Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wydawnictwo kobiece. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wydawnictwo kobiece. Pokaż wszystkie posty

20.6.17

44. "Był sobie pies" Bruce Cameron +mała niespodzianka




Odkąd pamiętam kochałam zwierzęta i zawsze pałałam gorącą miłością do książek w których są one głównymi bohaterami. Już raz o tym pisałam, w przypadku recenzji "Paxa" autorstwa Sary Pennypacker, którą możecie przeczytać tutaj, także serdecznie was do niej zapraszam. Pamiętam, że byłam tą książką zachwycona, jednak pół roku później trafiłam na pozycję, którą pokochałam jeszcze mocniej, goręcej. Książkę, którą przeczytałam w jeden dzień nie potrafiąc się powstrzymać. To było dla mnie niespotykane, dawno mi się to nie zdarzyło.  Słowa były jak ziarenka piasku w klepsydrze. Ale w przeciwieństwie do klepsydry upływały, przepływały szybko przed moimi oczami mimo, że nie chciałam tak szybko jej kończyć. Płynęły jak woda w rzece, nieustannie i nieubłaganie. Nic nie mogłam na to poradzić. 

Już samo spojrzenie na okładkę przyprawiło mnie prawie o palpitacje serca, jakby chciało mi powiedzieć, że wielkim krokami zbliża się do mnie miłość. Będąca jedynie na wyciągnięcie ręki. Serce mówiło mi, że pochlebne recenzje tej książki, które co chwila widywałam na blogach, nie są kłamstwem a najszczerszą prawdą. Uwierzcie mi, uwielbiam słodzić książkom, uwielbiam wyrażać swoje zadowolenie i spełnienie po zakończeniu lektury danej książki. Jednak w tym przypadku słowa nie są w stanie opisać tego jak się czułam, gdy ją skończyłam. Albo po prostu starzeję się i zapominam słów. Co jest bardzo możliwe. Gdy zobaczyłam to cudeńko na półce w szkolnej bibliotece, to praktycznie się na nią rzuciłam jakbym zobaczyła tam bon na 5 tysięcy złotych do empiku. Złapałam ją w dłonie i prawie się popłakałam. I mówię tutaj całkowicie poważnie. 

Wiem, że za bardzo się uzewnętrzniam, ale chcę po prostu być szczera. Przytuliłam książkę do siebie i z głupim uśmieszkiem wypożyczyłam. Pani bibliotekarka widząc moje zadowolenie, sama aż się uśmiechnęła i stwierdziła, że to najpiękniejsza książka w bibliotece, na co ochoczo skinęłam głową. Bo to prawda. Książka jest przepiękna. Ledwo powstrzymywałam się przed rozpoczęciem czytania w tej sekundzie. Jak tylko dotarłam na przystanek autobusowy, to zagłębiłam się w lekturze. Miałam ogromne oczekiwania. I wiecie co? Ta książka je przewyższyła. 

Zaczytałam się tak bardzo, że prawie przegapiłam autobus. Nie zwracałam kompletnie uwagi na krzywe spojrzenia ludzi, gdy przez prawie godzinę czytałam w miejscu publicznym książkę. I tutaj pragnę dodać, że nie potrafię zrozumieć krzywych spojrzeń ludzi, gdy widzą kogoś z książką, która jest czymś innym niż podręcznikiem szkolnym. Nie raz się z tym spotkałam i po prostu byłam zdumiona. Dlaczego społeczeństwo reaguje w ten sposób? Chyba napiszę o tym osobny post, co wy na to? Ale wracając do "Był sobie pies" i czytania w miejscu publicznym, to chciałam dodać, że nie przejmowałam się spojrzeniami. Po prostu zagłębiłam się w lekturę. Byłam pod tak wielkim wrażeniem, że świat zewnętrzny kompletnie mnie nie interesował. Uwielbiam to uczucie, gdy książka wciąga mnie tak mocno, że nie zauważyłabym gdyby nagle porwało mnie tornado. Uwierzcie mi od tej książki naprawdę ciężko jest się oderwać. Jeżeli już chcecie po nią sięgnąć, to przygotujcie sobie wolny wieczór i upewnijcie się, że nic wam nie będzie przeszkadzać. 

"Był sobie pies" to urocza opowieść o pewnym cudownym psiaku, który z całego serca kocha swojego chłopca Ethana. Nie odstępuje go nawet na krok, a każda rozłąka, nawet ta najkrótsza, jest dla niego bólem nie do wytrzymania. Jednak każde życie kiedyś się kończy. Bailey także umiera, czuję się spełniony i szczęśliwy, jednak okazuje się, że jego przeznaczenie nie wypełniło się. Pies odradza się, za każdym razem gdy umrze. Najpierw jest Tobym, potem Bailey'em, Emily. Psiak mimo, że stara się to zrozumieć, to nie potrafi. Cierpi, tęskniąc za swoim panem i za swoim dawnym życiem. Pamięta każdy szczegół z dawnych żyć, jednak po jakimś czasie wspomnienia się zacierają. Tęskni za chłopcem, jednak jest bystrym psiakiem i rozumie, że tamten czas minął bezpowrotnie, dlatego stara się żyć mimo bólu rozrywającego jego serce. Jaki jest sens życia Bailey'a? Dlaczego nie może on po prostu odejść? Jakie jest jego przeznaczenie? 

"Był sobie pies" jest książką jedyną w swoim rodzaju. Jest urocza, podnosząca na duchu, cudownie swojska. Czytanie jej jest czystą przyjemnością, mimo iż w niektórych momentach serce aż kraja się z bólu i ledwo wytrzymuje to, co dzieje się w książce. Uwierzcie mi, opis z tyłu książki, nawet w jednej setnej procenta, nie oddaje jej zawartości. Zanim zapoznałam się z tą książką, wiedziałam, że jest poruszająca i niesamowicie piękna w swojej prostocie. Wiele osób przy niej płakało, jednak nie sądziłam, że i ja uronię łzę. Nigdy nie płaczę przy książkach. I to nie tak, że jestem nieczuła, czy brak mi wrażliwości. Jest wręcz przeciwnie. Czasami płaczę z błahych powodów. Ale przy książce? Nigdy. 

Smaczna ta książka!
Mogę na palcach jednej ręki policzyć książki, przy których płakałam. I wśród nich jest właśnie ta piękność, którą wam dziś recenzuję. Płakałam z żalu, z bólu, ze współczucia, ze szczęścia. Co prawda spodziewałam się, że ta powieść mnie poruszy. Jednak łez się nie spodziewałam. I dlatego byłam naprawdę zdumiona, gdy pierwsza łza spłynęła po mojej twarzy. 

Uwielbiam powieści pisane z perspektywy zwierzęcia. Jest w nich coś magicznego, coś co przyciąga i nie pozwala się oderwać. Gdy je czytam, zawsze w sercu czuję pewien rodzaj tęsknoty, którą naprawdę ciężko mi zrozumieć. Zawierają one w sobie pewien rodzaj wolności, powiew wiatru w futrze, tupanie łap na leśnej ścieżce. I bezgraniczną miłość, mocną i twardą jak stal, którą nic nie może przełamać. I dokładnie to podarował mi autor "Był sobie pies". Nie mogłam się nadziwić lekkości, z jaką przyszło mu pisanie. Jego styl ma w sobie pewnego rodzaju urok, który zachwyca. A historia, którą opowiedział, niby zwyczajna, niby nie będąca wielkim odkryciem i czymś co zmieniło cały świat, ma w sobie coś takiego, co sprawia, że ja pokochałam ją z całego serca. 

Naprawdę ciężko jest mi ubrać w słowa moje odczucia wobec tej książki, więc stwierdziłam, że nie będę się bezsensownie rozpisywać. 

Chcę wam powiedzieć, że naprawdę warto. Jest to jedna z tych książek, która na dłużej zostaną w sercu czytelnika. Poruszająca, niepokojąca, prawdziwa. Opowieść o miłości, która przekracza nawet granice śmierci. Psy to nasi przyjaciele. Zawsze o tym wiedziałam. Jednak, gdy przeczytałam tę powieść, spojrzałam na własnego psa całkowicie inaczej. Zrozumiałam, że nawet jeśli czasami mnie irytuje, gdy skacze po mnie i drapie mi całe nogi, albo gryzie w radosnym szale, to jest to oznaka jego miłości. Zrozumiałam, że ja i moja rodzina, jesteśmy wszystkim co ma i że jesteśmy w jego maleńkim, przepełnionym dziką radością i ekscytacją, serduszku, które każdego dnia bije dla nas. 

Polecam wam tę książkę z całego serca. Ona nie tylko porusza, ale zmienia myślenie na pewne tematy. Jest przepiękna i warta każdej spędzonej przy niej chwili. 

Na koniec mam dla was jeszcze kilka zdjęć książki z moim psiakiem Lucky'm, o którym wspominałam w recenzji :) 

Ale obiecujesz, że mnie nie opuścisz?

Dostanę nagrodę tak? O tamtą szyszkę, tak tak!

Och, daj już spokój, pół dnia pozowałem...

I jeszcze inne zdjęcia, które po prostu musiałam dodać <3 




Pozdrawiam serdecznie i życzę wspaniałej psiej lektury
Marlena Marszałek

27.4.16

24. "Zwilczona" Adrianna Trzepiota

Zawsze w książce szukam tego czegoś. Czegoś co zwali mnie na kolana, co do granic możliwości zawładnie moim sercem, pochłonie od pierwszej od ostatniej strony. Magii, w szarej codzienności dnia, tajemnic, niecodziennych miłości, pasji która przeszywa na wskroś. A jeśli łącznikiem tego wszystkiego były wilki, to jestem kupiona. 

Wilki od zawsze zajmują miejsce w moim sercu, kocham je niesamowicie mocno, chociaż nie okazuję tego tak jak powinnam. Kiedyś całe meble miałam poobklejane naklejkami z wilkami, teraz mam mnóstwo obrazków z nimi, pluszaki, a jak tylko mogę to kupię/zdobędę każdą książkę która nawet po części o nich traktuje, w której są one obecne. Dlatego też, jak tylko usłyszałam o „Zwilczonej” autorstwa Adrianny Trzepioty, wiedziałam że znalazłam to coś. Nawet do głowy mi nie przyszło, że może być zła, że może okazać się czymś nie wartym uwagi. Dla mnie obecność wilków w książce sprawia, że z automatu staje się ona swoistym „Must to have, must to read”. 

Wiem, że wcześniejsze zdanie mogło wam odrobinę namieszać w głowie. Nie, nie powiedziałam, że książka ta jest zła. 

Główną bohaterką jest Jaśmina, piękna młoda kobieta mieszkająca w malowniczym mazurskim miasteczku, w otoczeniu przyrody, przepięknych lasów i jezior. Jej życie układa się bez większych problemów, ma cudownego męża i najukochańszą 2-letnią córeczkę. Wydaje się, że nic nie jest w stanie zburzyć jej poukładanego życia. Ale czy na pewno? 

Wystarczy jeden błąd, a pozorne szczęście może rozpaść się na kawałki, rozprysnąć jak kawałki uderzonego pięścią szkła. Pewnego dnia wszystko się zmienia, nad życiem Jaśminy zaczynają się zbierać czarne chmury zwiastujące nadchodzącą burzę. Nic już nie będzie takie samo. Jej mąż ma wypadek motocyklowy. Niby nic poważnego, mogło być o wiele gorzej, jednak wyrządza on pewną krzywdę w jego psychice. Zostaje on uziemiony na kilka miesięcy, przez co staje się nieznośny, cały czas chce być żona mu usługiwała, nawet nie starając się poradzić sobie samemu. Jest apodyktyczny, oschły, zamknięty na Jaśminę. Młoda kobieta czuje, że go traci ale nie może sobie w żaden sposób w tym poradzić, nie chce on jej pomocy. Nie zwraca on uwagi na jej potrzeby, jakby istniała tylko po to, aby się nim zajmować. 


"Jeśli ktoś podetnie ci skrzydła, leć dalej, jak czarownica na miotle. Jeżeli ktoś ukradnie miotłę, na drzwiach od szopy też się wzniesiesz. Tylko nie bój się i rób swoje!"


Powoli staje się ona jego niewolnicą, gubi siebie, traci pewność siebie. 

Gdy okazuje się, że jej przyjaciółkę Zosię zdradzał mąż i jest załamana, Jaśmina zgadza się na jej prośbę i jedzie do Warszawy by pomóc przyjaciółce odnaleźć się w nowym życiu. Wtedy na jej drodze staje Władek. Niezwykle charyzmatyczny, przystojny, wysoki. Choć na początku jest to zwykła rozmowa, przeradza się powoli w coś więcej. Mężczyzna odkrywa w niej to, co najlepsze. Kobieta nie chce jednak zdradzać męża, kocha go i nie potrafi bez niego żyć. Wtedy odzywa się w niej głos jej wewnętrznej wilczycy, która pomaga jej odkryć siebie i walczyć o swoje. A nowo odkryta rodzinne tajemnica tylko wzmacnia ciekawość młodej kobiety i sprawia, że chce poznać całą prawdę o sobie i uwolnić się z pętających ją kajdan.

Tak rozpoczyna się piękna opowieść, która poruszy każde kobiece serce. Moje poruszyła mocniej niż na początku mi się wydawało.
  
Pragnę się zwilczyć, odkąd tylko ją przeczytałam! Zdałam sobie sprawę jak bardzo zamknęłam swoją wilczycę, jak bardzo ograniczyłam jej wolność, czyniąc z niej niewolnicę gdzieś w głębi więzienia zwanego sercem i rozumem. „Zwilczona” Adrianny Trzepioty stała się dla mnie pierwszym krokiem, by osiągnąć harmonię zwierzęcego ducha i ludzkiego rozumowania. 


"Człowiek, który nie ma jedności duszy, nigdy nie zazna spokoju. Nie zrealizuje się w życiu, bo cały czas będzie mu czegoś brakowało."


Okładka jest intrygująca, byłaby idealną wizytówką książki, gdyby nie jeden mankament. Szkoda że jest na niej husky, a nie prawdziwy wilk (och, Marlena co ty sobie wyobrażasz? Prawdziwego wilka do zdjęcia?), albo chociaż Wilczak Czechosłowacki, który bardziej wilka przypomina, w końcu wywodzi się stricte od niego. Ten drobny błąd nie mógł umknąć mojej uwadze, ale nie będę narzekać, okładka i tak jest klimatyczna i niezwykle piękna, a to że ja jestem przewrażliwiona to całkowicie inna sprawa.

Fabuła jest intrygująca, napisana w bardzo swojski, prawdziwy sposób, gdyby nie niezwykle poetyckie opisy, spokojnie stwierdziłabym że akcja przedstawiona w książce, jest zapisem prawdziwych zdarzeń. Każdemu z nas coś takiego mogło i może się przydarzyć. No może z wyjątkiem wilka, mazurskich czarownic i tajemniczych wizji, przywoływanych przez stawiane przez Jaśminę tarota. Nawet bez tego jej historia byłaby niezwykle ciekawa i wciągająca, choć czytelnik czułby że czegoś brakuje.

O, wielki Zygmuncie z niemieckim rodowodem, daj się lubić, ulecz ludzkość! Im więcej czytam, tym jestem głupsza, bo zdaje sobie sprawę z tego, jak wiele prawd do odkrycia jest jeszcze przede mną. Gdybym nie czytała, umarłabym za życia. Ile takich osób chodzi po świecie? Miliony! 


Jednak w przedstawionej opowieści nie wszystko mi pasowało. Akcja posuwała się zbyt powoli, zbyt dużo opisów, za mało działania. A początkowa tajemnica, ukazana jako coś niezwykłego, tak naprawdę nie wniosła do fabuły nic wybuchowego, choć takie miało się wrażenie. Z drugiej strony czuję, że autorka chciała przekazać nam niezwykle ciepłą opowieść o odkrywaniu siebie, kobiecości, intuicji z odrobiną wspaniałych legend i przesyconą zapachem przepysznych dań, które gotowała Jaśmina. I udało się jej to prawie idealnie! Co prawda, zabrakło trochę nieprzewidywalności, jednak i bez tego książka jest świetna, niesamowicie podnosząca na duchu, przepełniona nadzieją, miłością, dzikością. 

Każda kobieta będzie zachwycona tym dziełem. Nie tylko wtedy gdy szuka ciekawej powieści, ale także wtedy, gdy chce odkryć w sobie własną wilczycę. Każda jej strona jest wolnością, jeśli wejrzymy w siebie także ją ujrzymy. 

Mimo kilku wad, książka bardzo mi się podobała i zajęła w moim sercu wyjątkowe miejsce (na półeczce także). Polecam ją wam z całego serca, jestem pewna że wielu z was spodoba się równie mocno jak mnie. 

Za egzemplarz recenzencki z całego serca dziękuję Wydawnictwu Kobiecemu! 

Pozdrawiam was serdecznie moi książkocholicy i życzę mnóstwa przepysznych lektur, a jeśli wśród nich znajdzie się "Zwilczona", to dajcie później znać jak się wam podobała! 

Marlena Marszałek

11.4.16

22. "Dziewczyna z ogrodu" Parnaz Foroutan

„Był sobie kiedyś ogród, w innym domu, w Kermanszahu. Tamten dom należał do dwóch braci, którzy dla siebie byli gotowi poświęcić wszystko. Najstarszy brat wziął za żonę kobietę o imieniu Rachel… A kiedy Rachel nie poczęła, młodszy brat ofiarował (…) w darze.”

Dla muzułmanina, mężczyzny, głowy rodu najważniejsze jest, aby spłodzić syna. Całe życie ciężko on pracuje, by powiększyć swój majątek, w celu dalszego przekazania go dalej. Brak męskiego potomka, jest największą hańbą i przykrością. Serce cierpi, honor jest zszargany, ale w niektórych przypadkach nic nie pomoże. Nawet Bóg. Po co żyć, skoro nic po tobie nie zostanie, skoro majątek przepadnie, bo nikt nie będzie nim władał? Brak dziecka, równa się utracie wszelkiego sensu. To najgorsze, co może się przytrafić mężczyźnie w sile wieku, o ogromnych ambicjach i marzeniach. Bo nagle brakuje powodu by dalej żyć, a on sam jest źle odbierany w społeczeństwie. 


Aszer Malakuti, to mieszkający w Iranie, we wczesnych latach XX wieku, mężczyzna będący głową zamożnej rodziny perskich Żydów z Kermanszah. Z całego serca pragnie on syna. Jego młodziutka żona, ledwie kilkunastoletnia Rachel, mimo ogromnych starań, próśb wysyłanych do Boga, a także odprawianych rytuałów, nie może spełnić jego marzenia. 

„-Panie, daj mi dziecko – szeptała w stronę ciemnej wody. – Proszę, daj mi dziecko. Syna, Panie. Tylko syna, tak żeby mąż był ze mnie zadowolony. Tak żebym zawsze miała miejsce w jego domu. Błagam, Panie, ja muszę mieć dziecko! – Rachel usiadła na ziemi, kolana przytuliła do piersi i wzniosła oczy ku ciemności.”

Rachel jest załamana. Wie, że od tego czy zajdzie w ciążę, zależy jej pozycja w domu. Może zostać z niego wydalona i odesłana do ojca, jeśli jej się nie uda. A gdy Chorszid, żona brata Aszera, zachodzi w ciążę, dziewczyna popada w ogromną rozpacz i za wszelką cenę, nawet lekko nieświadomie, stara się pozbawić ją rosnącego w jej łonie dziecka. A dlatego nieświadomie, bo obie są jeszcze dziećmi i nie do końca zdają sobie sprawę, że ich zabawy mogą się źle skończyć. 

Najgorsze jednak, ma dopiero nadejść. Po kilku latach nieustannych prób, Aszer zaczyna interesować się inną kobietą, starszą o 10 lat od Rachel, przepiękną Kokab, żoną jego kuzyna. Pozbawiony wszelkich nadziei na potomka mężczyzna, sfrustrowany i do cna zirytowany niemożnością swojej żony, do wydania na świat dziecka, dokonuje wyboru, który mocno zaważy na dalszych losach jego rodziny. Nie zwraca on uwagi na swoją pierwszą żonę i od razu po przybyciu Kokab do jego domu, zajmuje się tylko nią. 

Nie widzi jak bardzo Rachel cierpi. I nie wie, do czego jest zdolna, aby zachować status jego małżonki. Aby ocalić siebie, będzie musiała wiele wycierpieć, a także odnaleźć w sobie siłę, by przetrwać te dni pełne niepewności. Dziewczyna rzuca się w wir pracy, aby pokazać, że jest czegoś warta. 

Wydaje się, że wszystko będzie dobrze. Ale czy na pewno? 

„Dziewczyna z ogrodu”, to powieść przepełniona ogromnym bólem, już od pierwszych stron wiemy, że to, co w niej znajdziemy, nie będzie sielanką, a raczej dramatem tłamszonych przez patriarchat i całkowicie zniewolonych kobiet. W czasach, w których dane im było żyć, a także religii, którą wyznawano, były one oceniane nie, względem swoich umiejętności, a zdolnością do wydania męskiego potomka. Kobieta, która nie podołała temu „zdaniu”, była praktycznie wyklinana, jakby ta niemożność była tylko i wyłącznie jej winą. Był to wierutny brak szacunku wobec męża, a także ogromna zniewaga. 

Zawsze winą o brak dziecka, obarczana była kobieta. Jej zadaniem było właśnie urodzenie potomka i wychowanie, a im więcej dzieci, tym jej poważanie w domu rosło. Im bardziej płodna, tym lepiej. 

Cała historia, opowiadana jest przez Mahube, starszą już potomkinię rodu Malakuti. Nie mieszka ona już w swoim domu, a w Los Angeles, gdzie zajmuje się swoim przepięknym ogrodem. Jest to swego rodzaju hołd wobec ogrodom pamiętanym z dzieciństwa. Historia ta, to urywki jej wspomnień, połączone w cudownie spójną całość. Po kolei opowiada ona o swojej ciotce Rachel, o Aszerze, swoim ojcu Ibrahimie i matce Chorszid, a także mniej ważnych postaciach w swojej rodzinie. 


Jej ogród jest pełen kwitnących róż: żółtych, różowych, o luźnych liściach, o płatkach w czerwono-białe paseczki, o ostrym zapachu i bezzapachowe, na długich łodygach i niskich, krzaczastych. Każdego roku szczepi coraz więcej, szukając róży o takiej barwie i zapachu jak ta, którą pamięta z tamtego ogrodu.


We wspomnieniach Mahube, odczuwamy ogromny ból, są nim przepełnione, aż do cna. Starsza kobieta, jest przez życie bardzo umęczona. 

Prawda jest taka, że nie spodziewałam się tak przepięknej historii. Jest ona opisana przez Parnaz Foroutan z niezwykłą pieczołowitością, przelała w nią mnóstwo serca, czyniąc dziełem niesamowicie cudownym, mimo że tematyka nie jest wesoła. Co prawda, zdarzają się też miejsca, gdy czytelnik się uśmiechnie, jednak przez większość czasu nasze serca praktycznie krwawią, gdy natykamy się na kolejne cierpienie, jakie los zafundował bohaterom. Nie sposób jest się nie zasmucić, ciężko jest uwierzyć, że kobiety w tamtej religii, w tamtych czasach, były tak traktowane. 

Zawsze myślałam, że islam jest zbyt rygorystyczny. Kobiety odziane od stóp do głów, niemogące się dużo odzywać w towarzystwie innych mężczyzn, bez możliwości wyjścia w miejsca publiczne, a także oceniane nie poprzez swoje umiejętności, a zdolność rodzenia. Istne niewolnice we własnych domach. Zmuszane do małżeństwa, w niemożliwie młodym wieku. Nie potrafiłam sobie nawet tego wyobrazić. Starałam się, ale mój umysł ze wszelkich sił odpychał od siebie to wyobrażenie. 10-letnia dziewczynka, która musi wyjść za mężczyznę starszego od niej o kilkanaście lat. Sama myśl o tym boli. 

Spytacie, dlaczego wybierano tak młode dziewczyny, dzieci. Uważano, że im młodsza, tym więcej dzieci zdąży urodzić. Takie dziewczynki były zmuszane do małżeństwa, a ich rodziny dostawały za zgodę duży posag, który mógł uratować im życie. Nie ważne było, co te dzieci czują, przymuszane do seksu, zachodzenia w ciążę, rodzenia. 

Przerażające… Nigdy nie zrozumiem, dlaczego islam kieruje się takimi zasadami. 


„Gdybym miała dziecko, choćby to była córka, mogłabym żyć wspólnie z resztą świata”, rozmyślała Rachel. To dziecko, jej dziecko, miałoby z kolei swoje dziecko, które potem miałoby swoje, a dzięki temu ona sama zaczęłaby coś znaczyć.


Jednak, co dziwne książka ta, ukazała ten problem z innej strony. Co prawda nadal kontrowersyjnej. Patrzenie na radość młodziutkiej Chorszid, gdy zaszła w pierwszą ciążę, mimo iż dziwne, przepełniło moje serce pewną dozą szczęścia. Nadal nie potrafiłam w to uwierzyć, jednak zrozumiałam, że dziecko żyjące od samego początku na kanwach islamu, przyuczone do niego od pierwszych chwil życia, nie cierpi tak bardzo jak mogło się wydawać. 

Zrozumiałam też, że nie każdy mężczyzna, muzułmanin traktuje swoją młodziutką żonę jak maszynę do rodzenia dzieci, że są też tacy, co otoczą je miłością i troską. Jednak niesamowicie przykro mi jest, że nawet mimo tego w chwili, gdy nie pojawi się dziecko, miłość ta nagle przemija. 

Dla nas, chrześcijan jest to niepojęte. Jeśli pragniecie, choć odrobię zrozumieć islam, a także poznać historię niezwykłych kobiet to „Dziewczyna z ogrodu” będzie dla was pozycją idealną. Napisana z rozmachem, powieść oparta na prawdziwej historii, przepełniona do granic bólem, utraconą miłością, strachem o swój los, ma w sobie coś niezwykłego. Wciąga niesamowicie już od pierwszych stron. Parnaz Foroutan przekazuje nam pewną część swojej kultury, co przychodzi jej z łatwością. Stworzyła ona opowieść, która zawładnie nie tylko sercem samych kobiet, ale sądzę, że mężczyzn także. 

„Dziewczyna z ogrodu”, to niezwykle piękna i emocjonalna powieść, warta każdej sekundy, minuty, godziny, które oddałam, aby się z nią zapoznać. Nigdy nie zapomnę, jak cudownym doświadczeniem było przeczytanie tej opowieści. Pozwoliła mi ona nie tylko poznać niecodzienną a jednak prawdziwą historię, a także w pewnym stopniu przybliżyła mi kulturę, którą odkąd oglądam „Wspaniałe Stulecie”, jestem bardzo mocno zaciekawiona. Jestem pewna, że jeszcze nie raz do niej wrócę. Tak piękna opowieść, trafia się bardzo rzadko. 

I serdecznie zapraszam was, byście się z nią zapoznali. Na pewno nie pożałujecie czasu, jaki na nią przeznaczycie. Nie jest ona gruba, ma zaledwie 260 stron. Jest ona warta oddania tej niewielkiej ilości swojego życia, aby ją poznać. 

Bardzo serdecznie dziękuję Wydawnictwu Kobiecemu za egzemplarz recenzencki! 

A Wam, kochani czytelnicy polecam tę książkę z całego serducha, będziecie nią zachwyceni, tak jak ja jestem. 

Pozdrawiam cieplutko i życzę przepysznych emocjonalnych, niezwykłych lektur. Jeśli czytaliście „Dziewczynę z ogrodu”, to dajcie znać jak się wam podobała. Ściskam, Marlena Marszałek
Szablon dla Bloggera stworzony przez Devon.