Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opinia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opinia. Pokaż wszystkie posty

23.2.18

74. "Łowca czterech żywiołów" Agata Adamska


Nie ma co ukrywać, od "Łowcy czterech żywiołów" oczekiwałam naprawdę wiele, wprost nie mogłam się doczekać tej książki, bo przewijała mi się praktycznie wszędzie gdzie spojrzałam. Zresztą, już sam fakt, że autorka jest Polką, był dla mnie jednym z ważniejszych powodów, by zapoznać się z tą powieścią. Czy książka spełniła moje oczekiwania? Czy jest ona warta uwagi? A może wręcz przeciwnie? Na te pytania, może nie dosłownie, ale odpowiem wam w dzisiejszej opinii. Postaram się jak najbardziej streścić, bo nie chcę zdradzić wam zbyt wiele, albo was zanudzić, a wiem, że często mi się to zdarza. "Łowca" jest pierwszym tomem cyklu "Legenda o Seantrze" i jednocześnie debiutem autorki. I tu pojawia się pytanie, czy jest to debiut, po który warto sięgnąć i który na dłużej zostanie w głowie?

Idąc na test zdolności magicznych, Aeryla Valnes jest przekonana, że okaże się, iż podobnie jak jej rodzice nie posiada żadnych predyspozycji. Jakiż szok przeżywa, gdy okazuje się, że ma niespotykane umiejętności panowania nad wszystkimi żywiołami. 

Opis z tyłu książki nie mówi nam wiele i to moim zdaniem bardzo dobrze, bo dzięki temu kompletnie nie wiemy czego się spodziewać. I choć niektórych może to razić, mówię oczywiście o tej oszczędności jeśli chodzi o opis, to ja sądzę, że za dużo też nie można wiedzieć ;) A czasami się zdarza, że zawiera on streszczenie całej książki i zanim ją przeczytamy, już wiemy za wiele. Oj, zdarzało się tak wiele razy. Ale mniejsza z tym. Przejdźmy dalej. 


Tak jak już wcześniej wspominałam, miałam wobec niej naprawdę ogromne oczekiwania. Nie powiem, że oczekiwałam powieści na miarę np. Harry'ego Pottera, czy Dworów, bo naprawdę ciężko im dorównać, ale czegoś co naprawdę mi się spodoba i na długo zostanie w mojej głowie. Co prawda, została w niej, bo choć przeczytałam ją w tamtym roku, to wciąż pamiętam co tam się działo, pamiętam moje odczucia i emocje, które we mnie wzbudziła, dzięki czemu jestem w stanie napisać tę opinię, bez większych problemów. Jednak, niestety, pamiętam też te rzeczy, które mojej oceny nie podniosą, a wręcz przeciwnie. Nie mówię, że książka była zła. Jednak bardzo wiele jej brakowało, co mam nadzieję, zostanie przez autorkę naprawione w przypadku kolejnego tomu, na który czeka z niecierpliwością. Już sam tytuł  tej książki, naprawdę bardzo mnie zaciekawił i bardzo chętnie po nią sięgnęłam (mhm, książka czekała na mnie jakiś czas i na recenzję również), przeczytałam ją szybko i z przyjemnością. Ale nie mogłam wyjść z wrażenia, że coś tu jest nie tak i czegoś tutaj brakuje. Ale nie jestem w stanie jasno określić czego. 

Słyszałam o tej książce naprawdę dobre opinie, na samym lubimyczytać.pl ma ona ocenę 7/10, więc to bardzo dobrze, aż przebierałam nogami z radości, gdy autorka mi ją wysłała. Jednak później to podekscytowanie opadło i książka czekała, hmm 4 miesiące na przeczytanie. I kolejne dwa na opinię. Sama nie wiem dlaczego tak jest, bo nie było to coś, o czym chciałam zapomnieć, bo naprawdę wsiąknęłam w ten świat i chętnie przeczytałabym kolejne tomy. Więc dlaczego? Na to pytanie nie jestem w stanie odpowiedzieć, bo po prostu nie mam pojęcia. Ale najważniejsze, że w końcu wzięłam się w garść i w końcu do niej usiadłam. 

Nie zdradzę wam za wiele, bo jeśli chodzi o fabułę, to skrywa ona w sobie wiele smaczków i sądzę, że przy moim rozpisywaniu się mogłabym przez przypadek powiedzieć za dużo i zniszczyć wam przyjemność z zapoznania się z tą książką. Mogę powiedzieć jedynie tyle, że jeśli chodzi o historię, to jest naprawdę ciekawa, a świat stworzony przez panią Agatę, choć nie doskonały, to zachwyca i bardzo łatwo w niego jest w niego wsiąknąć i sobie go wyobrazić. Akcja, chociaż moim zdaniem odrobinę za wolna, to jest naprawdę satysfakcjonująca  i daje czytelnikowi to, co dobra książka powinna dać. Nie brakuje magii, walki, humoru, klimatu i tajemnicy która dręczy aż do ostatniej strony. A także bohaterów, którzy dodają całości smaczku, w szczególności główna bohaterka Aeryl Valnes, która nie daje sobie w kaszę dmuchać i pewien irytujący elf, który nie raz swoim zachowaniem sprawił, że nie mogłam powstrzymać uśmiechu, który nie zawsze świadczył o rozbawieniu, a o zażenowaniu.



Jeśli chodzi o kreację świata, pomysł na fabułę i bohaterów, to autorka poradziła sobie naprawdę dobrze i zaskoczyła mnie tym. Również jej pióro jest naprawdę dobre, w szczególności jak na pierwszą powieść. Jednak, mimo tego, że całość czyta się lekko i przyjemnie, a książka liczy sobie ledwo 330 stron, to miałam pewne trudności z przebrnięciem przez nią. Nie mylcie tego słowa (przebrnięcia), z przedzieraniem się przez bagno, wiem że mogło tak to zabrzmieć. Chodzi mi raczej o to, że zdarzały się momenty, że naprawdę byłam zdziwiona i nie mogłam ruszyć dalej. I to przez to, że mimo iż książka z Harry'm Potterem nie ma nic wspólnego, oprócz faktu że pojawia się w obu książkach magia, to jakoś nie mogłam pozbyć się wrażenia, że bardzo mi wyżej wspomnianą historię o chłopcu z blizną na czole, ta książka przypomina. I niestety, teraz nie jestem wam w stanie powiedzieć skąd to odczucie.

"Łowca czterech żywiołów" bardzo mi się podobał, jednak czegoś tutaj zabrakło. Pomysł jest naprawdę interesujący i jeśli autorka dobrze poprowadzi opowieść w kolejnych tomach, to może to być cykl naprawdę wart uwagi, który na długo zapadnie w pamięć. Jednak, nie da się nie zauważyć, że jest to debiut i autorka dopiero się rozwija. Zdarzają się dłużyzny, momentami jest nudno, czasami irytująco, co wpływa na całokształt, ale jednak całość odebrałam naprawdę dobrze i wiem, że pani Agata skrywa w sobie ogromny potencjał, którego w pełni nie udało się jej tutaj wykorzystać. Ale jeśli się postara, a na pewno tak będzie, to sądzę, że w kolejnych tomach ujrzymy jak autorka rozkwita. Mam naprawdę ogromną nadzieję, że tak się stanie. Czytało mi się naprawdę przyjemnie, bardzo spodobała mi się ta historia. A po kolejne tomy sięgnę na pewno! 

Jeśli szukacie lekkiej powieści, którą przeczytacie w jeden wieczór i z ciepłem na serduchu odłożycie na półkę, to "Łowca czterech żywiołów". Książka ta nie raz was zaskoczy i choć na długo w głowie nie zostanie, to na pewno wzbudzi w was wiele emocji. Myślę, że mogę ją wam polecić, bo jest to coś innego a takich książek, na naszym rodzimym, polskim rynku nie ma wiele (w sensie napisanych przez rodzimych autorów) i jest ona naprawdę ciekawym doświadczeniem! A do tego okładka naprawdę cieszy oko! 

Pozdrawiam i życzę wam wspaniałego dnia!
Marlena Marszałek

14.2.18

72. Walentynki ze "Slammed" Colleen Hoover + Konkurs


Jako, że dziś są walentynki, to stwierdziłam, że opowiem Wam co nieco o mojej miłości. Rośnie ona powolutku, stopniowo, ale wiem, że będzie ona trwała. Zapraszam do recenzji książki "Slammed", ta książka moim zdaniem jest idealną pozycją na długi, zimowy walentynkowy wieczór. Już teraz mogę wam powiedzieć, że jeśli jeszcze nie znacie tej książki, to naprawdę dziwię się jakim cudem i dlaczego jeszcze tego nie zmieniliście. I dziwię się, jakim cudem ja nigdy wcześniej po nią nie sięgnęłam. 




Layken skończyła niedawno osiemnaście lat. Zaledwie kilka miesięcy wcześniej niespodziewanie straciła ojca. Wraz z kochającą matką i młodszym bratem postanawiają zostawić za sobą przeszłość w Teksasie, by rozpocząć nowe życie w Michigan. Sprzedają dom, pakują rodzinne pamiątki i wyruszają na północ. Każde z nich z innymi obawami i planami na dalszą przyszłość. Zarówno Lake, jak i Kel nie chcą porzucać szkoły, przyjaciół, wspomnień związanych z ulubionymi miejscami. Boją się tego, co ich czeka prawie dwa tysiące kilometrów od domu. Prawdziwego domu. Julia też się martwi. Mimo to stara się dodać otuchy swoim dzieciom i wesprzeć ich w najtrudniejszych chwilach. 

Po przyjeździe na miejsce okazuje się, że już pierwszy kontakt z sąsiedztwem z naprzeciwka zwiastuje poważne zmiany w rodzinnych relacjach. A to dopiero początek niezwykle emocjonalnej, momentami przezabawnej historii losów dwóch rodzin Cohen i Cooperów, w której nikt nie zdaje sobie sprawy, jak ich członkowie staną się sobie bliscy w obliczu śmiertelnej choroby i codziennych problemów.

Colleen Hoover coraz bardziej mnie zaskakuje. "Confess" było świetne, niesamowicie mi się podobało i nie spodziewałam się, że Colleen mnie zaskoczy, w szczególności w jeśli mówimy o debiutanckiej powieści. Jednak, gdy w moje łapki trafił pierwszy tom "Pułapki uczuć" w nowym, przepięknym wydaniu, to zrozumiałam, że "Confess" to zaledwie ułamek jej umiejętności. A gdy skończyłam "Slammed" to byłam pod ogromnym wrażeniem, że debiut może być tak dobry, a panią Hoover polubiłam jeszcze bardziej. 

Jednak, moja przygoda z twórczością tej autorki, nie była usiana płatkami róż. Na początku dziwiłam się, wiele razy głowiłam się, co takiego robi Colleen, że jest tak poczytną, znaną i lubianą pisarką. Wiele razy próbowałam się sama przekonać, ale jakoś nigdy nic z tego nie wychodziło. Pożyczałam książkę z biblioteki i koniec końców, leżała na półce aż do chwili gdy musiałam ją odnieść, jakoś mi było do niej nie po drodze. A teraz żałuję, bardzo żałuję, że wcześniej jej unikałam, bo jak teraz się okazało, wbrew temu co myślałam, straciłam naprawdę wiele. To dopiero moja druga przeczytana powieść tej autorki, a już wiem, że już niedługo szykują się Hooverowe zakupy. Na szczęście mogę to nadrobić. Nie mogę teraz jasno stwierdzić, że Colleen jest moją ulubioną autorką, ale wytrwale pnie się ona coraz wyżej i dotarcie do podium nie będzie dla niej żadnym problemem! I wiecie co? Bardzo mnie to cieszy, bo jej książki w jakiś cudowny sposób podnoszą mnie na duchu i ocieplają zamarznięte serce. 

Mimo, że opis nie brzmi jakoś niesamowicie, ot historia miłosna jakich wiele. Mamy chłopaka i dziewczynę, między którymi pojawia się miłość i przeszkody, które muszą pokonać. Jednak bardzo szybko przekonujemy się, że to nie prawda, już na pierwszych stronach przekonałam się, że jest to jedna z tych wyjątkowych książek, które wzbudzają w czytelniku cały wachlarz emocji. Nie sposób nie przeżywać tej historii, a emocje prawie rozsadzają serce, które w pewnym momencie już samo nie wie, co robić. Bić szybciej, czy się zatrzymać. To, co Hoover robi z serduchem powinno być karalne, mówię wam. 

Na początku wszystko jest proste. Mamy dziewczynę Layken i chłopaka Willa, oboje cierpią po stracie swoich bliskich i nie mają lekko w życiu. Ich spotkanie się zaraz po przeprowadzce Layken, daje im nadzieję, że szczęście naprawdę się im należy i że wystarczy, że wyciągną rękę a otoczy ich ono niczym bańka. Bohaterowie znają się niedługo, ale czują, że to właśnie jest to, że tego szukali całe swoje życie. Jednak w prawdziwym życiu nic nie przychodzi z łatwością, a czasami nie ważne jak mocno walczymy, nie damy rady pokonać trudności, które stanęły nam na drodze. Serce mówi, by wybrać ukochaną, ale rozum wie, że jest to niemożliwe i może to być początkiem końca. I to mi się niesamowicie podobało, że "Slammed" jest historią tak bardzo prawdziwą, że aż do bólu prawdziwą. To jest jej ogromny plus, że autorka na siłę nie próbowała wmówić nam, że życie jest proste i usłane różami. Realizm tej historii sprawia, że jeszcze lepiej się ją czyta.

Akcja powieści jest idealnie wymierzona, ani za szybka, ani za wolna, dzięki czemu czyta się lekko i przyjemnie. Widać, że Colleen bardzo przemyślała sobie tę książkę i włożyła mnóstwo pracy w każdą jej stronę. Wszystko ze sobą idealnie współgra, niczym perfekcyjnie dostrojone skrzypce. A ja uwielbiam grę skrzypiec. Sam pomysł, choć na początku może wydawać się nudny i nijaki (przez to, że wiele jest takich historii), jest po prostu doskonały. Styl autorki ma w sobie coś magicznego, widać że wie co robi i robi to obłędnie! Coś, co z pozoru powinno być przewidywalne, Colleen napisała w taki sposób, że takie nie jest. Nie wiem jak, ale ona naprawdę ma talent. Tej książki się nie czyta, ją się pochłania na jednym tchu, z uśmiechem, bądź podkówką na twarzy. Płynie się przez nią, a oderwanie się od niej jest praktycznie niemożliwe.

Obok tej książki po prostu nie da się przejść obojętnie i niemożliwe jest by przeszła bez echa. Nie zapomnicie tak łatwo o tej historii, będzie was ona dręczyć, będziecie nad nią myśleć, a łzy nie raz, nie dwa pojawią się w waszych oczach. Obserwowanie zmagań bohaterów, tego jak sobie radzą po tragediach jakie ich spotkały, a także miłości o którą walczą, jest uzależniające i bardzo emocjonujące. Ta książka budzi emocje, szarpie sercem na wszystkie strony i zajmuje każdą jego część. 


Jej głównymi zaletami są nie tylko świetny styl autorki, ale także i lekki i przyjemny sposób prowadzenia historii. Do tego bohaterowie, których po prostu nie da się nie polubić. Są oni tak bardzo realistyczni, tak bardzo prawdziwi, że wydaje się nam, że istnieją naprawdę. I nie mówię tutaj tylko i wyłącznie od Willu i Layken, ale także i o innych bohaterach, których poznacie jeśli tylko sięgniecie po tę powieść. Fabuła nie jest przesłodzona, ani kiczowato irytująco, rażąca w oczy. Mam tutaj na myśli to, że świat nie jest wyidealizowany, a bohaterowie nie są płytcy. A obecność wierszy dodaje cudownego klimatu, co jeszcze bardziej angażuje emocjonalnie. Jak czytałam, to ze zniecierpliwieniem czekałam na kolejny wiersz, nie mogąc się go doczekać. Bo choć fanką wierszy nie jestem, to te bardzo mi się podobały. Nie mogę również nie wspomnieć o świetnym humorze, którzy nie raz sprawi, że uśmiechniecie się, bądź zaśmiejecie. Czyż to nie jest książka idealna? Wszystko jest doskonale dopasowane i mamy składniki, które są przepisem na hit. 

Bardzo podobało mi się to, że mimo iż miłość pojawiła się tutaj szybko, to nie była nachalna, ani, hmm jak to ująć, bezsensowna. A wręcz przeciwnie! Ta delikatność mnie zdziwiła i rozgrzała serducho. I nie tylko o miłości między Layken a Willem ;) Nie mogę się już doczekać, aż dotrą do mnie kolejne tomy, coś czuję, że rzucę się na nie jak dzikus. "Slammed" jest książką wspaniałą, wciąga, angażuje i nie pozwala się oderwać. Nawet nie sądziłam, że tak bardzo potrzebowałam takiej historii. Polecam ją wam serdecznie, jeżeli szukacie czegoś lekkiego, co na długo zostanie w waszej pamięci i będzie lekturą na jeden wieczór. Będziecie zadowoleni ^^ 

 A jeśli jej nie macie, a chcielibyście ją wygrać, to mam dla was niespodziankę! Napiszcie w komentarzu, dlaczego chcielibyście przeczytać tę książkę, a ja wybiorę jedną osobę i do niej, dzięki uprzejmości Wydawnictwa YA, poleci egzemplarz powieści. Nie zapomnijcie mnie zaobserwować i dopisać wasz mail w komentarzu. 

Także, ja wam życzę wspaniałych Walentynek, wyniki za tydzień!
Pozdrawiam, Marlena Marszałek

5.11.17

Filmowa Niedziela #3 - Maraton Horrorów w Kinie Helios


Nigdy nie byłam jakąś ogromną fanką horrorów, gdy byłam młodsza to unikałam ich jak ognia, bałam się tak bardzo, że jeżeli już obejrzałam jakiś, to nie mogłam zasnąć, ze strachu bolał mnie brzuch a każdy najmniejszy szmer wprawiał moje serce w panicznie szybkie bicie. Byłam bardzo bojaźliwa i podczas gdy innych horrory zachwycały, to ja omijałam je szerokim łukiem. Jednak z biegiem lat zaczęło się to zmieniać. Głównie przez moją przyjaciółkę Pandę zaczęłam oglądać ten rodzaj filmu. 

Zaczęło się od filmu Annabelle, pierwszej części, chociaż mogę się mylić. Potem jeden maraton w kinie, drugi maraton u niej na urodzinach, kolejne filmy w kinie i nagle zaczęłam z pasją pochłaniać serię "Piła", "Krzyk" (tak wiem, ciężko to nazwać horrorem). Dopiero niedawno zorientowałam się co się ze mną stało. Polubiłam horrory! Co prawda będą sama w domu, w życiu nie odważę się obejrzeć takiego filmu i w ogóle sama nie lubię ich oglądać. Z bratem jak najbardziej, ostatnio pochłonęliśmy "Obecność", to było po prostu świetne! Jednak w chwili, jak to było w tym przypadku, gdy widzę że w kinie jest horror, bądź ich maraton, to nawet się nie zastanawiam i od razu proponuję mojej przyjaciółce wyjście. Ostatnio chodzimy coraz częściej. We wrześniu "To", którego recenzję możecie już przeczytać od dłuższego czasu na moim blogu, w październiku, przed Halloween, "Maraton Horrorów w Kinach Helios". W listopadzie również planujemy na coś pójść. 

Jednak, my dziś właśnie o maratonie. Do wyboru był zestaw 1 i zestaw 2, każdy po 4 filmy, cena 32 bilet ulgowy, 36 normalny, seanse 27 i 31 października. Pierwszy zestaw zawierał filmy „Slumber”, „Redwood”,„Mroczna Pieśń” i „Krucyfiks”. Drugi zaś "Dead Awake", "Męczennicy", "To przychodzi po zmroku" i "Co się wydarzyło w Gracefield". Nasz wybór padł na zestaw drugi, 27 października. Jednak jak tak teraz nad tym myślę, to trochę żałuję, bo zdradzę wam to już teraz, nie były to jakieś szczególnie ambitne filmy, powtarzające się schematy bardzo mnie irytowały. Jednak, może to być też trochę wina zmęczenia. Seans trwał od 23.00 do prawie 7 rano! I to wszystko przez to, że po każdym filmie była 15 minutowa przerwa. A ja przy ostatnim filmie, marzyłam już jedynie o tym by móc w spokoju zasnąć. W kwestii nie spania jestem zaprawiona w boju, nie raz się zasiedziałam przy telefonie, bądź książce i nim się orientowałam była już 7 rano, a mi się kompletnie nie chciało spać, jednak tym razem nie podołałam i przespałam 20 minut ostatniego filmu. Na szczęście Panda nawet nie zmrużyła oka i szybko opowiedziała mi co się działo, dzięki czemu szybko ogarnęłam fabułę. 

Jednak, nie będę zaczynać od ostatniego filmu, bo to trochę bez sensu. Zacznijmy od samego początku. Stoimy w kolejce, mamy na twarzy halloweenowe makijaże, ludzie się patrzą na nas jak na głupie a obsługa się uśmiecha. Wpuszczają nas, wchodzimy, zajmujemy miejsca (nawiasem mówiąc, wybrałyśmy idealnie! Polecam 9 rząd, 10,11 i 12 miejsce!) i się zaczyna. Gasną światła (biedny nawias, nie dam mu dziś spokoju; czy ktoś kojarzy horror "Kiedy zgasną światła"? To było coś! Pamiętam jak przeraźliwie się bałam wracać po nim do domu, a było ciemno jak w... No na pewno wiecie o co mi chodzi), robi się cudowna atmosfera i zaczyna się pierwszy film. A jest nim "Dead Awake"

Kate Bowman (Jocelin Donahue), na skutek śmierci swojej siostry bliźniaczki, zaczyna badać tajemnicze przypadki zgonów w czasie snu. Na krótko przed śmiercią ofiary opowiadały o nawiedzającej ich nocą nadprzyrodzonej sile. Każda z nich cierpiała na tzw. "paraliż senny". Przerażająca choroba unieruchamia swoje ofiary podczas snu. Kate zgłębiając sprawę naraża się na gniew istoty, która zaczyna prześladować jej przyjaciół. Dziewczyna musi zmierzyć się z demoniczną siłą i powstrzymać rozpętany koszmar. (opis pochodzi z filmwebu)

Na filmwebie ten film na bardzo niską ocenę, bo ledwie 4,6/10. I w sumie, nie rozumiem dlaczego. Nie był może jakiś niezwykły, ale potrafił przestraszyć i był naprawdę ciekawie zrealizowany. Sam pomysł jest intrygujący, a całość ogląda się w pełnym napięcia oczekiwaniu na rozwinięcie i rozwiązanie akcji, z ogromną przyjemnością i podekscytowaniem. Tematyka filmu i sposób pokazania mary dręczącej ludzi opanowanych paraliżem sennym naprawdę może przyprawić o ból głowy i lekką obawę, czy na pewno chcemy dziś iść spać. Ja tak nie miałam, głównie dlatego, że mam wrażenie wyrosłam z tego rodzaju strachu. Pamiętam, że jak byłam młodsza to bardzo często miałam paraliże, leżałam z twarzą do poduszki, czułam że się duszę, ale nie mogłam się ruszyć. Albo budziłam się z dziwnym doświadczeniem, podnosiłam rękę do góry, a mimo tego czułam że nadal leży ona na łóżku. Jednak z biegiem czasu wyrosłam z tego i dlatego tego typu filmy mnie nie przerażają. Po prostu jestem już za stara na takie strachy. 

Mimo wszystko, film jak najbardziej polecam, niesamowicie działa na umysł i choć akcja jest czasami nużąca, to wciąga. Mam pewne zastrzeżenia co do bohaterów, ale aktorzy ich grający doskonale się w nich wcielili. Mogę wam go z czystym sumieniem polecić. 

Kolejnym filmem byli "Męczennicy". I ten film mnie zaskoczył. 


Film opowiada o Lucie, która wraz ze swoją przyjaciółką szuka zemsty na swoich oprawcach, którzy torturowali ją w dzieciństwie. Zaczyna się niepokojąco, ale to dopiero końcówka kompletnie mnie rozwaliła. Na początku kompletnie nic nie rozumiałam i byłam naprawdę skonsternowana. Nie mi oceniać horrory, nie jestem krytykiem filmowym, więc moja opinia o tym filmie nie będzie zbyt dokładna. Dopiero później, gdy się wyjaśniło o co chodzi, to wszystko mi się poukładało. Jednak tak, czy siak, film mnie zawiódł. 


Jednak, nie oszukujmy się, spodziewałam się więcej. Film to jedynie, jak się tyle co dowiedziałam, remake, a doskonale wiemy, że nigdy nie są one zbyt dobre. Z ciekawości, chyba się skuszę na oryginał. Było ciekawie, to prawda, było przerażająco, na usta cisnęły mi się przekleństwa gdy widziałam tortury, znęcanie się nad niewinnymi ludźmi, tylko po to, by odkryć pewną prawdę. Nie zdradzę wam o co chodziło, ale uwierzcie mi, jeżeli już skusicie się obejrzeć ten film, to możecie się poczuć lekko zawiedzeni. "Męczennicy" nie są złym filmem, jednak pełno tutaj nieścisłości, dziur które nie są niczym zatkane, a gra aktorska, mimo że nie jest aż tak zła, to mimo wszystko momentami jest kompletnie nie w punkt. Przesadzone, lub całkowicie nieadekwatne reakcje również bardzo irytują. 

Jednak to nie tak, że film ten jest beznadziejny, ma w sobie to coś, jakieś przesłanie. Jeżeli o mnie chodzi, to nie żałuję, że go obejrzałam. Czasami nawet i takie filmy się przydają.

Jesteśmy już w połowie, dwa filmy za nami i dwa przed nami. I właśnie zdałam sobie sprawę, że zawiodłam się. Nie zastanawiałam się wcześniej nad tym, po prostu obejrzałam, zapomniałam. I właśnie w tym problem. W tych filmach nie było tego czegoś. Były bezpłciowe, nijakie, a ich potencjał został zmarnowany. Może i podczas seansu naprawdę fajnie mi się je oglądało i wspaniale spędziłam czas, ale ledwo wyszłam z kina i już o nich zapomniałam. A tak nie powinno być. 

Trzecim filmem było "To przychodzi po zmroku". 

Wyobraź sobie koniec świata. A teraz wyobraź sobie coś znacznie gorszego... Paul zrobi wszystko, żeby ochronić swoją rodzinę przed nadciągającym, tajemniczym wirusem. Na całym świecie nie ma dla nich bezpiecznego miejsca, oprócz opuszczonego domku w środku lasu. Żyją według surowych zasad, chcąc przetrwać najgorsze. Sytuacja komplikuje się, gdy do chatki trafia kolejna rodzina poszukująca schronienia.

I nawet nie będę się w tym przypadku rozwodzić. Nuda, nuda, nuda, gdzieś to już widziałam, pełno nieścisłości. Film miał ogromny potencjał, pomysł był naprawdę ciekawy. Jednak, no cóż, nie udało się. Mimo wszystko, zachęcona przez pewnego użytkownika Filmwebu obejrzę jeszcze raz. Nie ma co ukrywać, film wymaga od widza myślenia, skupienia się na tym co widzimy na ekranie. A oglądanie go, gdy jest się ledwo przytomnym, nie jest dobrym pomysłem. Także, nie chcę was zniechęcać do niego, bo mój osąd nie jest do końca obiektywny. Umówmy się tak, że obejrzę go jeszcze raz, przeanalizuję i wrócę do was z pełną recenzją. To będzie najlepsze rozwiązanie. Im dłużej się nad nim zastanawiam, tym więcej smaczków odkrywam. Może wcale nie był taki zły? 

I ostatni film "Co się wydarzyło w Gracefield?"

Grupa przyjaciół udaje się na długi weekend do domku letniskowego w Gracefield. Nieoczekiwanie zabawę przerywa dziwny wypadek. Z nieba spada coś co zmienia sielską zabawę w koszmar.

Ogółem, zamysł na film był ciekawy. Jednak koszmarna gra aktorów, wiele dziur, całość prymitywna, nudna i irytująca. Cały czas miałam wrażenie, że gdzieś już to widziałam, więc zastanawiałam się gdzie. Do teraz nie mam zielonego pojęcia. Bardzo często przysypiałam na tym filmie i nie będę kłamać, czekałam z niecierpliwością aż się skończy i będę mogła w końcu pojechać do domu. Mogłam wyjść wcześniej, to prawda. Ale nie chciałam. 

I do tego ten wnerwiający styl nagrywania "z ręki". Jak ja tego nienawidzę! Nic mnie bardziej nie wkurza, jak taki zabieg zastosowany w filmie. Może i na początku jest to ciekawe, ale później przeraźliwie męczy. Co do tego filmu, nawet mimo satysfakcjonującego zakończenia, jestem na nie. Nie marnujcie na niego czasu, naprawdę nie warto. Już lepiej obejrzeć najnowszą "Piłę" albo "Obecność". 

Podsumowując, jak za taką cenę, było warto. Bo mimo wszystko, wychodzi coś koło 8 złotych za film, a przynajmniej miło spędziłam czas. Jednak, nie oszukujmy się, Helios po prostu robi nas w ciula i dostajemy słabe filmy, o których zapomnimy szybciej niż skończą się napisy końcowe. Zawiodłam się. A oczekiwałam naprawdę wiele, bo ich opisy są niczego sobie. A trzeba było wybrać zestaw nr. 1. Może byłoby ciekawiej. No cóż, nie będę się rozwodzić. Sami zadecydujcie, czy chcecie obejrzeć któryś z tych filmów. Jednak, na przyszłość, nim wybierzecie się na maraton horrorów w Heliosie, radzę dokładnie obczaić filmy w internecie. O czym są, jak oceniają je inni ludzie. Bo inaczej jest duża szansa, że będziecie zawiedzeni. Ja jestem bardzo zawiedziona.

Pozdrawiam, Marlena Marszałek 


17.9.17

Filmowa Niedziela - Klauny, baloniki, krew, czyli moje spotkanie z "To".



Wyobraź to sobie. Czerwony balonik powoli unosi się nad studnią. Delikatnie kołysze się na wietrze, a ty zastanawiasz się, co jest do niego przywiązane. Zaciekawiony podchodzisz bliżej. Nie boisz się, póki balonik nie obraca się i twoim oczom nie ukazuje się napis "Dzisiaj zginiesz". Stwierdzasz jednak, że to jakiś głupi żart. Zerkasz do studni i okazuje się, że niczego tam nie ma. Wzdychasz z ulgą, powoli się obracasz i twój wzrok pada na stojącego z tobą klauna i jego otwartą paszczę pełną zębów. Wita cię on wesołym głosikiem, po czym wybucha złowieszczym śmiechem i rzuca się na ciebie. Chcesz krzyczeć, ale nie możesz wydobyć z siebie głosu. Chcesz uciekać, ale nogi odmawiają posłuszeństwa. I nagle, gdy zębiska są o krok od twojej twarzy, twój kolega rzuca takim tekstem, że momentalnie wybuchasz śmiechem. Cały misternie budowany klimat poszedł się... (dobrze wiemy co), a ty rżysz jak głupi.

Dokładnie tak czułam się podczas oglądania "To". 

Ginie chłopiec Georgie, ubrany w żółtą kurteczkę, na deszczu, puszczał zrobioną przez brata łódeczkę. Niestety, łódka spływa do kanałów. Chłopiec jest załamany, nachyla się nad dziurą odpływową i wypatruje prezentu od brata. Nagle jego oczom ukazuje się klaun i patrzy prosto na chłopca. Zdobywa jego sympatię, a później wciąga do kanałów. Już nigdy więcej nikt nie zobaczył chłopca w żółtej kurteczce. Rok później, gdy dzieci nadal giną, brat Georgie, Bill razem ze swoimi przyjaciółmi, postanawia stawić czoła temu czemuś, co porywa dzieci. Chcą odkryć co tak naprawdę się stało i kto za tym stoi. Nawet nie spodziewają się, jakie zło kryje się w kanałach. I ile krwi przyjdzie im przelać, ile strachu zalęgnie się w ich żyłach, by je mogli go pokonać. 

Nie powiem, żebym miała jakieś wielkie nadzieje, jednak normalne jest, że jeżeli człowiek idzie do kina na horror, to oczekuje od filmu, że się przestraszy. Co prawda, ja jakąś wielką fanką horrorów nie jestem, dopiero od niedawna zaczęły mi się one podobać, jednak tylko wtedy gdy oglądam je z kimś. Sama za bardzo się boję.  Gdy oglądałam trailer i zdecydowałam się, że koniecznie muszę pójść na ten film do kina, nie spodziewałam się Bóg wie czego, a to dlatego, że nigdy nie miałam styczności z ekranizacjami książek Stephena Kinga, ba!, nawet jego książek nie czytałam. Co prawda, nie będę tego ukrywać, zaczęłam "Carrie", "Smętarz zwierząt" i taką inną o psie, której tytułu nie pamiętam, ale za bardzo się bałam, by je skończyć. Z tych też powodów, nie wiedziałam czego oczekiwać od filmu, nie miałam żadnego porównania z książką, ani nie znałam twórczości autora.  

Jedyne czego oczekiwałam to solidnej dawki dreszczy i dobrej, mocnej historii. A  nie ma co ukrywać, w takim przypadku klimat jest bardzo ważny. Bo jeżeli osadzimy horror w jakimś jasnym miejscu, a kadry będą żywe i kolorowe, to nie ma opcji by widz czuł niepokój, a zbudowanie klimatu na takiej podstawie będzie naprawdę trudne. Chociaż mogę się mylić, nie obejrzałam zbyt wielu horrorów w swoim życiu, dlatego moja opinia może być trochę niezgodna z opinią weteranów horrorów. Nie ważne ile krwi nawalimy, ile screamerów wrzucimy, naprawdę ciężko jest się bać, gdy mamy wyżej wspomniany przypadek. A do tego, jeżeli jeszcze dorzucimy bohatera, który cały czas będzie rzucał głupimi tekstami, przy których widz uśmieje się jak nigdy, to nawet jeśli uda się nam zbudować klimat, to po takim zabiegu rozpłynie się on niczym mgła. Chyba nie o to chodzi w horrorze. 

Pennywise był bardziej śmieszny niż straszny. Ale mimo wszystko, podziwiam aktora, który wcielił się w jego rolę.

I to bardzo mnie raziło w "To". Nie zaprzeczę, doskonale się bawiłam, uśmiałam się lepiej niż przy wielu komediach i naprawdę polubiłam, a nawet pokuszę się o wyrażenie, pokochałam bohaterów. Jednak, nie ma co ukrywać. Nazywanie tego filmu horrorem, to kpina, niedopowiedzenie, żart. Tak, wiem jak to brzmi. Jednak, jeżeli czujecie się obrażeni, to posłuchajcie tego (a raczej przeczytajcie to). Klimat byłby genialny, ale użycie jasnych i żywych kadrów, całkowicie i rażąco innych od znanych nam z horrorów ciemnych, szarawych scen a także jeden z bohaterów, który jak wspomniałam wcześniej, bardzo skutecznie sprawiał, że cały niepokój, który mimo wszystko udało się temu filmowi wykrzesać ze mnie, sprawiały że został on błyskawicznie rozładowany. Przez cały film, trwający 2 godziny i 15 minut, przestraszyłam się 2 razy. Jedynie dwa razy. I tutaj w mojej głowie pojawiło się pytanie, wyrosłam ze strachu, czy po prostu film nie jest straszny? Odpowiedź jest prosta. Ten film nie jest horrorem. Nie jest straszny. 

Dla porównania, opiszę wam jak się czułam po obejrzeniu "Kiedy zgasną światła". Gdy oglądałam, były momenty że dosłownie zasłaniałam oczy, nie chcąc patrzeć na to co się dzieje na ekranie. Po wyjściu z kina, trzęsłam się tak bardzo, że koleżanka, z którą byłam na seansie, śmiała się ze mnie przeraźliwie. Musiała mnie przytrzymywać, żebym przypadkiem nie wpadła w jakiś słup. A gdy później, w ciemnościach, jedynie przy świetle latarki z telefonu, szłam do domu, to dosłownie przebiegłam od jednej latarni do drugiej, w obawie, że jeżeli będę dłużej w ciemności, to w moje gardło wbiją się szpony o długości kilkudziesięciu centymetrów a moim oczom, tuż przed śmiercią, ukaże się przeraźliwa twarz potwora. Tej nocy zasnęłam przy zapalonym świetle, plecy mając tak spięte, że naprawdę ciężko było mi zasnąć. I taki film można nazwać horrorem. 

Bill i Beverly
Po "To" nic takiego nie czułam. Nie bałam się, że nagle z kanałów usłyszę krzyk maltretowanego dziecka, wołającego o pomoc, albo że jeżeli się odwrócę to zobaczę mnóstwo czerwonych balonów i w ułamku sekundy zostanę pożarta przez stojącego za nimi klauna. I dlatego też, mimo że film naprawdę mi się niesamowicie podobał i wprost nie mogę doczekać się drugiej części, to czuje się zawiedziona. Nawet mimo tego, że tak naprawdę nie oczekiwałam wiele. Bo nawet tych małych oczekiwań ten film nie spełnił, co niestety trochę mnie zasmuciło. Jednak, nie chcę wam przedstawiać tylko minusów filmu, bo nie chcę was do niego zniechęcić a jedynie wyrazić swoją opinię na jego temat, pokazać jego wady i zalety, zady i walety. A nie same wady, bo to nie o to tutaj chodzi. 

Teraz zastanawia mnie jedno. Czy w książce było lepiej? Czy jest ona bardziej straszna? Chyba będę musiała się sama przekonać. Jedno mogę oddać filmowi. Zachęcił mnie do sięgnięcia po twórczość Stephena Kinga. I do przekonania się, czy pierwowzór jest lepszy. Jednak, coś sądzę, że na pewno. Bardzo często jest tak, że książka jest o wiele lepsza od ekranizacji, czemu sądzę, że nie zaprzeczycie.


Ogromnym plusem są bohaterowie i obsada. Genialnie wykreowani przez Stephena i doskonale zagrani przez młodziutkich aktorów. Najbardziej polubiłam Billa. Grający go aktor Jaeden Lieberher nie dosyć, że jest naprawdę przystojnym chłopcem, to niesamowicie podobał mi się jego głos i gra aktorska. Przy żadnych z aktorów nie miałam wrażenia, że są sztuczni, grali bardzo dobrze, tak że naprawdę uwierzyłam, że są tymi postaciami. Stali się jednością, co bardzo podziwiam. Wracając jednak do Billa, chłopak jąkał się i to może też dzięki temu poczułam do niego ogromną sympatię. Sama należę do osób jąkających się, co niestety bardzo skutecznie sprawia, że bardzo mało się odzywam. I zawsze czuję jakąś dziwną więź z osobami, które również się jąkają, nawet jeżeli są to postacie fikcyjne. A Billa nie da się nie lubić. Doskonale wykreowany i doskonale zagrany. Naprawdę go polubiłam i sądzę, że warto było obejrzeć ten film, nawet tylko dla niego ;)

Jednak, hej!, nie zapominajmy o reszcie bohaterów (zachęcam was do zapoznania się z obsadą na stronie Filmwebu). Wiem, że pewnie czekacie, aż opowiem wam o nich coś więcej. A tu figa z makiem, bo nie opowiem. Sami musicie się przekonać jacy są inni bohaterowie. Nie mogę odebrać wam tej przyjemności. Powiem jedynie, że naprawdę warto, bo są genialni. Każdy ma swój unikalny charakter i każdy coś wnosi do filmu. Oprócz Billa polubiłam również Beverly. To co przeżywała ona każdego dnia, było straszne i sama myśl o tym przyprawiała mnie o dreszcze. To, jak dla mnie, było straszniejsze od klauna, od krwi, od śmierci, którą zadawały zębiska potwora. Nigdy nie chciałabym, by takie coś przydarzyło się mnie. Już chyba wolałabym umrzeć. I dlatego, niesamowicie podziwiam Beverly, że po tym wszystkim potrafiła jeszcze być silna i potrafiła kogoś pokochać, że mimo tego co się jej przytrafiło, wciąż czuła i nie zamknęła się w sobie. 

Co do historii, to jak najbardziej na plus. Jednak trochę brakowało mi tego horrorowego klimatu, tajemnicy. Mimo wszystko, nie sądzę że "To" jest złym filmem. Broń Boże! Genialna ścieżka dźwiękowa, przemyślana historia, zwroty akcji i jak to nazywam, wścibskie dzieciaki, o durnym poczuciu humoru, czynią z tego filmu coś wartego obejrzenia. Do czego oczywiście jak najbardziej was zachęcam! Jeżeli dopiero zaczynacie swoją przygodę z tym gatunkiem i nie chcecie zaczynać, od mrożących krew w żyłach filmów, to ten będzie dla was idealny. Uwierzcie mi, nie będziecie się bać. Głupie żarciki, śmieszne sytuacje, rozładują kłębiący się w was niepokój i dzięki temu będzie się wam przyjemniej oglądało. 

Od lewej: Stanley, Mike, Richie, Bill, Beverly i Ben.

Jednak, jeżeli pochodzicie z grupy miłośników horrorów, a na waszym koncie jest wiele genialnych produkcji, przy których strach towarzyszył wam praktycznie w każdej sekundzie, to będziecie zawiedzeni, a może nawet i znudzeni. Nie ma co tu kryć, jeżeli oczekujecie mocnych wrażeń, to nie szukajcie ich tutaj, bo tylko się rozczarujecie. Mi się bardzo podobało, bo nie oczekiwałam wiele. I jeżeli macie w planach obejrzeć ten film, to nie nastawiajcie się na wybuchy, strach wykręcający żołądek, dreszcze i ściśnięte gardło, bo się zawiedziecie. "To" ogląda się naprawdę przyjemnie i jestem pewna, że jeszcze nie raz do niego wrócę, jednak nie uznaję go za horror, prędzej za komedię z elementami horroru. Nie czuję się zawiedziona (no może odrobinę), bo bawiłam się naprawdę doskonale i bardzo miło wspominam seans. I z niecierpliwością czekam na kolejną część, która na pewno się pojawi. 

A wy? Oglądaliście "To"? Jak się wam podobało? Co sądzicie o tym filmie? A może czytaliście książkę? Piszcie w komentarzach! :D


Pozdrawiam was serdecznie i życzę miłego dnia <3 
Marlena Marszałek


13.9.17

Moja ulubiona seria? - 56 "Dwór mgieł i furii" Sarah J. Maas


Ostatnio odnoszę wrażenie, że cały czas tylko chwalę książki. Dziś przychodzę do was z kolejną recenzją, po tytule już wiecie o jakiej książce mowa. Chwaliłam pierwszą część, zakochałam się w niej, słowom zachwytu nie było końca, a sam tekst o niej okazał się rekordowym w kwestii długości i ilości wyrazów. Nie potrafiłam przestać gadać, nie potrafiłam myśleć o czymś innym niż Tamlin, Feyra i tajemniczy Rhysand. I uwaga, dziś znowu usłyszycie (a raczej przeczytacie) pochwały. Chociaż, to co was zaraz czeka, to prędzej istna litania do Sarah J. Maas i "Dworu mgieł i furii". Jeżeli nie czytaliście tomu pierwszego, to zapraszam najpierw do jego recenzji. Ostrzegam was, że i tu będzie długo, i prosto z serca, przez co trochę nieskładnie. Zapraszam serdecznie, nie zapomnijcie o kubku herbaty i czymś do przegryzienia!

Po tym, jak Feyra ocaliła Prythian, mogłoby się wydawać, że baśń dobiega końca. Dziewczyna, bezpieczna i otoczona luksusem, przygotowuje się do poślubienia ukochanego Tamlina. Przed nią długie i szczęśliwe życie.

Sęk w tym, że Feyra nigdy nie chciała być księżniczką z bajki. Zresztą zupełnie nie nadaje się do tej roli. W snach wciąż powracają do niej wymyślne tortury Amaranthy i zbrodnia, którą popełniła, by się od nich uwolnić. Pragnący zapewnić jej bezpieczeństwo Tamlin próbuje zamknąć Feyrę w złotej klatce. W jej nowym nieśmiertelnym ciele drzemią moce, których dziewczyna nie umie opanować. W dodatku o spłatę swojego długu upomina się największy wróg Tamlina - Rhysand, Książę Dworu Nocy. Zwabioną podstępem Feyrę raz w miesiącu okrywa mrok jego niebezpiecznego królestwa. To pewne, że władca ciemności będzie chciał wykorzystać ją do swoich celów. Chyba że... to nie Rhysand jest tym, kogo Feyra powinna się obawiać. Na Dworze Wiosny również bowiem nie jest bezpiecznie, a sam Tamlin ma przed ukochaną coraz więcej tajemnic. Czy rzeczywiście tylko po to, by ją chronić?

Gdy nad Prythian i krainę ludzi nadciąga widmo wojny tak groźnej jak żadna dotąd, Feyra musi zdecydować, komu może ufać. Stawką jest życie jej rodziny i losy całego świata. A w magicznym świecie fae przyjaciele potrafią być bardziej niebezpieczni niż wrogowie.

Czasami wydaje mi się to dziwne. To, że cały czas z moich ust padają tylko komplementy. Ale nic nie poradzę, ostatnio trafiam na same świetne pozycje. Może los, chce mi dobrymi książkami, wynagrodzić mojego pecha (ciągłe zasypianie i spóźnianie się do szkoły, lub ostatnio przecięta ręka i sześć szwów), kto wie. Ja tam nie narzekam, bo uwielbiam ten moment, gdy podczas czytania książki, emocje w mojej duszy i sercu wirują jak szalone, a usta zamykają się i otwierają, jak u złotej rybki. Czasami nawet pojawi się łezka, co u mnie naprawdę rzadko się zdarza. Obiecałam wam, w recenzji pierwszego tomu, że jeżeli tom drugi będzie lepszy, to oficjalnie oznajmię, że "Dwory" to moja ulubiona seria, stojąca na samym szczycie podium. Czy tak się stało? Czy drugi tom jest lepszy? Czy seria ta, stała się moją ulubioną? Trochę was podręczę. Dowiecie się tego dopiero na końcu tej przerażająco długiej recenzji <3 Kocham was!

Jednak, najlepsze jest to uczucie, gdy autorka potrafi sprawić, że w pierwszym tomie kochasz jednego bohatera, a przy drugim nienawidzisz go tak mocno, że masz ochotę zabić nie tylko jego, ale też i autorkę. W jednej chwili na twojej twarzy jest pełen rozmarzenia uśmiech, aż tu nagle ukochana autorka, robi coś takiego, że masz ochotę krzyczeć, łzy same zbierają ci się do oczu, a usta otwierają ze zdumienia. Nie wierzysz w to co się właśnie stało i z jednej strony się cieszysz (tak było w moim przypadku), a z drugiej strony wiesz, że to będzie trudne dla danego bohatera/bohaterów. Z jednej strony masz ochotę rzucić tą książką i do niej nie wracać, a z drugiej czytasz jak najwolniej byle tylko nie opuszczać tak szybko tego cudownego świata. Sarah J. Maas jest w tym mistrzynią. Tę autorkę kocha się i nienawidzi jednocześnie. I jeśli mam takie odczucia po drugim tomie, to trzeci złamie mi serce. I teraz uwaga, może to dziwne, ale błagam Sarah złam mi je, byleby tylko wszystko dobrze się skończyło (pisz jak najszybciej błagam).


Ja tu się rozgadałam, a nawet jeszcze porządnie nie zaczęłam! Tak właśnie działa na mnie twórczość pani Maas; Rhysand, Feyra, Kasjan (kocham go!), Amrena, Azriel, Mor, oni wszyscy działają na mnie, jak energetyk, po którym usta nie potrafią mi się zamknąć. Normalnie jestem cichą i spokojną osobą. Ale jeśli mówimy o "Dworze cierni i róż", czy "Dworze mgieł i furii", to nie potrafię przestać. A to dlatego, że jestem oczarowana i bez pamięci zakochana. Kiedyś zastanawiałam się, dlaczego ludzie tak uwielbiają "Dwory". Nie potrafiłam uwierzyć, że ktoś może tak bardzo przeżywać ich lekturę. Teraz już rozumiem, to musi być jakiś urok, czar, który rzuca na czytelnika autorka. Genialny styl, krwiści bohaterowie, którzy dosłownie wyłaniają się z kartek i patrzą nam w oczy, zwroty akcji, które nie pozwalają się nam nudzić, czy historia miłości, która pobije każde serce, to tylko kilka z jej czarów. 

Zagłębiłam się w tę książkę niczym w najcudowniejszą ciemność przepełnioną blaskiem miliona gwiazd. Jej czytanie było lepsze od najukochańszej herbaty, lepsze od najlepszej czekolady. Burczało mi w brzuchu, była trzecia nad ranem, a ja nie potrafiłam się oderwać. Z szeroko otwartymi oczami śledziłam losy bohaterów, który rozwinęli się, w jakiś sposób dojrzali, dzięki czemu po prostu nie potrafiłam ich nie lubić. Pokochałam nowe postacie, o których wspomniałam wcześniej. Każdy z nich jest wykreowany perfekcyjnie i każda jest idealnie dopasowanym elementem tej skomplikowanej układanki. Nie są oni dodani ot tak, żeby wypełnić lukę, o nie!, mają oni swój wkład w opowieść i to duży, nie są zbędni, a powieść bez nich straciłaby bardzo wiele. Pokochałam bohaterów tak mocno, jak jeszcze nigdy dotąd. I to właśnie dzięki temu, że są wyjątkowi, jedyni w swoim rodzaju, pełni życia i charakteru. Czułam się i nadal tak czuję, jakby łączyła nas więź, mocna, nierozerwalna, ukryta w głębi serca. 

Było cudownie, było przepięknie! Śmiałam się, uśmiechałam, ale nie długo. Jak to jest z Sarah, nagle strzeliła mi prosto w serce. W jednej chwili zdębiałam. Serce przyśpieszyło bieg, oddech zwolnił. Bałam się oddychać w obawie, że pominę jakiś istotny fakt. Szeroko otwarte oczy zapiekły mnie; w końcu mrugnęłam. Sarah ty podstępna kobieto! Trzeba przyznać, że torturowanie czytelników, to chyba ulubione zajęcie pani Maas. Wpierw zachwyca, pokazuje piękno Dworu Nocy, Velaris, powoli i z pasją rozwija wątek miłosny, obdarza odrobiną pikanterii (mówię o pewnej bardzo, hmm, ostrej scenie, w której farba znajduje się chyba wszędzie na ciałach bohaterów, cóż to była za scena!), by potem roztrzaskać wasze serca! Wyrywanie się z tej cudownej ciemności, było dla mnie najgorszą torturą. Chciałam czytać wolniej, starałam się! Ale to niemożliwe. Nie dałam rady, bo akcja tak rwała do przodu, że koniecznie musiałam przeczytać jeszcze jeden rozdział, potem jeszcze jeden. I tak do trzeciej w nocy. Zakochałam się w przepięknych opisach, zakochałam się w Velaris, zakochałam się w Rhysandrze, Kasjanie, Azrielu, Mor, Dworze Nocy. Oderwanie się od tego wszystkiego, było bardziej bolesne niż zszywanie ręki. Moje serce dosłownie pękło i choć skończyłam ją tydzień temu, to nadal na nią patrzę i rozmyślam nad zakończeniem, które to właśnie przyprawiło mnie o wyżej opisany stan. Coś czuję, że zszyć je może jedynie trzeci tom. Chociaż znając Sarah, to prędzej wbije mi jesionowy kołek w serce, rozszarpie na drobne kawałeczki i rzuci dzikim bestiom na pożarcie.

Tyle emocji, ile czułam podczas czytania tej książki, nie czułam już dawno. Byłam tak rozdarta, że naprawdę miałam ochotę rzucić to i zaczerpnąć świeżego powietrza. Dosłownie płakałam! Błagałam w myślach (i nie tylko) autorkę, by tego nie robiła. Mój umysł ją zrozumiał, postąpiła doskonale i innego wyjścia z tamtej sytuacji nie widzę, ale mój narząd pompujący krew, twierdził i nadal twierdzi coś całkowicie przeciwnego. Dlaczego? SARAH! Dlaczego?  Nie dajcie się jej zwieść, uśpi waszą czujność, poprzez wyżej wspomniane rzeczy, a potem sprawi, że kolejny tom będzie dla was jak tlen, którego potrzebujecie do życia. Jeżeli jesteście gotowi na takie cierpienie i szukacie czegoś, po czym kac książkowy jest murowany, "Dwory" są dla was idealną serią! Jeśli nie potrafiliście uwierzyć w pochwały na temat tych książek, to uwierzcie mi, to nie jest czcze gadanie i skoro ktoś tak je wychwala, to naprawdę ma do tego powód.

I teraz uwaga, bo to co teraz powiem, będzie kontrowersyjne. Jak dla mnie, tom pierwszy mógłby nie istnieć. Był cudowny, ale przy drugim jest niczym. "Dwór mgieł i furii" jest cudowny! Czyta się go niezwykle szybko i na długo zapada w pamięć. Jest niesamowity, genialny, wspaniały, boski, jednym słowem perfekcja! Poruszył moim sercem, sprawił że po jego zakończeniu cała zadrżałam. Nigdy, dosłownie nigdy, żadna książka nie sprawiła, że przeszył mnie dreszcz. Nie dreszcz przerażenia, tylko coś innego. Dreszcz podziwu, emocji, które wypłynęły całkowicie, wraz z ostatnim przeczytanym słowem. Nie wiedziałam co myśleć, nie wiedziałam co ze sobą zrobić. Poszłam więc z psem na spacer, by oczyścić myśli. Czy podziałało? Nie! Idąc nie mogłam przestać o niej myśleć, wyciągnęłam telefon i zaczęłam pisać tę opinię. Nagle słowa same pojawiły się w mojej głowie. Moje serce dosłownie się krajało, nawet nie wiecie, jak bardzo pragnę kolejnego tomu. Do jego premiery w Polsce zostało niewiele, 25 październik jest już naprawdę blisko, ale boję się że nie wytrzymam. Gdybym mogła, to wkradłabym się do siedziby Wydawnictwa Uroboros i wykradłabym im egzemplarz trzeciego tomu. Tylko cicho sza, nie mówcie im o tym ;)

Także, podsumowując. Tom drugi jest tysiąc razy lepszy od pierwszego. Czyta się go z ogromną przyjemnością, wciąga tak, że naprawdę ciężko się jest oderwać. Nowe postacie dodają powiewu świeżości, od razu zagarniają sobie sympatię czytelnika, a sama historia nie jest nawet odrobinę nudna. Nawet jeżeli początek może się trochę dłużyć, to końcówka jest tego warta. "Dwór mgieł i furii" czyta się szybko, mimo dużej ilości stron. Uwielbiam takie cegiełki. Serdecznie polecam wam tę książkę, na pewno nie pożałujecie, ale najpierw przeczytajcie tom pierwszy! 

I na koniec. Oficjalnie oświadczam, że seria "Dwór cierni i róż", jest moją ulubioną! I chyba długo się to nie zmieni. 

Tom 3 "Dwór skrzydeł i zguby" już 25 października w księgarniach! Już nie mogę się doczekać. Serdecznie dziękuję Wydawnictwu Uroboros za możliwość przeczytania i zrecenzowania obu książek z serii! 

Pozdrawiam serdecznie i życzę wspaniałego dnia, 
Marlena Marszałek

Ps, Wybaczcie mi tak chaotyczną recenzję, kac po tej książce nadal mi nie przeszedł, a w głowie plątanina myśli ;)


Szablon dla Bloggera stworzony przez Devon.