14.10.17

Ależ jestem głupia! Brokat, magia i Bane - 58. "Kroniki Bane'a" Cassandra Clare


Jestem praktycznie w 100% pewna, że są wśród was Nocni Łowcy. Sama jestem jedną z nich, mimo że całe uniwersum znam jedynie z serialu Shadowhunters, który po prostu uwielbiam. Genialni aktorzy, wciągająca fabuła i oczywiście nie mogę nie wspomnieć o Malecu. Magnus i Alec w tym serialu są po prostu fantastyczni! Jak tak się nad tym zastanowię, to stwierdzam, że moim ulubionym charakterem jest właśnie Magnus. I dlatego też, mimo że nie czytałam żadnej książki od Cassandry Clare, oprócz "Miasta Kości" (nie martwcie się, jak tylko wyjdzie to nowe przepiękne wydanie od Wydawnictwa Mag, to kupuję i biorę się za całą serię), gdy tylko zobaczyłam że Natalia z "Książkowe kocha, nie kocha" robi Booktour z "Kronikami Bane'a", to zgłosiłam się bez żadnego zastanowienia. Nie mogłam się wprost doczekać aż książka do mnie dotrze i zacznę ją czytać.

Ta recenzja będzie krótka, bo nie chce pisać pierdół tylko dlatego, że nie zrozumiałam połowy książki. "Kroniki Bane'a" są zbiorem opowiadań z życia tytułowego czarownika. Przybliża wielbicielom "Darów Anioła" i "Diabelskich Maszyn" postać czarownika Magnusa Bane'a, którego uwodzicielska osobowość, ekstrawagancki styl i cięty dowcip oczarowały fanów bestsellerowej cykli. Taki mniej więcej opis mamy z tyłu książki, brzmi on bardzo zachęcająco. Ja serialowego Magnusa uwielbiam i dosłownie skakałam z podekscytowania, gdy książka do mnie dotarła. Zaczęłam czytać mając dosyć duże wymagania. Wprost nie mogłam się doczekać! 

Jednak niestety, okazało się, że nieznajomość serii całkowicie odebrała mi przyjemność z czytania, co jest tylko i wyłącznie moją winą. Zawiodłam się, ale skończyłam tę książkę i jej końcowe 200 stron naprawdę mi się podobało, właśnie dlatego, że znałam to z serialu. Strasznie mi w tej chwili głupio, bo piszę wam o czymś o czym, szczerze mówiąc, nie mam zielonego pojęcia. Także już na samym początku, chcę wam powiedzieć, że jeśli jesteście prawdziwymi Nocnymi Łowcami i znawcami serii, to nie sugerujcie się moją opinią, która niestety, nie będzie za bardzo optymistyczna, ani pozytywna. Nie chcę was do tej książki zniechęcać. A jeżeli są tutaj takie osoby, które nie tak samo jak ja, praktycznie nic nie wiedzą, albo znają to uniwersum jedynie z serialu, to już teraz odradzam wam ten zbiór opowiadań i nawet nie czytajcie recenzji, bo to kompletnie nie ma sensu. Najpierw, tak jak mi napisał Bartek z bloga Bartosz Czyta, zapoznajcie się z całą serią. Potem przyjdzie czas na "Kroniki Bane'a". 

Sam Bane mnie nie zawiódł. Był cudowny, tak samo jak w serialu! Jego styl, zachowanie i żarciki, w jakiś dziwny sposób rozgrzewały moje serducho. Nie ukrywam, że naprawdę uwielbiam tego bohatera i mimo tego, że książka mi się nie podobała, to jakaś tam odrobina przyjemności pozostała. Trzeba przyznać, że Magnus jest naprawdę niesamowity i jedyny w swoim rodzaju. Dawno nie spotkałam się z bohaterem, który byłby tak wyjątkowy. Gdybym go nie znała z serialu, to jestem pewna, że tutaj zawładnąłby moim sercem. 

Jednak niestety, nieznajomość obu cykli, sprawiła że cała przyjemność z czytania ulotniła się bardzo szybko. Wielu rzeczy nie rozumiałam, nie znałam wielu historii, które miały ogromne znaczenie w niektórych opowiadaniach, nie znałam większości bohaterów, no bo niby skąd? Wynudziłam się strasznie, w szczególności na początku. Często robiłam przerwy i strasznie mi się ciągnęło. Czytałam na siłę, jednocześnie żałując że w ogóle zgłosiłam się do Booktouru. Ale nie poddałam się i czytałam dalej, co naprawdę nie było łatwe. To nie tak, że książka jest nudna. Po prostu nie przypadła mi do gustu forma opowiadań, nie ważne jak długie były. Po prostu ich nie lubię, a te chociaż były ciekawe, to wprawiały mnie w skonfundowanie i stagnację. 

Dopiero gdzieś od 350 strony, poczułam się lepiej, bo zaczęły się opowiadania, z bohaterami których znam. Pierwszym które pokochałam, tak samo jak Raphaela, było opowiadanie o nim, w jaki sposób stał się wampirem. To było jedyne opowiadanie, które niesamowicie mocno przyciągnęło moją uwagę i wprost nie mogłam się oderwać! Raphaela Santiago wielbię całym sercem, uwielbiam jego aparycję i charakter. Jest genialny i niesamowicie mi się podoba, nie ważne człowiek, czy wampir. Później było coraz lepiej, o wiele przyjemniej mi się czytało, zupełnie inaczej niż początkowe strony. I to jest doskonałym dowodem, byście nie sugerowali się aż tak moją recenzją. Wystarczyło, że znałam historię i bohaterów, a od razu mi się spodobało. A gdy ich nie znałam, to się nudziłam. 

Chociaż, pamiętam, choć trochę jak za mgłą, opowiadanie o Willu Hermondale'u i jego miłości do Grace. To również mi się bardzo podobało, mimo że ani Grace, ani Willa nie znałam. Po prostu byli w niezwykle ciekawy sposób przestawieni. I poznałam też kilka ciekawych faktów, o których kompletnie nie miałam pojęcia.

Także, nie będę przedłużać i pisać na siłę. Kompletnie nie wiem co powiedzieć na temat tej książki. Więc podsumowuję to tak. Jeżeli czytałeś wszystkie książki z obu cykli, znasz doskonale uniwersum, to nie zastanawiaj się, kupuj i czytaj, sądzę że ci się spodoba. Jednak, jeżeli tak jak ja, znasz jedynie serial, bądź nie znasz tego uniwersum wcale, to odpuść sobie na razie, poznaj je i wtedy możesz spokojnie sięgnąć po "Kroniki". No chyba, że chcesz się zawieść. 

Gdybym przeczytała oba cykle, to jestem pewna, że pokochałabym "Kroniki". Dlatego też, postanowiłam, że wrócę do tej książki, gdy poznam każdą powieść z cyklu. Może wtedy napiszę dla was kolejną recenzję tej książki, z porównaniem? Co wy na to? Sądzę, że to fajny pomysł ;)

Także, ja wam życzę miłego wieczoru, ja lecę czytać "Dwór skrzydeł i zguby", szykujcie się na recenzję, która bardzo możliwe, że pojawi się już w poniedziałek! Mam nadzieję, że czekacie! 

Dajcie mi też koniecznie znać, czy jesteście Nocnymi Łowcami i czy czytaliście "Kroniki Bane'a". 

Pozdrawiam, Marlena Marszałek

10.10.17

A serce niemal wyrwało mi się z piersi - 57. "Tysiąc pocałunków" Tillie Cole recenzja


Zapewne spodziewacie się samych superlatyw, na temat książki, którą dziś chcę wam przedstawić. Założę się, że jeśli czytaliście recenzje "Tysiąca pocałunków", to każda z nich była pozytywna.O tej książce, było naprawdę głośno, pamiętam jeszcze czas, że przewijała mi się co 3 zdjęcie na instagramie. Ilość pochwał lekko mnie zniechęcała, jednak mimo wszystko postanowiłam dać jej szansę. I tak o to, dzięki udziale w BookTurze u Kredzi na jej instagramie (KLIK), mam dziś możliwość przedstawić wam tę głośną powieść. Jednak, jeżeli czytaliście recenzje tej książki u innym blogerów, to w mojej nie znajdziecie nic nowego (chyba), więc nie obrażę się jeżeli jej nie przeczytacie (jednakowoż będzie mi naprawdę miło, jeśli jednak przeczytacie i zostawicie po sobie komentarz). A dlaczego tak twierdzę? Ponieważ zakochałam się w tej książce. 

Wyobraź sobie, że otrzymujesz tysiąc małych karteczek i masz wypełnić je najpiękniejszymi momentami swojego życia…

Jeden pocałunek trwa chwilę. Tysiąc pocałunków może wypełnić całe życie. 



Chłopak i dziewczyna. Uczucie powstałe w jednej chwili, pielęgnowane później latami. Więź, której nie był w stanie zniszczyć ani czas, ani odległość. Która miała przetrwać już do końca. A przynajmniej tak zakładali.

Kiedy siedemnastoletni Rune Kristiansen wraca z rodzinnej Norwegii do sennego miasteczka Blossom Grove w stanie Georgia, gdzie jako dziecko zaprzyjaźnił się z Poppy Litchfield, myśli tylko o jednym. Dlaczego dziewczyna, która była drugą połową jego duszy i przyrzekła wiernie czekać na jego powrót, odcięła się od niego bez słowa wyjaśnienia? 

Serce Rune’a zostało złamane, gdy dwa lata temu Poppy przestała się do niego odzywać. Jednak, gdy chłopakowi przyjdzie odkryć prawdę, jego serce rozpadnie się na nowo.



To, że pokochałam tę książkę, było dla mnie nie do przyjęcia, dziwiło mnie to. I to nie dlatego, że była słaba. Po prostu nie spodziewałam się po niej wiele, a jestem człowiekiem, który w książce poszukuje wybuchów, magii, emocji, które wbija mnie w fotel (ewentualnie poduszkę), nie pociągają mnie łzawe historie o miłości, ponieważ nienawidzę cierpieć, do tego mam czasami wrażenie, że takie powieści są nudne, powtarzalne i kiczowate, kto w tych czasach wierzy w takie historyjki? "Nic bardziej mylnego, Marleno", odkąd skończyłam "Tysiąc pocałunków" powinno się stać moim motto życiowym, powinnam to sobie wytatuować na czole, by każdego dnia patrzeć na to i w końcu wbić sobie to do głowy. Wracając jednak do mojego poszukiwania dreszczyku emocji i awersji do łzawych opowiastek o miłości, to jest też druga strona medalu, czyli Marlena wrażliwa, delikatna, marząca o księciu na białym koniu, która uwielbia to uczucie, gdy książka poruszy nią do tego stopnia, że będzie mieć dreszcze, a twarz mokrą od łez. Nie ma co ukrywać, taką książkę, nie ważne jak się zakończyła, czytelnik zapamięta na dłużej i milej, a także bardziej emocjonalnie będzie ją wspominał. I tak samo jest w moim przypadku, gdy już przekonam się by takową przeczytać.

I tu tworzy się swego rodzaju paradoks, narzekam że nie lubię takich książek, bo wydają mi się być trywialne i nudne, ale jeśli się zastanowić, to muszę przyznać, jeszcze nigdy się nie zawiodłam na tego typu książkach, co sprawia, że chętniej sięgam po kolejne. Powoli zaczynam to lubić. Jednocześnie zauważam, że są bardzo przewidywalne. I to aż do bólu. Ich koniec nie jest tajemnicą, możemy bardzo łatwo domyślić się, co się stanie. I to jest ogromnym minusem. Dokładnie tak było w przypadku "Tysiąca pocałunków". Byłam zawiedziona, że tak szybko przewidziałam zakończenie, co niestety odebrało mi przyjemność z czytania (nie w pełni, ale jednak). Jednak, w przypadku tego typu historii, przewidywalność jest obowiązkowa, inaczej nie byłoby łez. Nie będę mówiła o co chodzi, bo nie chcę spojlerować, sądzę jednak, że doskonale się domyślacie co mam na myśli. Jednak, nie zniechęcajcie się do tego tytułu z tego powodu. Nadrabia on bohaterami, pomysłem na fabułę, klimatem i cudownym stylem autorki. 

Wiem, że są wśród was osoby, które gdy widzą książkę, o której jest głośno, to omijają ją szerokim łukiem i marzą o tym, by nie mieć z nią styczności. Nie zniechęcajcie się, wiem że czasami mnogość cudownych opinii zniechęca do książki. Ciężko jest uwierzyć, że coś może być tak dobre. Jednak uwierzcie mi, jeżeli macie miękkie serce i kochacie piękne historie, to "Tysiąc pocałunków" jest dla was! Nie będę was przekonywać bez żadnych sensownych argumentów, więc czytajcie dalej.

Bohaterowie są największym plusem tej powieści, mocno się wyróżniają na tle innych, są niezwykle wiarygodni, prawdziwi, jednak zdarzały się momenty, gdy miałam wrażenie, że również delikatnie przerysowani. Jednak mimo tego, naprawdę z ogromną przyjemnością śledziłam ich losy. Fascynowali mnie, w szczególności Poppy i jej charakter. Nie dało się jej nie polubić, chociaż momentami mnie odrobinkę irytowała. Ale tylko odrobinkę. Nie mogłam się nadziwić, jak to możliwe, że była taka silna, mimo iż tyle złego ją spotkało. Była niezwykle ufna, pomocna, pełna wiary i nadziei, mimo iż  nie było dla niej szans na ratunek. A jej miłość do Rune, doskonale pokazała, że czasami miłość wymaga ogromnych poświęceń, choć nie zawsze wszystko potoczy się tak, jakbyśmy tego chcieli.

Co do Rune, naprawdę pokochałam tego chłopaka. Nie dosyć, że przystojny, to jeszcze idealnie w moim typie. Autorka wykreowała go w taki sposób, byśmy my, czytelniczki, nie mogły o nim zapomnieć. Wrażliwy, o cudownym miękkim sercu, otwarty na świat, kochający miłością mocną i nie do przełamania. Dlatego też, gdy chłopak się zmienił, bardzo cierpiałam, jednak w pełni to rozumiałam. Miłość jest bardzo bliska szaleństwu, a nagły brak ukochanej osoby, bądź odcięcie się jej od nas, może nas złamać. I nie ma w tym nic dziwnego, jednak poznanie mrocznego Rune było dla mnie bardzo przykre. To był pierwszy moment, gdy Tillie Cole złamała mi serce. A później było już tylko gorzej.

Mniej więcej od połowy książki, zaczęłam płakać. Gdy uświadomiłam sobie, czym zakończy się ta historia, to łzy zebrały mi się w oczach. Nie mogłam znieść cierpienia bohaterów i za wszelką cenę pragnęłam skończyć już tę książkę i zabrać się za coś weselszego.

Muszę przyznać, że książkę czyta się naprawdę przyjemnie i niezwykle lekko. Zawiera ona wiele mądrości i cytatów, które na długo zapadają w pamięć. I nie będzie to kolokwializm, gdy powiem, że podnosi ona na duchu, daje nadzieję. Miłość opisana w tej powieści, jest jak ze snu. Niesamowicie piękna, mocna, nierozerwalna, aż trudno w to uwierzyć, naprawdę. Były momenty w których naprawdę nie mogłam się oderwać, nie ważne że musiałam iść spać, bądź zrobić zadanie. Ta cudowna opowieść o najczystszej miłości dwojga młodych ludzi, była niczym miód na serce. Koiła, uspokajała, czasami wprawiała serce w szybsze bicie, bądź sprawiała, że po twarzy ciekły łzy.

Uwielbiam styl pisania Tillie. Ma ona dar opisywania uczuć bohaterów i miejsc. W szczególności, spodobał mi się opis sadu wiśniowego, gdy o nim czytałam, to z całego serca pragnęłam się tam znaleźć i usiąść pod ukwieconym drzewem. Do tego naprawdę podobał mi się motyw słoika na pocałunki. To dodawało książce wyjątkowości i krzty magii. A sam klimat, och, coś niesamowitego! Ogromny plus tej powieści!

Co do historii, była prosta, przewidywalna, ale jednocześnie magiczna, a dokładniej w magiczny sposób opisana. Widać, że autorka włożyła w to całe swoje serce i talent jaki posiada. Bardzo chętnie przeczytam inne jej książki, widzę w niej ogromny potencjał. Co prawda "Tysiąc pocałunków", nie jest książką idealną, która zostanie na długo w waszych głowach. Jest jednak cudownym oderwaniem się od codzienności. Jeżeli szukacie czegoś lekkiego, co przeczytacie szybko i z ogromną przyjemnością, to "Tysiąc pocałunków", jest właśnie dla was. Polecam jednak, zanim się za nią zabierzecie, przygotować paczkę chusteczek. Przydadzą się.

Polecam wam tę książkę z całego serca, mi się naprawdę bardzo podobała, cieszę się, że mogłam ją przeczytać i nie żałuję nawet sekundy z nią spędzonej :)

Koniecznie dajcie mi znać, czy czytaliście tę powieść, a jeśli tak, to co o niej sądzicie?
Życzę wam wspaniałego dnia!
Marlena Marszałek


8.10.17

Październikowe cuda! Premiery książek, które musisz poznać!


Chcę powiedzieć jedynie, że nie potrafiłam wybrać tylko 10 książek, jak to mam w zwyczaju w tego typu postach. W październiku swoją premierę ma zbyt dużo cudownych książek! Zapraszam do zapoznania się z premierami! I nie zapomnijcie napisać, która najbardziej przypadła wam do gustu ;*
___________________________________________________________________

"Pasażerka" Alexandra Bracken | Data premiery: 11 października | Wydawnictwo: SQN | Cena: 36,90 zł | Liczba stron: 432

Współczesna nastolatka i XVIII-wieczny pirat w szalonym wyścigu z czasem przez kontynenty i epoki. 

Etta Spencer, cudowne dziecko skrzypiec, pewnej nocy traci wszystko, co znała i kochała. W jednej chwili z bezpiecznego Nowego Jorku zostaje przeniesiona do miejsca oddalonego o wiele mil i... lat. Trafia do 1776 roku, a jej los zależy od Nicholasa Cartera, młodego korsarza związanego kontraktem z potężną rodziną Ironwoodów. 

Jedynie Etta może odzyskać pewien tajemniczy przedmiot o niewysłowionej wartości. Jeśli jej się powiedzie, zostanie odesłana do XXI wieku. Ona i Nicholas wyruszają w niebezpieczną podróż po egzotycznych miejscach i w poprzek czasu. Im bardziej zbliżają się do prawdy, tym większego tempa nabiera śmiertelna gra Ironwoodów. Etcie grozi nie tylko rozłąka z Nicholasem, ale i zamknięcie drogi powrotnej do domu... na zawsze. 


___________________________________________________________________

"Gwiazdor" Laurelin Paige, Sierra Simone | Data premiery: 26 października | Wydawnictwo: Kobiece | Cena: 36,90 zł | Liczba stron: 472

Duet autorów w płomiennym romansie, który spełnia najbardziej wygórowane wymagania czytelniczek. 

Przestań się oszukiwać, mała. Znasz go. Hej, przecież wiem, że go znasz. 
Może udajesz, że nie. Może twoja historia przeglądania jest wyczyszczona. Może udajesz oburzoną, kiedy ktoś przy tobie używa słowa na p. Ale nie oszukujmy się. Wiem, że go znasz. Każda zna Logana O'Toole'a – słynnego gwiazdora. Jednak kiedy Devi Dare wkracza w jego życie, nagle zaczyna robić rzeczy kompletnie nie w jego stylu. Na przykład pisze flirciarskie smsy. Albo tworzy całą serię filmów dla dorosłych online, żeby tylko mógł z nią grać. Jeszcze raz. I jeszcze. Przez Devi cały świat Logana się zmienia. Im więcej czasu z nią spędza, tym bardziej zdaje sobie sprawę, że nie jest tym, za kogo się uważał. 
Może w sumie wcale go nie znasz.



___________________________________________________________________

"Bracia Slater. Tom 1. Dominic" i tom 2. "Bronagh" L.A. Casey | Data premiery: 5 października  | Wydawnictwo: Kobiece | Cena: 36,90 zł i 29,90 zł | Liczba stron: 488 i 168

(Tom 1) Bronagh Murphy dobrze wie, czym jest ból po stracie bliskich. Kiedy była mała, jej rodzice zginęli w wypadku samochodowym. Aby uniknąć ponownego cierpienia, dziewczyna trzyma ludzi na dystans. Nie ma przyjaciół, z nikim nie rozmawia, nie wdaje się w żadne relacje, przez co pozostaje zawsze na uboczu. W końcu tego chce najbardziej. Kiedy w jej życie wkracza Dominic Slater, Bronagh nieświadomie robi dokładnie to, co najbardziej go pociąga. Uparcie go ignoruje. Dominic to chłopak przyzwyczajony do bycia w centrum uwagi. Piękna brunetka o ciętym języku jest pierwszą osobą, która mu tego odmawia. 

Dominic pragnie nieustępliwej dziewczyny, ale jedynym sposobem na jej zdobycie, jaki zna, jest siła. 

Dominic jej pragnie. Dominic zdobywa to, czego pragnie.

(Tom 2) Bronagh Murphy przeszła bardzo dużo, życie w ogóle jej nie rozpieszczało. Kiedy zbliżają się jej dwudzieste pierwsze urodziny, jedyne czego chce to spędzić ten dzień spokojnie w otoczeniu bliskich. Jednak jej chłopak, Dominic Slater, niczego nie robi spokojnie. Nigdy nie był spokojny, więc planuje urodziny swojej dziewczyny, które mają być nie tylko romantyczne, ale i piekielnie ekscytujące. Problem w tym, że Dominic rozumie słowo "ekscytujący" kompletnie inaczej niż Bronagh, o czym wkrótce dziewczyna sama się przekona. Kiedy sprawy przyjmą niekorzystny obrót, Dominic musi znowu walczyć o swoją dziewczynę. Bronagh po raz ostatni zdecyduje, czy zostanie z nim w jego narożniku, czy odejdzie, nie oglądając się za siebie. 

Bronagh kocha Dominica. Bronagh zatrzymuje to, co kocha.




___________________________________________________________________

"Consolation Duet. Tom 1. Consolation" Corinne Michaels | Data premiery: 11 października | Wydawnictwo: Szósty Zmysł | Cena: 38,90 zł | Liczba stron: 400

Znakomita powieść dla fanek Colleen Hoover. Poruszająca historia, którą pokochały tysiące czytelniczek! Uzależniająca. Intensywna. Emocjonująca.

To opowieść o złamanych sercach, tęsknocie, słodko-gorzkim smaku zakazanego owocu. Porywająca. Wzruszająca. Chwytająca za serce. 

Tej historii nie zapomnisz. A kiedy poznasz jej zakończenie, będziesz marzyć o tym, aby natychmiast poznać jej dalszy ciąg!

Liam nie miał być moim szczęśliwym zakończeniem. Nawet nie byłam nim zainteresowana. Był najlepszym przyjacielem mojego męża – zakazanym owocem. Tyle że mój mąż nie żyje, a ja czuję się samotna. Tęsknię za nim i ląduję w ramionach Liama. Jedna wspólna noc zmienia wszystko. Teraz muszę zdecydować, czy naprawdę go kocham, czy jest dla mnie tylko nagrodą pocieszenia. 



___________________________________________________________________

"The Perfect Game. Tom 1. Rozgrywka" J. Sterling |  Data premiery: 25 października | Wydawnictwo: SQN | Cena: 34,90 zł | Liczba stron: 304


On jest rozgrywką, w którą ona jeszcze nie grała. 

Kiedy Cassie poznaje w college'u Jacka, postanawia omijać go szerokim łukiem. Gwiazdor drużyny baseballowej uosabia wszystko, czego dziewczyna nie znosi w facetach – jest przystojny, uwodzicielski, pewny siebie, ma wielkie ego i... zabójczo piękne oczy. Sprawy się komplikują, kiedy Jack zaczyna zwracać na Cassie szczególną uwagę. Co tak naprawdę kryje się za jego zainteresowaniem? Czy ma ono jakiś związek z przeszłością dziewczyny? Ile można poświęcić, aby być z ukochaną osobą?

Zapnij pasy! Przejażdżka z the Perfect Game. Rozgrywka sprawi, że serce nieraz zabije ci szybciej. Czasem życie to prawdziwy rollercoaster.







___________________________________________________________________

"Mirror, mirror" Cara Delevingne | Data premiery: 11 października | Wydawnictwo: Jaguar | Cena: 37,90 zł | Liczba stron: 384

Przyjaźń. Zdrada. Ofiara. Tajemnica.

Red, Leo, Rose i Naomi to czwórka młodych przyjaciół. Są inni od pozostałych rówieśników, są odmieńcami. Nie wiedzą, kim są i kim chcą być. Zbliża ich muzyka. Wspólnie zakładają kapelę Mirror, Mirror. Ale nie nacieszą się długo wspólną pasją... 

Naomi zostaje wyciągnięta nieprzytomna z rzeki. Pozostając w śpiączce, walczy o życie. Policja twierdzi, że była to nieudana próba samobójcza. Ale jej przyjaciele wcale nie są tego pewni. Każde inaczej reaguje na dramatyczne wydarzenia – Rose zaczyna imprezować jak szalona, Leo wpada w depresję, a Red postanawia samodzielnie odkryć prawdę. Czy Naomi się obudzi? Co zaprowadziło ją na granicę życia i śmierci? A może pytanie powinno brzmieć: kto?

Odpowiedzi na pytania nie przyniosą niczego dobrego. Na jaw wyjdą najmroczniejsze tajemnice. Nic już nie będzie takie samo. Rozbitego lustra nie da się przecież skleić. 

___________________________________________________________________

"Szczęście w miłości" Kasie West | Data premiery: 11 października| Wydawnictwo: Feeria Young | Cena: 37,90 zł | Liczba stron: 408

Maddie nie jest impulsywna. Ceni ciężką pracę i lubi planować. Ale któregoś wieczora pod wpływem chwili kupuje los na loterię. I, ku własnemu zdziwieniu – wygrywa masę pieniędzy!

W jednej sekundzie Maddie nie poznaje swojego życia. Koniec ze stresowaniem się systemem stypendialnym w college'u. Ni stąd ni zowąd Maddie myśli o wynajęciu jachtu. A bycie w centrum uwagi całej szkoły jest super, dopóki nie zaczynają docierać do niej przykre plotki na jej temat, a przypadkowe osoby prosząją o pożyczkę. I teraz Maddie nie ma pojęcia, komu można zaufać. Poza Sethem Nguyenem, z którym pracuje w miejscowym zoo. Seth jest miły i zabawny, i chyba wcale nie wie o wielkiej zmianie w życiu Maddie, a dziewczyna jakoś nie ma ochoty nic mu mówić. Co się stanie jednak, jeśli Seth pozna prawdę?

Oto pełna humoru i czułości historia w bestsellerowym stylu Kasie West: o wygranej, przegranej i... miłości.


___________________________________________________________________

"Śpiące królewny" Owen King, Stephen King | Data premiery: 24 października | Wydawnictwo: Prószyński i S-ka | Cena: 49,90 zł | Liczba stron: 736

W przyszłości tak realistycznej i bliskiej, że mogłaby być współczesnością, coś dziwnego dzieje się z kobietami, które zasypiają: szczelnie owija je zwiewna substancja przypominająca kokon. Gdy ktoś je budzi, gdy obrastający je materiał zostaje naruszony bądź zerwany, uśpione kobiety wpadają w dziką furię i stają się szaleńczo agresywne; śpiąc, przenoszą się do innego świata − świata, w którym panuje harmonia, a konflikty są rzadkością. Tajemnicza Evie jest jednak odporna na błogosławieństwo, bądź klątwę, niezwykłej śpiączki. Czy jest medyczną anomalią, którą należy przebadać? A może demonem, którego trzeba zabić? Porzuceni mężczyźni, zdani na siebie i swoje coraz bardziej prymitywne odruchy, dzielą się na wrogie frakcje, niektórzy pragną zabić Evie, inni ją ocalić. Część wykorzystuje panujący chaos, by zemścić się na starych bądź nowych wrogach. W świecie nagle opanowanym przez mężczyzn wszyscy uciekają się do przemocy. 

Osadzona w małym mieście w Appalachach, gdzie największym pracodawcą jest więzienie kobiece, powieść "Śpiące królewny" to dająca do myślenia, nadzwyczajnie wciągająca historia, która dziś wydaje się szczególnie aktualna.

___________________________________________________________________

 "Dopasowani" John Marrs | Data premiery: 11 października | Wydawnictwo: Książnica | Cena: 35 zł | Liczba stron: 320

Jak daleko się posuniesz, by znaleźć miłość?

Od czasu, gdy naukowcy odkryli, że każdy człowiek posiada gen, który dzieli tylko z jedną osobą na całym świecie, miliony ludzi zdecydowały się na badania DNA, aby znaleźć idealnego partnera. Oto pięć kolejnych osób znajduje swoje drugie połówki. Okazuje się jednak, że perfekcyjnie dopasowane bratnie dusze, które wskazały testy genetyczne mają swoje sekrety. Niektóre szokujące a nawet bardzo niebezpieczne... 

"Dopasowani« to zaskakująca i utrzymana w szybkim tempie powieść, która w równej mierze ekscytuje i niepokoi. "
Culturefly






___________________________________________________________________

"Stracona" Amy Gentry | Data premiery: 10 października | Wydawnictwo: Prószyński i S-ka | Cena: 39,90 zł | Liczba stron: 288

Dziewięcioletnia Jude z przerażeniem obserwuje, ukryta w szafie, jak obcy mężczyzna z nożem w ręku uprowadza jej trzynastoletnią siostrę Julie. I tak kończy się szczęśliwa rodzina. Matka dziewczynek nie potrafi wybaczyć młodszej, że nie krzyczała. Ojciec nie ustaje w poszukiwaniach i zakłada fundację imienia Julie. Policja nie wierzy w porwanie, tym bardziej że nie było śladów włamania. Wszystkich łączy jednak przekonanie: Julie nie żyje. Osiem lat później na progu domu Whitakerów staje młoda kobieta, która podaje się za Julie. Twierdzi, że przez osiem lat była seksualną niewolnicą meksykańskiego mafiosa... 

Powieść Amy Gentry to studium katastrofy po stracie bliskiej osoby – katastrofy, która dotyka zarówno rodzinę, jak wszystkich ludzi z ich otoczenia. To również piękna historia o potężnej sile miłości oraz thriller, w którym napięcie utrzymuje się aż ostatniej strony. 
Po zniknięciu córki życie Anny zmienia się w koszmar. Przez osiem lat, jakie upłynęły od porwania trzynastoletniej Julie, straciła nadzieję i chęć ratowania swojego podupadającego małżeństwa i relacji z drugą córką. Ale wszystko zmienia w się dniu, gdy do drzwi domu puka młoda kobieta, która podaje się za Julie. Wydaje się jednocześnie znajoma i obca, a w jej historii wychodzą na jaw luki i niekonsekwencje. Annę dopadają straszne wątpliwości. Kim jest ta skomplikowana kobieta? Czy to na pewno jej córka? Oliwy do ognia dolewa pewien prywatny detektyw, który od lat śledzi tę sprawę i dysponuje szokującymi informacjami. 

___________________________________________________________________

"Eliza i jej potwory" Francesca Zappia | Data premiery: 25 października | Wydawnictwo: Feeria Young | Cena: 37,90 zł | Liczba stron: 400

Eliza ma 18 lat i jest prawdziwą ekscentryczką i nerdem, a do tego boryka się z chorobliwą nieśmiałością oraz brakiem jakichkolwiek znajomych. Drwiny, wyzwiska, przemykanie pod ścianami i nieustanne okupowanie swojego pokoju - tak wygląda jej życie w realu. W internecie za to jest Lady Konstelacją, ekstremalnie popularną na całym świecie autorką komiksu Morze potworne. Ma tam też swoją niewielką, ale wierną grupę wsparcia. Funkcjonuje więc właściwie tylko w sieci, rzeczywistości poświęcając tak mało uwagi, jak tylko się da. 
I wtedy do jej szkoły trafia Wallace, były futbolista, a obecnie fan Morza potwornego i twórca fanfików na jego temat, który sprawia, że Eliza zaczyna dopuszczać do siebie myśl o życiu poza siecią. Hm, może związki międzyludzkie mają jakiś sens?

Ona i Wallace stają się sobie coraz bliżsi, dziewczyna nie chce jednak ujawnić mu swojej tajemnicy. Problem w tym, że z sekretów nigdy nie wynika nic dobrego i przez nie cały kruchy świat Elizy może runąć z hukiem... I jak wtedy stawić czoła swoim lękom? Jak pokonać własne potwory? Czy da się być blisko z kimś w realu?


___________________________________________________________________

"Na krawędzi wszystkiego"Jeff Giles | Data premiery: 11 października | Wydawnictwo: IUVI | Cena: 34,90 zł | Liczba stron: 384

Szczęście i cierpienie, światło i ciemność – dwa światy i ludzie na ich krawędzi Zoe i Iks żyli w dwóch światach i nigdy nie mieli się spotkać. Ale się spotkali. Tylko jak mają być razem, gdy oba światy sprzysięgły się przeciwko nim? Zoe ma 17 lat, zwariowaną matkę wegankę, młodszego brata z ADHD i prawdziwą przyjaciółkę. Ma też za sobą trudny rok, kiedy tragicznie zmarł jej ojciec, a zaprzyjaźniona para staruszków z sąsiedztwa zaginęła bez śladu. Jakby tego było mało, szukając brata podczas burzy śnieżnej, Zoe zostaje brutalnie zaatakowana i widzi coś, czego nie powinna widzieć. I kogoś. Nazwała go Iks. Zoe nie wie, że to łowca głów. Tajemniczy, przystojny i nękany losem, którego nie rozumie, pracuje na zlecenie lordów z Niziny – mrocznego i brutalnego miejsca, w które trafiają najgorsi szubrawcy. Tym razem przyszedł po bandytę, który zaatakował dziewczynę. Iks i Zoe nigdy nie mieli się spotkać. Łowcy z Niziny nie mogą ujawniać się nikomu poza swymi ofiarami. Iks, by uratować Zoe, łamie wszystkie zasady Niziny. I ponosi brutalne konsekwencje. 

Beznadzieja, samotność i ból – Iks zna tylko to. Zoe pokazuje mu, że może być inaczej. Kiedy Iks i Zoe dowiadują się więcej o ich swoich światach, zaczynają zadawać pytania o przeszłość, własny los i swoją przyszłość. Ale wyrwanie Iksa z Niziny i przecięcie więzów przeszłości, które pętają Zoe, będzie od obojga wymagać konfrontacji z własną ciemną stroną.

___________________________________________________________________

I coś z czego cieszę się najbardziej!

"Dwór cierni i róż. Tom 3. Dwór skrzydeł i zguby" Sarah J. Maas  | Data premiery: 25 października | Wydawnictwo: Uroboros | Cena: 49,99 zł | Liczba stron: 848

Długo oczekiwana trzecia część bestsellerowego cyklu Sarah J. Maas

Feyra powraca do Dworu Wiosny, zdeterminowana by zdobyć informacje o działaniach Tamlina oraz potężnego, złowrogiego króla Hybernii, który grozi, że rozgromi cały Prythian. Jednak by to osiągnąć, musi najpierw rozegrać śmiercionośną, przewrotną grę... Jeden poślizg może zniszczyć nie tylko Feyrę, ale też cały jej świat. 

W obliczu wojny, która ogarnia wszystkich, Feyra znów musi decydować, komu może ufać i szukać sojuszników w najmniej oczekiwanych miejscach. Niebawem dwie armie zetrą się w krwawej, nierównej walce o władzę.








___________________________________________________________________

I jak? Coś wam wpadło w oko? Na którą z tych książek najbardziej czekacie? A może czekacie na coś innego? Piszcie! Co do mnie, to pewnie domyśliliście się na co najbardziej czekam ;) Do tego pozycje od Wydawnictwa Kobiecego i nowa powieść Kinga, bardzo mnie kuszą. Na pewno po nie sięgnę :D

Mam nadzieję, że nie przeszkadzało wam, że jest więcej niż 10 książek, ale stwierdziłam, że nie lubię takich ograniczeń. Po co się ograniczać do zaledwie 10, skoro można wybrać więcej i mieć pewność, że na pewno chociaż jedna z książek, przypadnie wam do gustu? Wybierając je, kierowałam się nie tylko swoimi upodobaniami, ale też świadomością, że nie każdy lubi wyłącznie fantastykę, bądź romanse. Udało mi się trafić w wasze gusta? ;)

Także, ja teraz lecę składać ubrania, potem wieczorkiem mam w planach obejrzeć horror (przy okazji, wybaczcie za brak postów z serii "Filmowa Niedziela", w kolejną się pojawi, obiecuję) i poczytać. 
Ps. Zapraszam na mojego instagrama, porobiłam dziś wiele zdjęć, niedługo się tam ukażą ^^ Będziecie zadowoleni! KLIK

Życzę wam wspaniałego dnia! 
Marlena Marszałek

24.9.17

Filmowa Niedziela #2 - Hazard, intrygi, krew, czyli "Tazza 2: Hidden Card".


Korea. Dzieli się na Południową i Północną. Piękny kraj podzielony przez dyktatorów. Niestety, wiele osób, gdy słyszy "Korea Południowa", od razu ma złe skojarzenia. Gdy powiedziałam mamie, że chciałabym tam pojechać, zaczęła mówić, że chyba oszalałam, nie pozwoli mi się tam pchać, po co w ogóle miałabym tam jechać. Jednak ciągnie mnie tam, każdego dnia wyobrażam sobie, jak po raz pierwszy stawiam stopę w Seulu. Nie będę się wypowiadać na temat sytuacji politycznej, bo moja przygoda z Koreą Południową jako krajem, dopiero się zaczęła. Co prawda w październiku minie dwa lata jak słucham k-popu, który niejako ją tworzy, to nie interesowałam się niczym poza muzyką. Od niedawna powoli moja miłość przesuwa się też na inne dziedziny koreańskiej kultury. Filmy, książki, sławetne dramy, ubiór czy tradycje. I dziś, jako że mamy filmową niedzielę, to opowiem wam o filmie, którym wczoraj obejrzałam i w którym po prostu się zakochałam, i jak tylko skończę pisać tego posta, to lecę obejrzeć go jeszcze raz.  Opowiem wam o "Tazza 2: Hidden Card" (nie sugerujcie się dwójką w nazwie, nie jest to druga część filmu, a jedynie remaster produkcji która pojawiła się kilka lat wcześniej).


Dae Gil (Choi Seunghyun) to młody mężczyzna, który ma naturalny hazardziany talent. W związku z tym, ze zwykłego dostawcy jedzenia szybko staje się gwiazdą podziemnego światka. Zarabia sporo i cieszy się przy tym uznaniem szefa, dzięki czemu dostaje odpowiedzialne zadanie oszukania pewnej majętnej wdowy. Jednak ostatecznie wszystko kończy się nie tak, jak powinno. Okazuje się, że intryga goni intrygę, a zaufanie komukolwiek może zakończyć się bardzo źle. Zaczyna się ostra jazda bez trzymanki, miłość, krew, pot i łzy, a co najważniejsze hazard. 

Nie oszukujmy się, jako że zawsze staram się być z wami szczera, to już na wstępie chcę się przyznać, dlaczego w ogóle sięgnęłam po ten film. Gdyby nie to, a raczej on, to nawet bym nie spojrzała na tę produkcję. Obejrzałam ją tylko i wyłącznie dla T.O.P (Choi Seunghyun), jednego z członków zespołu BigBang, który uwielbiam tak przeraźliwie mocno, że mogłabym słuchać tylko ich. A sam Seunghyun, jest u mnie na pierwszym miejscu, nie tylko w kwestii piosenkarzy, czy raperów, ale także, jak się wczoraj okazało, także i aktorów. Nie dosyć, że niesamowicie przystojny, o głębokim głosie, który nie raz sprawił że miałam ciarki na całym ciele, to jeszcze genialnie gra. Do tej pory nie wierzyłam, że mogę pokochać go jeszcze bardziej. Błąd, błąd, błąd! Po tym filmie na moim telefonie pojawiło się 70 nowych zdjęć, w tym gify, które po prostu uwielbiam! 


Oczywiście, jak zawsze, za bardzo się rozwodzę. Oprócz wspomnienia o genialności Top jako aktora, nic więcej o samej produkcji wam nie powiedziałam. Zapewne już wiecie, (jeżeli czytaliście moje wcześniej posty), że jestem typem osoby, która jeśli coś się jej spodoba, to potrafi mówić o tym godzinami, a posty nie raz osiągają kolosalną długość i ilość wyrazów. Czasami może za bardzo skupiam się na własnych odczuciach, emocjach które targają moim sercem i umysłem, sprawiając że obijają się one o ściany ciała. Ale sądzę, że gdy mówimy o książkach, bądź filmach, to jest to bardzo ważny aspekt opinii. Ja sama nienawidzę bezpłciowych recenzji, w których jedyne co autor takowej napisze, to opis filmu i że był fajny, bądź nie. To nie oto chodzi. 

Heo Mi-na i Dae Gil
Także, wracając do filmu. Trwa on prawie 2 i pół godziny. Nie wiem dlaczego, ale jak tak teraz o tym piszę, to brzmi to lekko przerażająco. 2 i pół godzinny film o hazardzie? Przecież to będzie nudne, komu by się chciało to oglądać. Nie patrzcie na jego długość i nie sugerujcie się nią. To, że film jest długi, moim zdaniem świadczy tylko i wyłącznie o tym, że historia w nim zawarta, po prostu na to zasłużyła. W tym przypadku nie było nawet sekundy, w której odwróciłabym wzrok, nudząc się podczas jakiejś nijakiej sceny. Uwierzcie mi, jak już zaczniecie oglądać, to cały ten czas zleci wam jak minuta. Ja sama zaczęłam w nocy, coś koło 24.00. Na początku byłam trochę śpiąca, ale wartkość akcji, to co działo się na ekranie momentalnie mnie rozbudziło (i nie mam tu na myśli gołej klaty Seunhgyuna),oglądałam z zapartym tchem i szeroko otwartymi oczami. Były momenty, co dosłownie krzyczałam szeptem, ( w końcu rodzice po powrocie z osiemnastki mojego kuzyna spali sobie grzecznie na parterze, obudzenie ich nie wchodziło w grę) rozpaczając nad losem głównego bohatera, a były też chwile co się uśmiechałam się jak głupia i wpatrywałam się w ekran laptopa z szeroko otwartymi oczami (tak, scena z gołą klatą Seunghyuna). Bardzo przeżywałam ten film i wprost nie mogłam się od niego oderwać. Zachwycałam się nie tylko grą aktorską, ale także pomysłem na fabułę, genialnymi ujęciami i ruchem kamery, czy wszechobecnym dymem, krwią, walką, pięknymi kobietami, pięknymi mężczyznami, hazardem, spojrzeniami pełnymi zacięcia. 


Nie miałam wrażenia, że oglądam film koreański, co specjalnie podkreślam. Po dramach wiem, że koreańskie produkcje filmowe, mają to do siebie, że naprawdę mocno się wyróżniają. Dla mnie to dobrze, bo jestem zapoznana z kulturą tego kraju i uwielbiam to, ale niestety osoby, które nie miały wcześniej z nią styczności, może to odpychać, nie ważne jak świetna będzie dana produkcja. A w przypadku "Tazzy" jest całkowicie inaczej. Widać, że to Korea, ale film jest stworzony w taki sposób, że bardzo przypomina kino amerykańskie, co sądzę że jest w tym przypadku ogromnym plusem. Ten film przyciąga, ma w sobie coś takiego, co do ostatniej sekundy nie pozwala się oderwać. Ukazanie tej ciemnej strony Korei, ciemnej strony człowieka, pragnącego jedynie pieniędzy i który dla nich jest gotów zrobić wszystko, wprawia momentami w osłupienie. To nie jest prosty film.


Muszę przyznać, że jego głębokość momentami sprawiała, że pękało mi serce. Cała akcja prowadzona jest bardzo tajemniczo, każda scena jest przykryta woalem intryg, które sprawiają że musimy się naprawdę mocno skupić, jeżeli chcemy wyłapać istotne szczegóły, mimo że tak naprawdę możemy je ujrzeć bez większego problemu. Nie ma tutaj tajemnicy. Wszystko mamy podane jak na talerzu, nic tylko siadać i zajadać. Jednak, to nie o tajemnicę, a o smak dania się tutaj rozchodzi. Bo mimo, że wygląda ono prosto, to jeżeli je przekroimy i spróbujemy, to odkryjemy ból, smutek, cierpienie, odkryjemy podekscytowanie tym co dzieje się na ekranie. "Tazza" nie jest płytkim filmem, czasami ni z tego, ni z owego, trafimy na moment, który swój początek miał poza ekranem, nie mieliśmy o nim pojęcia i nagle go utracimy (jak obejrzycie, to będziecie wiedzieć o który moment mi chodzi), zaboli nas to bardziej niż mogłoby się wydawać. I dla takich chwil, warto obejrzeć ten film, bo niektóre sceny w nim potrafią poruszyć nas bardziej, niż reszta. Ta jedna scena, o której teraz mówię, niesamowicie mną poruszyła i zasmuciła. Sprawiła, że czułam się jakbym coś straciła. 

Nawet dla niej jednej, warto było obejrzeć tę produkcję. 

Zakochałam się w tym filmie, bezgranicznie i niezwykle mocno. Zaczęłam oglądać dla Choi Seunghyuna, skończyłam go ze świadomością, że był on cholernie dobry. I jestem pewna, że nie raz do niego wrócę. Może to dziwne, ale ten film strasznie mi się kojarzy z "Iluzją". Nie bardzo rozumiem skąd w mojej głowie takie skojarzenie. I trochę mnie to dziwi. Jednak niezaprzeczalnie, z nią właśnie mi się kojarzy. Może to przez końcowe sceny, które były naprawdę ekscytujące i oglądałam je z zapartym tchem (tak, także dlatego że Seunghyun był topless), nie mogąc doczekać się jak rozwinie się akcja. To było niesamowite! 

Każdy z bohaterów ma niezwykły charakter, każdy z nich był idealnie napisany i doskonale zagrany. Strasznie polubiłam Heo Mi-nę (graną przez Shin Se-kyung), która miała naprawdę niezły charakterek i już od samego początku wiedziałam, że odegra jakąś bardzo ważną rolę w fabule. I nie myliłam się. Co do złych bohaterów, którzy zazwyczaj byli bossami hazardzianej mafii (można tak to w ogóle nazwać?), to nienawidziłam ich całym sercem, więc jak widać, spełnili oni swoją rolę. Denerwowało mnie to, że dla pieniędzy (im większych tym lepiej), potrafili zrobić wszystko. Byli do cna zgnici, przeżarci przez hazard. A to, co jeden z nich zrobił Dae Gilowi (główny bohater), sprawiło że ogarnęła mnie przeraźliwa wściekłość i miałam ochotę udusić gnoja gołymi rękami. 

Ogromnym plusem w produkcji jest muzyka. Idealnie dopasowana, nadająca klimatu, momentami wprawiająca w doskonały humor. Jest ona bardzo ważnym aspektem w filmie i bez niej naprawdę wiele by stracił. Do tego, wyżej wspomniani aktorzy, ujęcia, fabuła, akcja i mamy dzieło, które swoją wyjątkowością chwyci nie jedno serce. Moje chwyciło i to wyjątkowo mocno. Jestem pewna, że i wam film się spodoba! Koniecznie musicie go obejrzeć, bo naprawdę warto. Co prawda, jak każdy film, także i ten ma wady, których nie da się ukryć, np. dziwny wątek miłości, która pojawiła się znikąd, bez żadnego powodu, ot tak. Na początku trochę mi to przeszkadzało, nie znali się, a Dae Gil poleciał jedynie na jej piękną twarz, dopiero później bardziej się poznali i zakochali w sobie, z drugiej strony, później zrozumiałam, przyswoiłam ją i pokochałam tę miłość. Mimo wad, film ma w sobie coś takiego, co sprawia że wprost nie można się oderwać (co powtórzyłam już chyba ze 4 razy w całej tej opinii), co w dużym stopniu zawdzięcza aktorom. 

Wiem, że moja opinia to straszna plątanina myśli. Mam jednak nadzieję, że zachęciłam was do obejrzenia tej produkcji, uważam że naprawdę warto, nie ważne czy jesteście zapoznani z Koreą czy nie ;) To istna kwintesencja tego, czego wymagamy od filmów. Niczego mu nie brakuje, możecie spędzić przy nim genialne dwie i pół godziny. Serdecznie go wam polecam! 

Pozdrawiam i ściskam, Marlena Marszałek

23.9.17

10 książek idealnych na jesienne dni - Blogerzy polecają!


Dziś moim kochani, mamy pierwszy dzień kalendarzowej i niby koniec świata. Wciąż nie mogę przestać się z tego śmiać. W swoim życiu przeżyłam już co najmniej 3, może jak kot mam 7 żyć? Ale my dziś nie o tym, skupmy się na jesieni ;) Wczoraj witaliśmy astronomiczną jesień, dziś za to witamy kalendarzową. Także, z tej okazji, postanowiłam poprosić kilku blogerów, o polecenie jednej książki, która ich zdaniem idealnie nadaje się na zimne, jesienne dni, gdy leżymy pod kocykiem, z kubkiem ciepłej herbaty i chcemy przeczytać coś ciekawego. I przyznam się wam, że naprawdę jestem zdumiona jakie wspaniałe książki zostały wam polecone (przy okazji też mi, bo jak się okazało, z nich wszystkich przeczytałam tylko jedną). Bardzo się cieszę, że inni blogerzy tak chętnie zgodzili się napisać coś i mi wysłać. Bardzo wam kochani dziękuję!  

Zanim przejdziemy do meritum, to chcę jeszcze dodać, że mamy naprawdę ogromną rozbieżność między gatunkami książek, co bardzo mnie cieszy, bo sądzę, że dzięki temu na pewno znajdziecie coś dla siebie wśród nich. Pamiętajcie by napisać w komentarzu, czy czytaliście niżej opisane książki, czy może chcielibyście przeczytać w przyszłości :D I nie zapomnijcie dać znać, jak się wam podoba taki polecajkowy post :) Także, ja już nie przedłużam! Oddaję głos blogerom <3


Natalia Pych z bloga Książkowe Kocha, Nie Kocha

Na chłodne, smutne, jesienne wieczory polecę Wam historię, która… Nie! Wcale nie rozbawi. Wręcz przeciwnie – przez przedstawiony temat każe docenić otaczającą nas aurę i przestać traktować ją jako coś melancholijnego, depresyjnego i zniechęcającego do wyjścia z domu. Chciałabym, by uczyniła dla Was to samo, co dla mnie – sprawiła, że świat na zewnątrz nigdy nie był piękniejszy; że każdy opadający z drzew liść zacznie skrywać tajemnicę, a krople jesiennego deszczu pozwolą Wam pomyśleć o własnym zdrowiu i cudzie, jakim jest to, że możemy w ogóle czuć.

Tą książką są „Uwięzione” Natashy Preston. Polecam gorąco. Może losy Lily i pozostałych dziewczyn zmienią Waszą jesień w coś magicznego.




Jakub Drzewicki z bloga Władca Gwiazd
Nadaje się na każde wieczory, ale jesienne szczególnie - dla większości młodych ludzi zaczyna się szkoła, a niektórym może dać ona motywacje, by coś zmienić.

Ciężko jest napisać tę recenzję, by nie zdradzić wartości, które niesie ze sobą ta książka. Ciężko jest wspomnieć o niej kilka słów, bez odkrywania tajemnicy, na której zbudowany jest zawarty między jej stronicami świat. I wreszcie ciężko jest zapomnieć historii, która tak mocno dotyka duszy czytelnika. Świat ociekający kłamstwami, seksem, sadyzmem i smutkiem, to świat rzeczywisty. Taki, po który każdy z nas może sięgnąć i przywołać, bazując na własnych doświadczeniach. Każda epoka, każdy wiek, każdy rok i każdy dzień, przepełniony jest tymi czterema cechami, które wyżej wymieniłem. Są czymś nieodłącznym jak Czterej Jeźdźcy w Apokalipsie Św. Jana. „Mag” nie stroni od trudnych tematów, a wręcz przeciwnie – sięga do głębi ludzkiej natury, mówiąc: „Spójrz, Głupcze! Czy nie widzisz co czynisz?”.

Książka nie stroni od trudnych tematów, nie ucieka przed spojrzeniami, a wręcz manifestuje swoją nagość. Pokazuje, że dopiero prawda pozwoli wywołać na naszych twarzach, ten mityczny uśmiech, który wręcz przecieka ze stron książki.Czuję się teraz jak Conchis, próbując zaciekawić Urfe’a i wciągnąć go do swojej rozgrywki. „Mag”, który tkając tajemnice, pokazuje, że to nie odpowiedź ma najwyższą wartość, to nie ona sprawia, że przeszywa nas dreszcz podniecenia i wywołuje na twarzy uśmiech. To kolejne pytanie, które stawiamy pozwoli nam poznać szczęście. Niestety, nie mogę zdradzić co kryje fabuła, ani dlaczego warto przeczytać tę książkę. Wysyłam raczej zaproszenie. Zaproszenie, które podobnie jak wy otrzymał Leverrier, Mitford, i w końcu Nicholas Urfe. Zostańcie Johnem Briggsem, który dopiero wkracza w świat, czekający na niego wśród greckich wysp.Po lekturze proszę byście jeszcze raz przeczytali tę recenzję. Pozwólcie sobie wówczas na ten przeciągły uśmiech porozumienia, którym dziś ja was obdarzę.


Daria Wicher z bloga Ostatni Akapit
Jesień to najlepszy czas aby nadrobić czytelnicze zaległości. Długie wieczory aż proszą się o chwilę wytchnienia pod kocem, z dobrą lekturą. Czy zatem może być coś lepszego na ten czas niż książka o książkach? 

Jeśli jeszcze nie czytaliście mojej propozycji, nadrabiajcie to czym prędzej! Tym bardziej, że za chwilę premiera ostatniej części tej wyjątkowej serii Carlosa Ruiza Zafona. Cień wiatru to pierwsza część tetralogii o tytule Cmentarz Zapomnianych Książek. To właśnie ta książka, po lekturze której całą sobą poczułam miłość do literatury. 1945 rok, szara, mglista i deszczowa Barcelona, w sercu której dziesięcioletni Daniel wraz ze swoim ojcem księgarzem i antykwariuszem trafia na "Cmentarz Zapomnianych Książek". Trafia tam na tajemniczy "Cień wiatru", którego autorem jest niejaki Julian Carax. Zauroczony powieścią Daniel postanawia odszukać inne książki autora, nieświadomie rozpoczynając największą przygodę swojego życia. Przygodę pełną przerażających tajemnic, niebezpieczeństw, ludzkich namiętności i pragnień.

Cała magia Cienia wiatru kryje się w tym, co niewypowiedziane. Zafon w przepiękny sposób snuje wyjątkową historię, oplatającą czytelnika niczym niewidzialna pajęczyna, która zaciska się delikatnie, ale nie chce puścić. To powieść, która chwyta za serce, wzrusza i przeraża, nie pozwalając się oderwać. Do tego klimat powojennej, ponurej Barcelony i mamy arcydzieło. To książka, dzięki której mam motyle w brzuchu i ciarki na całym ciele. Nie bez powodu znajduje się na szczycie mojej listy ulubionych, wciąż pozostając bezkonkurencyjna. Polecam ją każdemu, kto ma chęć poczuć choć odrobinę książkowej magii i długo pozostać pod jej wpływem.


Joanna z bloga Zawsze nadrabiam
Trudno jest mi wyobrazić sobie książkę bardziej odpowiednią na długie, jesienne wieczory niż Dwór Cierni i Róż, autorstwa Sarah J. Maas.

 Jest to świetna historia, w której młoda Feyra zostaje wyrwana ze swojego rodzinnego domu, w czasie jednej z najgorszych zim, i trafia do wiecznie zielonej krainy Dworu Wiosny, rządzonej przez księcia fae – istotę, której obawiają się niemal wszyscy ludzcy mieszkańcy kontynentu. Dwór Cierni i Róż to historia wzorowana na popularnej francuskiej baśni („Piękna i Bestia”). Inspiracja ludową bajką nie sprawia jednak, że bohaterowie wiodą spokojne i bezproblemowe życie, a wszystkie ich przewiny zawsze uchodzą im płazem, kończąc się radosnym happy endem. Historia Feyry to opowieść o silnych uczuciach takich jak miłość i nienawiść. Choć momentami może wydawać się dość infantylna, to z czasem zaskakuje stopniowo gęstniejącym klimatem i świetnie wykreowanym obrazem magicznej krainy. 

Myślę, że to pozycja idealna dla każdego marzyciela, który pragnie przenieść się do świata fantazji, by nie musieć patrzeć na szarość jesiennych dni i siąpiący za oknem deszcz.   


Aleksandra Drążkowska z bloga Dobra córka zła

Idealną książką na jesień jest moim zdaniem „Fatalna Lista” Siobhan Vivian. Dlaczego? Zacznijmy od tego, że akcja dzieje się jesienią, a dokładniej jest to tydzień przed Jesiennym Balem. Jest to powieść, którą czyta się przyjemnie. Dla uczniów jest to dobre ćwiczenie na pamięć – w powieści jest 8 głównych bohaterek, więc trzeba się skupić na ich wątkach z osobna (ale nie tylko uczniom się to przyda ;)

No i powieść jest też zabawna, a każdemu trochę humoru się przyda w ten depresyjny czas! :D








Katarzyna Abramova z bloga Kącik z Książką 
Długie jesienne wieczory to idealna pora, by udać się do mrocznego wiktoriańskiego Londynu, by wraz z Danem Simmonsem odkryć zagadkę "Drooda". O ile w ogóle będzie to możliwe. 

Powieść o Charlesie Dickensie i jego ostatniej, niedokończonej i owianej tajemnicą powieści czyta się wspaniale, mimo że lektura bywa miejscami przytłaczająca. W poszukiwaniu mężczyzny padającego się za Drooda, Dickens przemierza najbardziej obskurne i zapomniane przez Boga zakątki i podziemia Londynu. A wraz z nim także czytelnik zanurza się w świat nędzarzy, opium i katakumb, w których rzeczywistość miesza się z narkotycznym snem. Autor umiejętnie łączy znane fakty z fikcją i elementami fantastycznymi z pogranicza horroru, tworząc mieszankę, od której ciężko się oderwać, mimo że czasem umysł potrzebuje chwili wytchnienia. "Drood" to jedna z tych powieści, które czyta się z wypiekami na twarzy i o których już po kilku stronach można śmiało powiedzieć, że są wyjątkowe. A smakować będzie najlepiej po zmroku, gdy za oknem słychać pohukiwanie wiatru i uderzenia deszczu o szybę. Ciarki gwarantowane!



Bernadetta z bloga Imponderabilia Literackie
,,Dlaczego ,,Światło którego nie widać” to książka w sam raz na jesień?”- zapytacie! Spieszę wyjaśnić! Moje pierwsze spotkania z tą znakomitą powieścią uhonorowaną nagrodą Pulitzera miało miejsce właśnie jesienią.

Gdy dzień staje się krótszy, pogoda za oknem nie zachęca do wyjścia, a marzenia przeciętnego mieszkańca naszej planety koncentrują się głównie wokół gorącej herbaty i kocyka – wtedy właśnie sięgnięcie po ,,Światło, którego nie widać” staje się dopełnieniem wizji idealnie spędzonego jesiennego wieczoru. Ta wzruszająca książka Anthony’ego Doerra to przepiękna powieść obyczajowa, której akcja toczy się w czasach II wojny światowej. Fabuła splata losy niewidomej dziewczynki – Marie Laure LeBlanc oraz Wernera Pfenniga – chłopaka o wybitnych zdolnościach. Autor niesamowicie intrygująco pokierował ścieżkami ich życia i przepięknie ubrał to w słowa. Nie jest to jednak z całą pewnością romans! ,,Światło, którego nie widać” to powieść niesamowita. To arcydzieło światowej literatury, które potrafi zaczarować czytelnika już od pierwszego słowa, tak, że nie sposób się od niego oderwać. Nie chcę o tej książce napisać za dużo, są bowiem rzeczy, których słowami wyrazić się nie da. Daleka również jestem od zepsucia Wam radości z lektury. Chciałabym jednak z całego serca ogromnie zachęcić Was do przeczytania tej pozycji. Gdy za oknem ciemno, przy akompaniamencie cichutko spadających liści ,,Światło którego nie widać” ma moc rozświetlić każdy mrok.
Ta fascynująca powieść wlała w moje życie wiele ciepła. Teraz kolej na Ciebie!  


Irena Bujak z bloga Zapatrzona w Książki
Jesień jest dla mnie porą, w której tęsknie do lata oraz zimy. Z jednej strony chcę wrócić do ciepłego słońca i kolorowych krajobrazów, a z drugiej pragnę już podziwiać, jak śnieg wszystko otula.

 Dlatego w tym czasie szukam książek, które dają mi trochę lata i trochę zimy, a idealnie pod tym względem zadowalają mnie książki Magdaleny Kordel. Nie potrafię wskazać jednego tytułu, bo jesienią czytam wszystkie jej wydane książki. Są idealne na tę porę roku. Pozwalają poczuć promienie słońca na skórze, wyobrazić sobie zieleń traw. Otulają zimową aurą, gdy za oknem biały puch, a my w domu siedzimy z kubkiem gorącej herbaty, opatuleni w ciepły kocyk. Przypomina, czym jest piękno świąt, jak dobrzy mogą być ludzie i przypomina, by cieszyć się każdą chwilą. No i bawi! Jak ja się śmieję przy jej książkach i to za każdym razem.

Książki Magdaleny Kordel są też idealnym pocieszaczem na jesienną chandrę, bo nie ma mowy, by przy takim komplecie atutów czytelnik nie poczuł, że będzie dobrze.


Kiedy zostałam poproszona o polecenie jakiejś książki idealnej na jesień, od razu i bez wahania pomyślałam o „Sekretnym życiu pszczół” autorstwa Sue Monk Kidd. Może to dlatego, że sama poznałam ją w czasie złotej polskiej jesieni? 

Słynna amerykańska powieść opowiada o losach nastoletniej Lili Owens. Dziewczynka, czując się niekochana przez okrutnego ojca, ucieka wraz z czarnoskórą opiekunką. Chcąc odnaleźć ślady utraconej matki, trafia do domu trzech Murzynek – pszczelarek. W ich specyficznym domu dziewczynka leczy swoje rany, odkrywa swoją wartość a także uczy się kochać. „Sekretne życie pszczół” to książka, która przekazuje wiele życiowych prawd – konieczność akceptacji samego siebie i swojego życia, zmienianie się, pozbywanie się złudzeń dotyczących dorosłego świata. To także książka, która w dość mocny sposób porusza tematykę rasizmu – aż trudno uwierzyć, że jeszcze niedawno właśnie tak wyglądała rzeczywistość czarnoskórych mieszkańców Stanów Zjednoczonych.Pomimo dość trudnej tematyki i dość gorzkiego przesłania, „Sekretne życie pszczół” to powieść, która rozgrzewa serce. Emanuje z niej wiara w dobro, w drugiego człowieka i w to, że w życiu kiedyś w końcu będzie dobrze. Myślę, że jest to powieść, która rozjaśni sobą te ponure, deszczowe dni i pozwoli w dobry sposób spojrzeć na problemy wyolbrzymione przez jesienną chandrę.


Dominika Szałomska z bloga Dominika Szałomska
Mimo że książki Kasie West wydają się typowo młodzieżowe to uważam, że idealnie nadają się na jesień. 

Kiedy łapie mnie chandra, nie mam energii i w ogóle mi już nie chcę, jestem zmęczona tymi wszystkimi książkami, które są podobne to sięgam po te, autorstwa Kasie West. Nie dość, że przyjemnie się je czyta, to jeszcze wprawiają mnie w cudowny nastrój. Zabawne dialogi jakimi posługuje się autorka są oryginalne, a cięte riposty sypią się jak asy z rękawa, a dzięki temu wszystkiemu bohaterowie wydają się żywi. Kolejną rzeczą za którą kocham Kasie jest umiejętne wplecenie w fabułę morału. Nie tylko dobrze się odnajduje w poruszanych tematach, ale również stara się by czytelnicy wyciągnęli jakieś wnioski. Polecam książki tej autorki z całego serca, na polskim rynku znajdziecie ich pięć, a szósta będzie miała premierę 11 października. Ja już jestem po lekturze i kolejne raz się zakochałam. Kto jeszcze nie sięgnął po jej książki, niech szybko to nadrobi!




I to by  było na tyle ^^ Widzimy się jutro w Filmowej Niedzieli! Pamiętajcie by koniecznie odwiedzić blogerów i zapoznać się z ich twórczością :) To wspaniałe osoby i sądzę, że naprawdę warto się z nimi zapoznać, jeśli ich jeszcze nie znacie. 

Piszcie tez koniecznie, kto najbardziej was ujął swoim tekstem ;) i którą książkę (książki), najchętniej przeczytacie, właśnie dzięki polecajce :) Tymczasem, ja lecę oglądać film! Jeszcze raz, dziękuję wam moi kochani blogerzy, że zgłosiliście się do tego postu i że poświęciliście swój czas, by coś napisać <3 Bardzo to doceniam! 

Życzę wam miłego dnia kochani, Marlena Marszałek 

17.9.17

Filmowa Niedziela - Klauny, baloniki, krew, czyli moje spotkanie z "To".



Wyobraź to sobie. Czerwony balonik powoli unosi się nad studnią. Delikatnie kołysze się na wietrze, a ty zastanawiasz się, co jest do niego przywiązane. Zaciekawiony podchodzisz bliżej. Nie boisz się, póki balonik nie obraca się i twoim oczom nie ukazuje się napis "Dzisiaj zginiesz". Stwierdzasz jednak, że to jakiś głupi żart. Zerkasz do studni i okazuje się, że niczego tam nie ma. Wzdychasz z ulgą, powoli się obracasz i twój wzrok pada na stojącego z tobą klauna i jego otwartą paszczę pełną zębów. Wita cię on wesołym głosikiem, po czym wybucha złowieszczym śmiechem i rzuca się na ciebie. Chcesz krzyczeć, ale nie możesz wydobyć z siebie głosu. Chcesz uciekać, ale nogi odmawiają posłuszeństwa. I nagle, gdy zębiska są o krok od twojej twarzy, twój kolega rzuca takim tekstem, że momentalnie wybuchasz śmiechem. Cały misternie budowany klimat poszedł się... (dobrze wiemy co), a ty rżysz jak głupi.

Dokładnie tak czułam się podczas oglądania "To". 

Ginie chłopiec Georgie, ubrany w żółtą kurteczkę, na deszczu, puszczał zrobioną przez brata łódeczkę. Niestety, łódka spływa do kanałów. Chłopiec jest załamany, nachyla się nad dziurą odpływową i wypatruje prezentu od brata. Nagle jego oczom ukazuje się klaun i patrzy prosto na chłopca. Zdobywa jego sympatię, a później wciąga do kanałów. Już nigdy więcej nikt nie zobaczył chłopca w żółtej kurteczce. Rok później, gdy dzieci nadal giną, brat Georgie, Bill razem ze swoimi przyjaciółmi, postanawia stawić czoła temu czemuś, co porywa dzieci. Chcą odkryć co tak naprawdę się stało i kto za tym stoi. Nawet nie spodziewają się, jakie zło kryje się w kanałach. I ile krwi przyjdzie im przelać, ile strachu zalęgnie się w ich żyłach, by je mogli go pokonać. 

Nie powiem, żebym miała jakieś wielkie nadzieje, jednak normalne jest, że jeżeli człowiek idzie do kina na horror, to oczekuje od filmu, że się przestraszy. Co prawda, ja jakąś wielką fanką horrorów nie jestem, dopiero od niedawna zaczęły mi się one podobać, jednak tylko wtedy gdy oglądam je z kimś. Sama za bardzo się boję.  Gdy oglądałam trailer i zdecydowałam się, że koniecznie muszę pójść na ten film do kina, nie spodziewałam się Bóg wie czego, a to dlatego, że nigdy nie miałam styczności z ekranizacjami książek Stephena Kinga, ba!, nawet jego książek nie czytałam. Co prawda, nie będę tego ukrywać, zaczęłam "Carrie", "Smętarz zwierząt" i taką inną o psie, której tytułu nie pamiętam, ale za bardzo się bałam, by je skończyć. Z tych też powodów, nie wiedziałam czego oczekiwać od filmu, nie miałam żadnego porównania z książką, ani nie znałam twórczości autora.  

Jedyne czego oczekiwałam to solidnej dawki dreszczy i dobrej, mocnej historii. A  nie ma co ukrywać, w takim przypadku klimat jest bardzo ważny. Bo jeżeli osadzimy horror w jakimś jasnym miejscu, a kadry będą żywe i kolorowe, to nie ma opcji by widz czuł niepokój, a zbudowanie klimatu na takiej podstawie będzie naprawdę trudne. Chociaż mogę się mylić, nie obejrzałam zbyt wielu horrorów w swoim życiu, dlatego moja opinia może być trochę niezgodna z opinią weteranów horrorów. Nie ważne ile krwi nawalimy, ile screamerów wrzucimy, naprawdę ciężko jest się bać, gdy mamy wyżej wspomniany przypadek. A do tego, jeżeli jeszcze dorzucimy bohatera, który cały czas będzie rzucał głupimi tekstami, przy których widz uśmieje się jak nigdy, to nawet jeśli uda się nam zbudować klimat, to po takim zabiegu rozpłynie się on niczym mgła. Chyba nie o to chodzi w horrorze. 

Pennywise był bardziej śmieszny niż straszny. Ale mimo wszystko, podziwiam aktora, który wcielił się w jego rolę.

I to bardzo mnie raziło w "To". Nie zaprzeczę, doskonale się bawiłam, uśmiałam się lepiej niż przy wielu komediach i naprawdę polubiłam, a nawet pokuszę się o wyrażenie, pokochałam bohaterów. Jednak, nie ma co ukrywać. Nazywanie tego filmu horrorem, to kpina, niedopowiedzenie, żart. Tak, wiem jak to brzmi. Jednak, jeżeli czujecie się obrażeni, to posłuchajcie tego (a raczej przeczytajcie to). Klimat byłby genialny, ale użycie jasnych i żywych kadrów, całkowicie i rażąco innych od znanych nam z horrorów ciemnych, szarawych scen a także jeden z bohaterów, który jak wspomniałam wcześniej, bardzo skutecznie sprawiał, że cały niepokój, który mimo wszystko udało się temu filmowi wykrzesać ze mnie, sprawiały że został on błyskawicznie rozładowany. Przez cały film, trwający 2 godziny i 15 minut, przestraszyłam się 2 razy. Jedynie dwa razy. I tutaj w mojej głowie pojawiło się pytanie, wyrosłam ze strachu, czy po prostu film nie jest straszny? Odpowiedź jest prosta. Ten film nie jest horrorem. Nie jest straszny. 

Dla porównania, opiszę wam jak się czułam po obejrzeniu "Kiedy zgasną światła". Gdy oglądałam, były momenty że dosłownie zasłaniałam oczy, nie chcąc patrzeć na to co się dzieje na ekranie. Po wyjściu z kina, trzęsłam się tak bardzo, że koleżanka, z którą byłam na seansie, śmiała się ze mnie przeraźliwie. Musiała mnie przytrzymywać, żebym przypadkiem nie wpadła w jakiś słup. A gdy później, w ciemnościach, jedynie przy świetle latarki z telefonu, szłam do domu, to dosłownie przebiegłam od jednej latarni do drugiej, w obawie, że jeżeli będę dłużej w ciemności, to w moje gardło wbiją się szpony o długości kilkudziesięciu centymetrów a moim oczom, tuż przed śmiercią, ukaże się przeraźliwa twarz potwora. Tej nocy zasnęłam przy zapalonym świetle, plecy mając tak spięte, że naprawdę ciężko było mi zasnąć. I taki film można nazwać horrorem. 

Bill i Beverly
Po "To" nic takiego nie czułam. Nie bałam się, że nagle z kanałów usłyszę krzyk maltretowanego dziecka, wołającego o pomoc, albo że jeżeli się odwrócę to zobaczę mnóstwo czerwonych balonów i w ułamku sekundy zostanę pożarta przez stojącego za nimi klauna. I dlatego też, mimo że film naprawdę mi się niesamowicie podobał i wprost nie mogę doczekać się drugiej części, to czuje się zawiedziona. Nawet mimo tego, że tak naprawdę nie oczekiwałam wiele. Bo nawet tych małych oczekiwań ten film nie spełnił, co niestety trochę mnie zasmuciło. Jednak, nie chcę wam przedstawiać tylko minusów filmu, bo nie chcę was do niego zniechęcić a jedynie wyrazić swoją opinię na jego temat, pokazać jego wady i zalety, zady i walety. A nie same wady, bo to nie o to tutaj chodzi. 

Teraz zastanawia mnie jedno. Czy w książce było lepiej? Czy jest ona bardziej straszna? Chyba będę musiała się sama przekonać. Jedno mogę oddać filmowi. Zachęcił mnie do sięgnięcia po twórczość Stephena Kinga. I do przekonania się, czy pierwowzór jest lepszy. Jednak, coś sądzę, że na pewno. Bardzo często jest tak, że książka jest o wiele lepsza od ekranizacji, czemu sądzę, że nie zaprzeczycie.


Ogromnym plusem są bohaterowie i obsada. Genialnie wykreowani przez Stephena i doskonale zagrani przez młodziutkich aktorów. Najbardziej polubiłam Billa. Grający go aktor Jaeden Lieberher nie dosyć, że jest naprawdę przystojnym chłopcem, to niesamowicie podobał mi się jego głos i gra aktorska. Przy żadnych z aktorów nie miałam wrażenia, że są sztuczni, grali bardzo dobrze, tak że naprawdę uwierzyłam, że są tymi postaciami. Stali się jednością, co bardzo podziwiam. Wracając jednak do Billa, chłopak jąkał się i to może też dzięki temu poczułam do niego ogromną sympatię. Sama należę do osób jąkających się, co niestety bardzo skutecznie sprawia, że bardzo mało się odzywam. I zawsze czuję jakąś dziwną więź z osobami, które również się jąkają, nawet jeżeli są to postacie fikcyjne. A Billa nie da się nie lubić. Doskonale wykreowany i doskonale zagrany. Naprawdę go polubiłam i sądzę, że warto było obejrzeć ten film, nawet tylko dla niego ;)

Jednak, hej!, nie zapominajmy o reszcie bohaterów (zachęcam was do zapoznania się z obsadą na stronie Filmwebu). Wiem, że pewnie czekacie, aż opowiem wam o nich coś więcej. A tu figa z makiem, bo nie opowiem. Sami musicie się przekonać jacy są inni bohaterowie. Nie mogę odebrać wam tej przyjemności. Powiem jedynie, że naprawdę warto, bo są genialni. Każdy ma swój unikalny charakter i każdy coś wnosi do filmu. Oprócz Billa polubiłam również Beverly. To co przeżywała ona każdego dnia, było straszne i sama myśl o tym przyprawiała mnie o dreszcze. To, jak dla mnie, było straszniejsze od klauna, od krwi, od śmierci, którą zadawały zębiska potwora. Nigdy nie chciałabym, by takie coś przydarzyło się mnie. Już chyba wolałabym umrzeć. I dlatego, niesamowicie podziwiam Beverly, że po tym wszystkim potrafiła jeszcze być silna i potrafiła kogoś pokochać, że mimo tego co się jej przytrafiło, wciąż czuła i nie zamknęła się w sobie. 

Co do historii, to jak najbardziej na plus. Jednak trochę brakowało mi tego horrorowego klimatu, tajemnicy. Mimo wszystko, nie sądzę że "To" jest złym filmem. Broń Boże! Genialna ścieżka dźwiękowa, przemyślana historia, zwroty akcji i jak to nazywam, wścibskie dzieciaki, o durnym poczuciu humoru, czynią z tego filmu coś wartego obejrzenia. Do czego oczywiście jak najbardziej was zachęcam! Jeżeli dopiero zaczynacie swoją przygodę z tym gatunkiem i nie chcecie zaczynać, od mrożących krew w żyłach filmów, to ten będzie dla was idealny. Uwierzcie mi, nie będziecie się bać. Głupie żarciki, śmieszne sytuacje, rozładują kłębiący się w was niepokój i dzięki temu będzie się wam przyjemniej oglądało. 

Od lewej: Stanley, Mike, Richie, Bill, Beverly i Ben.

Jednak, jeżeli pochodzicie z grupy miłośników horrorów, a na waszym koncie jest wiele genialnych produkcji, przy których strach towarzyszył wam praktycznie w każdej sekundzie, to będziecie zawiedzeni, a może nawet i znudzeni. Nie ma co tu kryć, jeżeli oczekujecie mocnych wrażeń, to nie szukajcie ich tutaj, bo tylko się rozczarujecie. Mi się bardzo podobało, bo nie oczekiwałam wiele. I jeżeli macie w planach obejrzeć ten film, to nie nastawiajcie się na wybuchy, strach wykręcający żołądek, dreszcze i ściśnięte gardło, bo się zawiedziecie. "To" ogląda się naprawdę przyjemnie i jestem pewna, że jeszcze nie raz do niego wrócę, jednak nie uznaję go za horror, prędzej za komedię z elementami horroru. Nie czuję się zawiedziona (no może odrobinę), bo bawiłam się naprawdę doskonale i bardzo miło wspominam seans. I z niecierpliwością czekam na kolejną część, która na pewno się pojawi. 

A wy? Oglądaliście "To"? Jak się wam podobało? Co sądzicie o tym filmie? A może czytaliście książkę? Piszcie w komentarzach! :D


Pozdrawiam was serdecznie i życzę miłego dnia <3 
Marlena Marszałek


Szablon dla Bloggera stworzony przez Devon.