromną ochotę ominąć rozdział 2016 i dowiedzieć się co było dalej w 86. Ale nie omijałam i taką samą sytuację miałam z rozdziałem 30 lat później. A to idealnie świadczy o tym, że nic tutaj nie jest przypadkowe, wszystko jest ze sobą perfekcyjnie połączone. C. J nie skupiła się wyłącznie na samym głównym wątku. Pokazała również relacje chłopców i "normalne" codzienne dni z ich życia, dzięki czemu są o wiele bardziej realni, o wiele bardziej prawdziwi, można ich dotknąć, poznać ich charaktery, uczucia, zrozumieć co nimi kierowało w danych momentach. Jest to naprawdę ogromnym plusem, bo dzięki temu mamy wrażenie, że to wszystko jest zapisem realnych wydarzeń! Uwielbiam takie książki, w których w pewnym momencie czytelnik już sam nie wie, czy to tylko fikcja, czy zapis prawdziwych zdarzeń. I też takie, w których nie wie, w co ma wierzyć i kto tak naprawdę zawinił.

C. J jest subtelna. W jej książce krew nie leje się strumieniami, a czytelnik nie trzęsie się ze strachu przez cały czas. Wszystko jest delikatne subtelne, przychodzi z niezwykłą łatwością i prostotą. Każdy element jest przemyślany i choć na początku może się wydawać, że został tam wrzucony jako zapychacz, to jest wręcz przeciwnie. Jednak, nie myślcie sobie, że "Kredziarz" jest nudny. Nic bardziej mylnego. Akcja nie pędzi, ale również się nie ślimaczy. Jej prędkość moim zdaniem jest idealna, a stopniowanie napięcia bardzo dobrze przemyślane. Nawet przez chwilę nie miałam wrażenia, że coś tu jest nie tak. I do tego, moja czujność została uśpiona, tak bardzo się zaczytałam, że pominęłam wiele istotnych faktów (które później nadrobiłam) i miałam ogromną frajdę, gdy w końcu połączyłam prolog i ostatni rozdział. I dopiero wtedy całe napięcie wybuchło, a mi zrobiło się niedobrze.


Wiem, że brzmi to źle. Ale to jest ogromny komplement, uwierzcie mi. Nawet tylko dla tego jednego uczucia było warto przeczytać tę książkę. Ale plusów jest o wiele więcej, nie tylko zakończenie. Mogłabym pisać o nich godzinami, bo "Kredziarzem" jestem bezgranicznie zachwycona i już mam w planach ponowne przeczytanie go za jakiś czas, by wyłapać wszystko co mogłam pominąć za pierwszym razem. A jako, że czyta się niesamowicie szybko i naprawdę ciężko się oderwać, to nie żal mi czasu. Bardzo rzadko czytam książki więcej niż raz. A tutaj po prostu muszę zrobić wyjątek. Cieszę się, że to cudo zdobi moją półkę, nie dosyć że treść jest po prostu perfekcyjna, boska, świetna itd, to do tego jeszcze ta świetna okładka i grzbiet w którym się po prostu zakochałam. Póki co, uznaję tę książkę za najpiękniejszą wśród wszystkich które mam. I jak na razie, jest to najlepsza książka w tym roku. I coś czuję, że jeszcze długo tak pozostanie.

No cóż, mogę podsumować to jedynie tak. Dzieci również mają swoje sekrety. I to takie, które nawet dorosłej osobie mogą zmrozić krew w żyłach, tak jak sekret Eddiego zmroził moją. Ta książka pozostawiła mnie z dziwnym uczuciem niepokoju i ogromnym zadowoleniem. Nie podejrzewałam o to chłopca, chociaż autorka nie skąpiła wskazówek. To, co odkryłam na końcu powieści, nawet przez sekundę nie przyszło mi wcześniej do głowy. Byłam zniesmaczona, czułam się naprawdę dziwnie. Nie miałam pojęcia co myśleć i gapiłam się tylko na białe kredowe ludziki na grzbiecie i zastanawiałam się nad wieloma nierozwiązanymi sprawami (niby zostały rozwiązane, ale jeśli spojrzeć na to wszystko już po skończeniu powieści, to nagle to spojrzenie jest inne). Wszystko się wyjaśniło, jednak największa tajemnica. No cóż, chyba wolałabym tego nie wiedzieć. Jak przeczytacie to zrozumiecie. Ostatnie kilka stron całkowici to zmieniło, zaczęłam postrzegać ją w ogóle inny sposób i nie ukrywam, przeraziłam się. W jednej chwili brakło mi tchu, a kredowe ludziki rozpoczęły pełen radości taniec.


Ta książka jest po prostu genialna. Pozostawia po sobie ślad kredy, który za cholerę nie chce zejść. Jest w niej coś takiego, co po prostu nie pozwala szybko o niej zapomnieć. Styl autorki jest naprawdę dobry, w szczególności jak na to, że jest to debiut! Przeczytałam trochę debiutów w swoim życiu i żaden nie był tak dobry, jak "Kredziarz". Pomysł na fabułę jest prosty, ale jednocześnie wyjątkowy. Nie brakuje akcji, mroku, tajemnicy. I nawet jeśli chciałabym przytoczyć wam jakieś wady, to po prostu ich nie widzę. No może oprócz momentami zbyt długi opisów, jednak mi to kompletnie nie przeszkadzało. Konieczne musicie zrobić miejsce dla "Kredziarza" na waszej półce. Dajcie mi później znać jak się wam podobało. Ja jestem zachwycona, co pisałam już chyba ze 4 razy.

Jeżeli szukacie czegoś niekonwencjonalnego, co ma w sobie to "coś", to "Kredziarz" będzie doskonałym wyborem. Łatwo o nim nie zapomnicie ;) Zapomniałam jeszcze dodać, że na początku, książka ta bardzo przypominała mi "To" Stephena Kinga, ale to tylko na początku. Później to wrażenie znikło. Obie książki można do siebie porównać, ale nie powinno się tego robić, bo obie są naprawdę dobre.

Perła wśród kryminałów. Nic dodać, nic ująć.

Bardzo dziękuję Wydawnictwu Czarna Owca, za możliwość przeczytania tej powieści.

Pozdrawiam was kochanie serdecznie i życzę wspaniałego dnia!
Marlena Marszałek

14.10.17

Ależ jestem głupia! Brokat, magia i Bane - 58. "Kroniki Bane'a" Cassandra Clare


Jestem praktycznie w 100% pewna, że są wśród was Nocni Łowcy. Sama jestem jedną z nich, mimo że całe uniwersum znam jedynie z serialu Shadowhunters, który po prostu uwielbiam. Genialni aktorzy, wciągająca fabuła i oczywiście nie mogę nie wspomnieć o Malecu. Magnus i Alec w tym serialu są po prostu fantastyczni! Jak tak się nad tym zastanowię, to stwierdzam, że moim ulubionym charakterem jest właśnie Magnus. I dlatego też, mimo że nie czytałam żadnej książki od Cassandry Clare, oprócz "Miasta Kości" (nie martwcie się, jak tylko wyjdzie to nowe przepiękne wydanie od Wydawnictwa Mag, to kupuję i biorę się za całą serię), gdy tylko zobaczyłam że Natalia z "Książkowe kocha, nie kocha" robi Booktour z "Kronikami Bane'a", to zgłosiłam się bez żadnego zastanowienia. Nie mogłam się wprost doczekać aż książka do mnie dotrze i zacznę ją czytać.

Ta recenzja będzie krótka, bo nie chce pisać pierdół tylko dlatego, że nie zrozumiałam połowy książki. "Kroniki Bane'a" są zbiorem opowiadań z życia tytułowego czarownika. Przybliża wielbicielom "Darów Anioła" i "Diabelskich Maszyn" postać czarownika Magnusa Bane'a, którego uwodzicielska osobowość, ekstrawagancki styl i cięty dowcip oczarowały fanów bestsellerowej cykli. Taki mniej więcej opis mamy z tyłu książki, brzmi on bardzo zachęcająco. Ja serialowego Magnusa uwielbiam i dosłownie skakałam z podekscytowania, gdy książka do mnie dotarła. Zaczęłam czytać mając dosyć duże wymagania. Wprost nie mogłam się doczekać! 

Jednak niestety, okazało się, że nieznajomość serii całkowicie odebrała mi przyjemność z czytania, co jest tylko i wyłącznie moją winą. Zawiodłam się, ale skończyłam tę książkę i jej końcowe 200 stron naprawdę mi się podobało, właśnie dlatego, że znałam to z serialu. Strasznie mi w tej chwili głupio, bo piszę wam o czymś o czym, szczerze mówiąc, nie mam zielonego pojęcia. Także już na samym początku, chcę wam powiedzieć, że jeśli jesteście prawdziwymi Nocnymi Łowcami i znawcami serii, to nie sugerujcie się moją opinią, która niestety, nie będzie za bardzo optymistyczna, ani pozytywna. Nie chcę was do tej książki zniechęcać. A jeżeli są tutaj takie osoby, które nie tak samo jak ja, praktycznie nic nie wiedzą, albo znają to uniwersum jedynie z serialu, to już teraz odradzam wam ten zbiór opowiadań i nawet nie czytajcie recenzji, bo to kompletnie nie ma sensu. Najpierw, tak jak mi napisał Bartek z bloga Bartosz Czyta, zapoznajcie się z całą serią. Potem przyjdzie czas na "Kroniki Bane'a". 

Sam Bane mnie nie zawiódł. Był cudowny, tak samo jak w serialu! Jego styl, zachowanie i żarciki, w jakiś dziwny sposób rozgrzewały moje serducho. Nie ukrywam, że naprawdę uwielbiam tego bohatera i mimo tego, że książka mi się nie podobała, to jakaś tam odrobina przyjemności pozostała. Trzeba przyznać, że Magnus jest naprawdę niesamowity i jedyny w swoim rodzaju. Dawno nie spotkałam się z bohaterem, który byłby tak wyjątkowy. Gdybym go nie znała z serialu, to jestem pewna, że tutaj zawładnąłby moim sercem. 

Jednak niestety, nieznajomość obu cykli, sprawiła że cała przyjemność z czytania ulotniła się bardzo szybko. Wielu rzeczy nie rozumiałam, nie znałam wielu historii, które miały ogromne znaczenie w niektórych opowiadaniach, nie znałam większości bohaterów, no bo niby skąd? Wynudziłam się strasznie, w szczególności na początku. Często robiłam przerwy i strasznie mi się ciągnęło. Czytałam na siłę, jednocześnie żałując że w ogóle zgłosiłam się do Booktouru. Ale nie poddałam się i czytałam dalej, co naprawdę nie było łatwe. To nie tak, że książka jest nudna. Po prostu nie przypadła mi do gustu forma opowiadań, nie ważne jak długie były. Po prostu ich nie lubię, a te chociaż były ciekawe, to wprawiały mnie w skonfundowanie i stagnację. 

Dopiero gdzieś od 350 strony, poczułam się lepiej, bo zaczęły się opowiadania, z bohaterami których znam. Pierwszym które pokochałam, tak samo jak Raphaela, było opowiadanie o nim, w jaki sposób stał się wampirem. To było jedyne opowiadanie, które niesamowicie mocno przyciągnęło moją uwagę i wprost nie mogłam się oderwać! Raphaela Santiago wielbię całym sercem, uwielbiam jego aparycję i charakter. Jest genialny i niesamowicie mi się podoba, nie ważne człowiek, czy wampir. Później było coraz lepiej, o wiele przyjemniej mi się czytało, zupełnie inaczej niż początkowe strony. I to jest doskonałym dowodem, byście nie sugerowali się aż tak moją recenzją. Wystarczyło, że znałam historię i bohaterów, a od razu mi się spodobało. A gdy ich nie znałam, to się nudziłam. 

Chociaż, pamiętam, choć trochę jak za mgłą, opowiadanie o Willu Hermondale'u i jego miłości do Grace. To również mi się bardzo podobało, mimo że ani Grace, ani Willa nie znałam. Po prostu byli w niezwykle ciekawy sposób przestawieni. I poznałam też kilka ciekawych faktów, o których kompletnie nie miałam pojęcia.

Także, nie będę przedłużać i pisać na siłę. Kompletnie nie wiem co powiedzieć na temat tej książki. Więc podsumowuję to tak. Jeżeli czytałeś wszystkie książki z obu cykli, znasz doskonale uniwersum, to nie zastanawiaj się, kupuj i czytaj, sądzę że ci się spodoba. Jednak, jeżeli tak jak ja, znasz jedynie serial, bądź nie znasz tego uniwersum wcale, to odpuść sobie na razie, poznaj je i wtedy możesz spokojnie sięgnąć po "Kroniki". No chyba, że chcesz się zawieść. 

Gdybym przeczytała oba cykle, to jestem pewna, że pokochałabym "Kroniki". Dlatego też, postanowiłam, że wrócę do tej książki, gdy poznam każdą powieść z cyklu. Może wtedy napiszę dla was kolejną recenzję tej książki, z porównaniem? Co wy na to? Sądzę, że to fajny pomysł ;)

Także, ja wam życzę miłego wieczoru, ja lecę czytać "Dwór skrzydeł i zguby", szykujcie się na recenzję, która bardzo możliwe, że pojawi się już w poniedziałek! Mam nadzieję, że czekacie! 

Dajcie mi też koniecznie znać, czy jesteście Nocnymi Łowcami i czy czytaliście "Kroniki Bane'a". 

Pozdrawiam, Marlena Marszałek

10.10.17

A serce niemal wyrwało mi się z piersi - 57. "Tysiąc pocałunków" Tillie Cole recenzja


Zapewne spodziewacie się samych superlatyw, na temat książki, którą dziś chcę wam przedstawić. Założę się, że jeśli czytaliście recenzje "Tysiąca pocałunków", to każda z nich była pozytywna.O tej książce, było naprawdę głośno, pamiętam jeszcze czas, że przewijała mi się co 3 zdjęcie na instagramie. Ilość pochwał lekko mnie zniechęcała, jednak mimo wszystko postanowiłam dać jej szansę. I tak o to, dzięki udziale w BookTurze u Kredzi na jej instagramie (KLIK), mam dziś możliwość przedstawić wam tę głośną powieść. Jednak, jeżeli czytaliście recenzje tej książki u innym blogerów, to w mojej nie znajdziecie nic nowego (chyba), więc nie obrażę się jeżeli jej nie przeczytacie (jednakowoż będzie mi naprawdę miło, jeśli jednak przeczytacie i zostawicie po sobie komentarz). A dlaczego tak twierdzę? Ponieważ zakochałam się w tej książce. 

Wyobraź sobie, że otrzymujesz tysiąc małych karteczek i masz wypełnić je najpiękniejszymi momentami swojego życia…

Jeden pocałunek trwa chwilę. Tysiąc pocałunków może wypełnić całe życie. 



Chłopak i dziewczyna. Uczucie powstałe w jednej chwili, pielęgnowane później latami. Więź, której nie był w stanie zniszczyć ani czas, ani odległość. Która miała przetrwać już do końca. A przynajmniej tak zakładali.

Kiedy siedemnastoletni Rune Kristiansen wraca z rodzinnej Norwegii do sennego miasteczka Blossom Grove w stanie Georgia, gdzie jako dziecko zaprzyjaźnił się z Poppy Litchfield, myśli tylko o jednym. Dlaczego dziewczyna, która była drugą połową jego duszy i przyrzekła wiernie czekać na jego powrót, odcięła się od niego bez słowa wyjaśnienia? 

Serce Rune’a zostało złamane, gdy dwa lata temu Poppy przestała się do niego odzywać. Jednak, gdy chłopakowi przyjdzie odkryć prawdę, jego serce rozpadnie się na nowo.



To, że pokochałam tę książkę, było dla mnie nie do przyjęcia, dziwiło mnie to. I to nie dlatego, że była słaba. Po prostu nie spodziewałam się po niej wiele, a jestem człowiekiem, który w książce poszukuje wybuchów, magii, emocji, które wbija mnie w fotel (ewentualnie poduszkę), nie pociągają mnie łzawe historie o miłości, ponieważ nienawidzę cierpieć, do tego mam czasami wrażenie, że takie powieści są nudne, powtarzalne i kiczowate, kto w tych czasach wierzy w takie historyjki? "Nic bardziej mylnego, Marleno", odkąd skończyłam "Tysiąc pocałunków" powinno się stać moim motto życiowym, powinnam to sobie wytatuować na czole, by każdego dnia patrzeć na to i w końcu wbić sobie to do głowy. Wracając jednak do mojego poszukiwania dreszczyku emocji i awersji do łzawych opowiastek o miłości, to jest też druga strona medalu, czyli Marlena wrażliwa, delikatna, marząca o księciu na białym koniu, która uwielbia to uczucie, gdy książka poruszy nią do tego stopnia, że będzie mieć dreszcze, a twarz mokrą od łez. Nie ma co ukrywać, taką książkę, nie ważne jak się zakończyła, czytelnik zapamięta na dłużej i milej, a także bardziej emocjonalnie będzie ją wspominał. I tak samo jest w moim przypadku, gdy już przekonam się by takową przeczytać.

I tu tworzy się swego rodzaju paradoks, narzekam że nie lubię takich książek, bo wydają mi się być trywialne i nudne, ale jeśli się zastanowić, to muszę przyznać, jeszcze nigdy się nie zawiodłam na tego typu książkach, co sprawia, że chętniej sięgam po kolejne. Powoli zaczynam to lubić. Jednocześnie zauważam, że są bardzo przewidywalne. I to aż do bólu. Ich koniec nie jest tajemnicą, możemy bardzo łatwo domyślić się, co się stanie. I to jest ogromnym minusem. Dokładnie tak było w przypadku "Tysiąca pocałunków". Byłam zawiedziona, że tak szybko przewidziałam zakończenie, co niestety odebrało mi przyjemność z czytania (nie w pełni, ale jednak). Jednak, w przypadku tego typu historii, przewidywalność jest obowiązkowa, inaczej nie byłoby łez. Nie będę mówiła o co chodzi, bo nie chcę spojlerować, sądzę jednak, że doskonale się domyślacie co mam na myśli. Jednak, nie zniechęcajcie się do tego tytułu z tego powodu. Nadrabia on bohaterami, pomysłem na fabułę, klimatem i cudownym stylem autorki. 

Wiem, że są wśród was osoby, które gdy widzą książkę, o której jest głośno, to omijają ją szerokim łukiem i marzą o tym, by nie mieć z nią styczności. Nie zniechęcajcie się, wiem że czasami mnogość cudownych opinii zniechęca do książki. Ciężko jest uwierzyć, że coś może być tak dobre. Jednak uwierzcie mi, jeżeli macie miękkie serce i kochacie piękne historie, to "Tysiąc pocałunków" jest dla was! Nie będę was przekonywać bez żadnych sensownych argumentów, więc czytajcie dalej.

Bohaterowie są największym plusem tej powieści, mocno się wyróżniają na tle innych, są niezwykle wiarygodni, prawdziwi, jednak zdarzały się momenty, gdy miałam wrażenie, że również delikatnie przerysowani. Jednak mimo tego, naprawdę z ogromną przyjemnością śledziłam ich losy. Fascynowali mnie, w szczególności Poppy i jej charakter. Nie dało się jej nie polubić, chociaż momentami mnie odrobinkę irytowała. Ale tylko odrobinkę. Nie mogłam się nadziwić, jak to możliwe, że była taka silna, mimo iż tyle złego ją spotkało. Była niezwykle ufna, pomocna, pełna wiary i nadziei, mimo iż  nie było dla niej szans na ratunek. A jej miłość do Rune, doskonale pokazała, że czasami miłość wymaga ogromnych poświęceń, choć nie zawsze wszystko potoczy się tak, jakbyśmy tego chcieli.

Co do Rune, naprawdę pokochałam tego chłopaka. Nie dosyć, że przystojny, to jeszcze idealnie w moim typie. Autorka wykreowała go w taki sposób, byśmy my, czytelniczki, nie mogły o nim zapomnieć. Wrażliwy, o cudownym miękkim sercu, otwarty na świat, kochający miłością mocną i nie do przełamania. Dlatego też, gdy chłopak się zmienił, bardzo cierpiałam, jednak w pełni to rozumiałam. Miłość jest bardzo bliska szaleństwu, a nagły brak ukochanej osoby, bądź odcięcie się jej od nas, może nas złamać. I nie ma w tym nic dziwnego, jednak poznanie mrocznego Rune było dla mnie bardzo przykre. To był pierwszy moment, gdy Tillie Cole złamała mi serce. A później było już tylko gorzej.

Mniej więcej od połowy książki, zaczęłam płakać. Gdy uświadomiłam sobie, czym zakończy się ta historia, to łzy zebrały mi się w oczach. Nie mogłam znieść cierpienia bohaterów i za wszelką cenę pragnęłam skończyć już tę książkę i zabrać się za coś weselszego.

Muszę przyznać, że książkę czyta się naprawdę przyjemnie i niezwykle lekko. Zawiera ona wiele mądrości i cytatów, które na długo zapadają w pamięć. I nie będzie to kolokwializm, gdy powiem, że podnosi ona na duchu, daje nadzieję. Miłość opisana w tej powieści, jest jak ze snu. Niesamowicie piękna, mocna, nierozerwalna, aż trudno w to uwierzyć, naprawdę. Były momenty w których naprawdę nie mogłam się oderwać, nie ważne że musiałam iść spać, bądź zrobić zadanie. Ta cudowna opowieść o najczystszej miłości dwojga młodych ludzi, była niczym miód na serce. Koiła, uspokajała, czasami wprawiała serce w szybsze bicie, bądź sprawiała, że po twarzy ciekły łzy.

Uwielbiam styl pisania Tillie. Ma ona dar opisywania uczuć bohaterów i miejsc. W szczególności, spodobał mi się opis sadu wiśniowego, gdy o nim czytałam, to z całego serca pragnęłam się tam znaleźć i usiąść pod ukwieconym drzewem. Do tego naprawdę podobał mi się motyw słoika na pocałunki. To dodawało książce wyjątkowości i krzty magii. A sam klimat, och, coś niesamowitego! Ogromny plus tej powieści!

Co do historii, była prosta, przewidywalna, ale jednocześnie magiczna, a dokładniej w magiczny sposób opisana. Widać, że autorka włożyła w to całe swoje serce i talent jaki posiada. Bardzo chętnie przeczytam inne jej książki, widzę w niej ogromny potencjał. Co prawda "Tysiąc pocałunków", nie jest książką idealną, która zostanie na długo w waszych głowach. Jest jednak cudownym oderwaniem się od codzienności. Jeżeli szukacie czegoś lekkiego, co przeczytacie szybko i z ogromną przyjemnością, to "Tysiąc pocałunków", jest właśnie dla was. Polecam jednak, zanim się za nią zabierzecie, przygotować paczkę chusteczek. Przydadzą się.

Polecam wam tę książkę z całego serca, mi się naprawdę bardzo podobała, cieszę się, że mogłam ją przeczytać i nie żałuję nawet sekundy z nią spędzonej :)

Koniecznie dajcie mi znać, czy czytaliście tę powieść, a jeśli tak, to co o niej sądzicie?
Życzę wam wspaniałego dnia!
Marlena Marszałek


Szablon dla Bloggera stworzony przez Devon.