Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kocham. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kocham. Pokaż wszystkie posty

15.8.17

54. "Do zobaczenia nigdy" Eric Lindstrom



Nie wyobrażam sobie być ślepą, niewidomą. Sama myśl o tym mnie przeraża. Kocham patrzeć na świat, czytać, oglądać seriale i filmy. Dla mnie życie w ciemności aż do końca życia byłoby czymś strasznym. Ledwo o tym pomyślę i już czuję dziwny skurcz w żołądku, a gardło mi się zaciska, tak, że ciężko mi oddychać. Nawet nie potrafię sobie wyobrazić jak muszą się czuć osoby, która straciły wzrok. Zawsze wydawało mi się, że nie radzą sobie one w życiu, że cały czas potrzebują pomocny osób "zdrowych". Jednak, książka której recenzję mam dziś zaszczyt wam przedstawić, pokazała mi, że się myliłam, a życie w ciemności wcale nie musi być przepełnione bólem, cierpieniem i smutkiem, a w szczególności strachem. 

Już od pierwszych stron byłam niesamowicie zdumiona. Nie potrafiłam w to uwierzyć. Co prawda, książka ta jest fikcją literacką, ale jest w niej wiele z prawdy. To, że ktoś jest ślepy, nie znaczy że jest też głuchy i głupi. I nie znaczy to, że trzeba mu we wszystkim pomagać. Bo my ludzie, lubimy być samodzielni. Bardzo często nienawidzimy osoby, które chcą nam na siłę pomóc, nie wierzą, że damy sobie radę sami. Co oczywiście, nie oznacza, że mamy nie pomagać osobom ślepym, głuchym, niemowom i innym. Wręcz przeciwnie! Chodzi mi raczej o to, by nie pomagać na siłę, jeśli osoba ta jasno przekazuje nam, że nie potrzebuje naszej pomocy.

Jak zwykle, moje wstępy są zbyt długie, ale co ja na to poradzę? Po prostu jestem szczera i lubię wyrażać swoje zdanie i przemyślenia, po przeczytaniu książki. Mam nadzieję, że nie macie mi tego za złe. Zresztą, zauważyłam że lubicie gdy moje opinie są długie, więc nie chcę się powstrzymywać tylko po to, by szybciej się czytało. Bo to nie o to chodzi. 

Parker Grant ma 16 lat. Jest niewidoma. W wypadku samochodowym straciła nie tylko wzrok, ale też i mamę. Jej ojciec popełnił samobójstwo, a jej były chłopak Scott, bardzo zawiódł jej zaufanie. Podpadł pod regułę Nieskończoność, nie ma dla niego już szansy na wybaczenie. Dziewczyna bardzo dużo przeżyła, całkiem sporo jak na nastolatkę. 

Jednak dziewczyna nie poddaje się, stara się być twarda i nie płakać. Uwielbia bieganie i każdego ranka biega swoją ulubioną trasą. Przed lekcjami zajmuje się też udzielaniem porad znajomym ze szkoły. Mimo, że robi wszystko by nie płakać, stara się udawać, że nic złego się nie stało. Ale ile tak można? Jest tylko człowiekiem i jest to dla niej z każdym dniem coraz trudniejsze. Zrozumienie samego siebie jest trudne. Prawda w końcu musi wyjść na jaw, a serce przestać być ślepe. A odkrycie i zrozumienie, co tak naprawdę przydarzyło się jej ojcu i dlaczego Scott tak dziwnie się wobec niej zachowuje, uświadomi jej jak bardzo ślepa w swojej ślepocie była. Nie wszystkie rzeczy są takie, jakie się nam wydają. 

Na samym początku, a raczej początku właściwej recenzji, chcę wam powiedzieć jedną rzecz. Jestem pod wrażeniem sposobu w jaki została napisana ta książka. Lekko, niezwykle subtelnie i dojrzale. Nie powiedziałabym, że bohaterka ma tylko 16 lat. Jej sposób wyrażania się, jej myśli, jej zachowanie, w jakiś dziwny sposób zadziwiało mnie i sprawiało, że w ogóle nie miałam ochoty jej opuszczać. Uwielbiałam Parker za jej charakter. Nie owijała w bawełnę, była szczera aż do bólu, a co najważniejsze mimo że tyle przeżyła nie dała sobie wejść na głowę.

Pierwszy raz natrafiłam na książkę, w której główny bohater jest niewidomy, więc niestety nie mogę jednoznacznie stwierdzić, że w tej tematyce jest świetna, na pierwszy miejscu. Zanim zaczęłam czytać zastanawiałam się jak autor to ugryzie, bo co jak co, ale wydaje mi się, że opisanie uczuć osoby, która widzi jedynie ciemność, będzie trudne. Czy się myliłam? Z jednej strony tak, z drugiej nie. Uważam, że Eric bardzo dobrze sobie z tym poradził. Sprawił, że Parker nie była płaska, nie była jedynie cienką kartką papieru, a była jak z krwi i kości. Bardzo łatwo wczułam się w jej sytuację i wprost nie mogłam się oderwać. Z drugiej strony, mimo tego, że widać, że książka jest dogłębnie przemyślana, czyta się ją błyskawicznie a sama historia nie jest błaha i pusta, to czegoś mi brakowało. Jak tak się teraz zastanawiam, a piszę tę recenzję kilka dni po przeczytaniu, to sama nie wiem dokładnie czego.

Nie potrafię tej książce niczego zarzucić. I nawet nie chcę, ale jest jedna rzecz, a raczej jeden człowiek, bohater, który strasznie mnie irytował. Mam oczywiście na myśli Scotta. Miałam ochotę trzasnąć go, by w końcu się obudził. Z jednej strony latał za Parker, chronił ją, a z drugiej strony, gdy chciała naprawić ich relacje to się odsuwał. Co prawda, rozumiem, czuł się zraniony, ale to nie tłumaczy jego zachowania, gdy dziewczyna nie była go świadoma. Nie potrafiłam go polubić, chociaż uwierzcie mi, starałam się. Także, niestety dla Scotta jedno wielkie nie.

Za to przyjaciółki Parker, oddałam im moje serce i cały czas tylko czekałam aż znów się pojawią, a na szczęście pojawiały się bardzo często. Zostały genialnie wykreowane, nie były postaciami pełnymi przesady. W każdym calu idealnie stworzone. Nie irytowały, miały fajny humor i co najważniejsze, nie były jedynie dodatkiem do powieści. One razem z Parker tworzą tą książkę. Po prostu nie da się ich nie polubić.

Gdy skończyłam czytać "Do zobaczenia nigdy", zrozumiałam dlaczego blogerzy ją tak wychwalali. To prosta historia, ale napisana w niezwykle poruszający sposób. Soczyści (wiem, to dziwne określenie, ale pasuje idealnie) bohaterowie, niebanalny humor, przyjaźń, problemy, cierpienie, siła. To wszystko sprawia, że wprost nie sposób się oderwać. Napisana przystępnym, prostym językiem, nie jest płytka i nadaje się dla osoby w każdym wieku. I każdy znajdzie w niej coś dla siebie, odkryje przesłanie, które może zmienić myślenie.

Uwielbiam ją za to, w jaki sposób został ugryziony temat ślepoty. Główna bohaterka radzi sobie z nią doskonale, co muszę przyznać, lekko mnie wytrącało z równowagi, sama nie wiem dlaczego. Po prostu, zawsze żyłam w przekonaniu, że osoby niewidome nie radzą sobie tak dobrze w życiu, są raczej zamknięte w sobie i nie udzielają się towarzysko. Co prawda, książka ta jest fikcją, ale i tak zmieniła moje myślenie. Aż głupio mi się zrobiło, że mogłam tak myśleć. Parker była samodzielna, gdy żył jej ojciec wiele rzeczy robiła sama i uwielbiała to. Jednak po jego śmierci została ograniczona, ciotka nie potrafiła jej zaufać, co niesamowicie dziewczynę bolało. I zaskoczyło mnie to, że sama myślałam w podobny sposób jak jej ciotka, cały czas bałam się, że dziewczyna sobie nie poradzi i za każdym razem gdy to się sprawdzało (a było kilka takich momentów), moje serce dosłownie wyskakiwało z piersi. Bardzo spodobało mi się to, z jakim dystansem dziewczyna podchodziła do siebie i innych. Ale jednocześnie, na początku czułam, że popełnia ona ogromny błąd. I miałam rację.

W tej książce, spotkałam się z dwoma rodzajami ślepoty, jak pisałam wam wyżej. Możemy mieć ślepe oczy, ale także i ślepe serce. I właśnie to, sprawia że książka ta jest tak uniwersalna, bo mimo że narratorem jest młoda dziewczyna, to nie jest ona powierzchowna, a jeśli tylko zechcemy, to możemy znaleźć w niej bardzo wiele wartości, o których odrobinę wspomniałam wyżej. Jako, że nie chcę się aż tak rozpisywać, bo jeszcze przez przypadek zdradzę zbyt dużo, to powiem wam tylko, że "Do zobaczenia nigdy", jest powieścią, która na długo zostaje w sercu.

Napisałam już tyle, a wciąż czuję, że coś pominęłam. Staram się w pełni oddać moje uczucia, ale to naprawdę nie jest łatwe. Ta książka zostawiła w mojej głowie pewien mętlik i ciężko zebrać mi myśli. I tutaj was zadziwię, to jest jedna z tych książek, które najchętniej zostawiłabym tylko dla siebie. Mam na myśli to, że zazwyczaj z ogromną radością dzielę się z wami moimi przemyśleniami i opiniami na temat przeczytanych książek, a w przypadku tej, chciałabym by została moją słodką tajemnicą. Poruszyła mnie, wstrząsnęła moim sercem i nie ma co ukrywać, pokazała mi że mam ślepe serce.

Czytałam ją z tak ogromną przyjemnością, że na siłę ją odkładałam, byle nie skończyć w ciągu jednego wieczoru. Jednak niestety, ma ona tylko nieco ponad 300 stron i w końcu musiała nadejść ta chwila gdy odłożę ją z powrotem na półkę. Jestem zachwycona stylem autora i koniecznie muszę przeczytać inne jego książki. Co prawda, spodziewałam się że książka będzie dobra, zanim się z nią zapoznałam, to przeczytałam i usłyszałam wiele niezwykle pozytywnych opinii i aż mnie korciło, by w końcu się przekonać jak mi się spodoba. I nie zawiodłam się. Nie przeczytałam w tym roku wiele książek, ale jeśli o mnie chodzi "Do zobaczenia nigdy" jest na podium najlepszy książek. I z wielką chęcią jeszcze nie raz do niej wrócę. Może odkryję coś, czego nie zauważyłam za pierwszym razem?

Także, bez zbędnego przedłużania. Jeśli jeszcze nie czytaliście "Do zobaczenia nigdy" Erica Lindstroma, to koniecznie musicie naprawić ten błąd, a uwierzcie mi, będziecie zadowoleni :) A jeśli czytaliście, to napiszcie mi, jak wam się podobała, czekam na wasze opinie!

Za książkę bardzo dziękuję Wydawnictwu YA! To była wspaniała lektura, warta każdej sekundy, każdej godziny.

Pozdrawiam cieplutko i życzę wspaniałego dnia,
Marlena Marszałek

Ps. Wybaczcie mi, że recenzja jest taka chaotyczna.

25.7.17

50. "Promyczek" Kim Holden



Po recenzji "Dworu cierni i róż", nadszedł czas na recenzję kolejnej bardzo wychwalanej książki, o której było równie głośno, jak w przypadku dzieła Sarah J. Maas. Zauważyłam, że bardzo specyficznie podchodzę do powieści, które tak często pojawiają się w zasięgu mojego wzroku. Z jednej strony aż kipię z podekscytowania nie mogąc doczekać się, aż po nią sięgnę, cały czas ją śledzę i dosłownie staję się stalkerem, to z drugiej strony, mam pewne obawy w kwestii tego, czy będzie ona tak dobra, czy sprosta ona moim oczekiwaniom. A bądźmy szczerzy, bardzo często książki o których jest głośno, okazują się być nic nie warte, a opinie o nich przesadzone. Stało się tak np. w przypadku "The Call. Wezwanie", którego ja sama jeszcze nie czytałam, ale zauważyłam, że po ogromnej ilości dobrych opinii, blogosferę zalały recenzje przeciwne, negatywne. Tylko dziś przeczytałam dwa takie posty, w których ta książka nie została dobrze oceniona. 

Nie dziwi mnie to. Każdy człowiek ma inny gust i nie każdemu spodoba się to, w czym my się zakochaliśmy. I dlatego doskonale rozumiem was, gdy piszecie mi w komentarzach do moich opinii, że dana książka się wam nie podobała, że nie przypadła wam do gustu. To jest całkowicie normalne. 

I dlatego, mimo że dreszczyk emocji był, to jednak do "Promyczka" podeszłam z dużą dozą dystansu, starając się nie wymagać zbyt wiele, by w razie czego nie czuć się zawiedziona. I stwierdziłam, że będę czytać powoli, skupię się bardziej na treści nie przelatując stron jedna po drugiej. Przyznam się, że ilość stron w tej powieści odrobinę mnie przeraziła (584) i dziwiłam się, jak to możliwe, żeby tak prostą historię (bo nie ukrywajmy, nie jest ona jakoś bardzo skomplikowana i jedyna w swoim rodzaju, niepowtarzalna), rozpisać w prawie 600 stronach! Bałam się, że mogę się przy niej zanudzić i że bardzo możliwe jest, iż tylko stracę te kilkanaście cennych godzin. 

Mimo wszystko, gdy zobaczyłam to tomiszcze w bibliotece szkolnej, to nie wahałam się ani chwili. Odsunęłam swoje obawy w gdzieś w głąb swojego umysłu, oczywiście odrobinkę ich zatrzymując (tak jak wspomniałam wyżej, aby w razie, gdyby okazało się, że książka nie jest tak dobra, nie czuć się aż tak zawiedziona), wypożyczyłam ją i dzień później po skończeniu "Był sobie pies" zaczęłam czytać "Promyczka". 

I zanim przejdziemy do opisu książki, chcę wam powiedzieć tylko, że nie zawiodłam się. Ale o tym później. 

Życie Kate Sedwick nigdy nie było proste. Było pełne problemów, cierpienia, bólu, przepełnione tragediami, których nikt nie chciałby mieć w swoim życiu. Mimo wszystko zachowała pogodę ducha i jej świat wypełniony był barwami. Z tego powodu, jej najlepszy przyjaciel Gus nazywa ją Promyczkiem. Dziewczyna jest niezwykle bystra, pełna życia, zabawna i posiada wybitny talent muzyczny, tak samo jak jej przyjaciel. Mimo tego nigdy nie wierzyła w miłość. Gdy wyjeżdża studiować do San Diego, nawet przez sekundę nie myśli o tym, że może spotkać tam miłość. Nie spodziewa się, że przyjdzie jej pokochać pewnego mężczyznę, Kellera Banksa. 

Oboje to czują, oboje mają powód by z tym walczyć. I oboje skrywają tajemnice.

Jeśli wyjdą one na jaw mogą uzdrowić. Mogą również zniszczyć. Każdy ma tajemnice. 

Już sam opis brzmiał dla mnie niesamowicie zachęcająco. Każdy kocha tajemnice i nie może się doczekać aż je pozna. Ale nie w tej książce. Dosłownie błagałam autorkę w myślach by to nie była prawda. Marzyłam o tym, by nigdy nie poznać tych tajemnic. A dokładniej tajemnicy Kate. Tajemnicy, która złamała mi serduszko i rozdarła na miliony maleńkich kawałeczków, których po prostu nie dało się zebrać później do kupy. I mimo tego, że teraz, po dłuższym czasie odnalazłam większość z nich, to wciąż nie wszystkie. I wątpię bym je znalazła, w szczególności, że przede mną jest lektura kolejnej powieści Kim Holden, można by powiedzieć, że drugiej części "Promyczka", czyli "Gus". 

Bardzo spodobała mi się okładka "Promyczka", jest delikatna, bardzo sugestywna. Czytelnik patrzy na nią i po prostu czuje jakiś taki wewnętrzny spokój i dziwny przymus by wziąć ja w swoje zachłanne łapki. Uwierzcie mi, ilość zdjęć, które wykonałam z tą książką jako głównym bohaterem, jest po prostu ogromna! Nie tylko wygląda ona przepięknie na zdjęciach, ale również i na półce. Przede wszystkim na półce! Aż żałuję, że niedługo będę musiała ją oddać. 

I teraz chcę się wam do czegoś przyznać. Piszę tę recenzję dosłownie dwa miesiące po przeczytaniu książki. Tak, dwa miesiące. Sama nie wiem dlaczego wcześniej jej nie napisałam. Dziwię się sobie do teraz, że tak długo z tym zwlekałam. Może musiałam po niej odetchnąć, co jest bardzo możliwe. Pamiętam, że jak ją kończyłam, to dosłownie umierałam, cierpiałam przeraźliwie mocno, błagając by to nie było prawdą. Przy ostatnich 50 stronach dosłownie brakowało mi słów, a gdy ją skończyłam to przez długi czas miałam książkowego kaca. I wcale nie przesadzam.

Wiele osób płakało przy tej książce. Ja nie. Czytałam trochę jak robot, starając się nie okazać uczuć, z całej siły ściskając sznurek owinięty dookoła mojego ciała i starając się nie rozpaść się na kawałki. I gdzieś w wirze walki ze samą sobą, zabrakło mi już siły na łzy. 

Jednak, jedna spłynęła. Przetoczyła się przez policzek, na chwilę przystanęła i z bardzo cichutkim dźwiękiem, spadła na kartę książki. Jedna jedyna do granic przepełniona smutkiem i goryczą. 

Nie powiem wam, że "Promyczek" jest książką iście diabelsko dobrą, bo to nie prawda. Wyróżnia się ona pośród innych powieści, jednak nie jest ona ponad wszystkimi innymi. Chodzi mi o to, że jak każda książka, również i ta, nie jest idealna i ma wady, które nie są co prawda jakoś mocno rażące, ale mimo wszystko są i niektórych mogą irytować, denerwować, jak zwał, tak zwał. 

A mówiąc to, mam na myśli jedną z tych wad, która po tak długim czasie odkąd przeczytałam tę powieść, zapadła mi w pamięć i myśl o tym nasuwa mi się za każdym razem gdy spojrzę na tom stojący na półce. Książka ta jest przewidywalna. I to aż do bólu. Ja ledwo przeczytałam kilka stron i już przewidziałam zakończenie. Jednak, spokojnie, nie odrzucajcie jej z listy "Must to read". Jest ona co prawda przewidywalna, ale autorka nadrobiła to i to bez żadnego większego problemu. 

Książka jest napisana genialnym językiem, który nie pozwala się oderwać od książki. Ja czytając ją, czułam się tak niezwykle przyjemnie, uśmiech sam wpływał mi na twarz i dosłownie czułam się jakby promienie słońca muskały delikatnie moje ciało. Dziwne porównanie? Może i tak, ale prawdziwe i pochodzące prosto z serca. Możecie mi nie uwierzyć, ale książkę tę czyta się niesamowicie lekko, mimo że porusza ona tematykę, która w prawdziwym życiu przyprawia człowieka jedynie o łzy i ból. Uwierzcie mi, że jeśli już się wciągniecie, to będziecie czytać aż do ostatniej strony bez przerwy. Chyba, że wasze serce tego nie wytrzyma i siłą zmusicie się aby ją odłożyć i zaczerpnąć tchu. 

Mogłabym już zakończyć tę recenzję, ale nie. Pomęczę was jeszcze trochę, a nuż się uda i przeczytacie całość. Zresztą, chcę wam powiedzieć jeszcze coś o bohaterach. Bo cóż co za recenzja, przydługa co prawda, ale bez nawet słowa na temat bohaterów. Nieładnie tak! 

Zakochałam się w sposobie tworzenia bohaterów przez Kim Holden. Dzięki swojemu świetnemu warsztatowi, autorka stworzyła nie tylko postacie literackie. Napisała je ona w taki sposób, że są jak żywe i niezwykle autentyczne. I automatycznie, ledwo czytelnik wgłębi się w lekturę, stają one obok niego i zaskarbiają sobie one jego sympatię. A przynajmniej tak było w moich przypadku. Stworzenie bohaterów, którzy będą żyć także poza książką, to jest wyczyn godny podziwu. Miałam wrażenie, że Kate jest bardziej prawdziwa niż ja. Imponowała mi i sprawiła, że zapragnęłam stać się lepszym człowiekiem. Zastanawiałam się godzinami, jak to możliwe, że osoba, która tyle wycierpiała, jest tak pełna życia i tak mocno świeci. A Kate naprawdę świeciła! Jej blask dosłownie raził w oczy, tak samo jak w chwili gdy spojrzymy w słońce. To było coś niesamowitego i powiem wam, że dla samej tej bohaterki warto sięgnąć po tę książkę. Chociaż w sumie, jest to głupie stwierdzenie, przecież książka jest właśnie o Promyczku. 

Od książki aż bije ciepło, które, czego jestem pewna w 100%, ogrzeje każdą zmarzniętą i pozbawioną nadziei duszę. Ciepło, które cudownie otuli rozdygotane ciało i sprawi, że nawet najgorszy humor w mig się rozpłynie. Jest ona wprost idealna, jeśli mamy gorszy dzień. Jest w niej coś takiego, no sama nie wiem, coś co podnosi na duchu, ofiarowuje nadzieję. Jeśli właśnie to planowała autorka, to wyszło jej to perfekcyjnie i nie mam zamiaru w żaden sposób tego kwestionować. 

Wydaje mi się, że Kim Holden jest jak taki dobry duszek, który obdarzy ciepłem każdego, kto tego potrzebuje. Pomysł na historię był prosty, ale magiczne pióro autorki sprawiło, że wcale się takowym nie stał. Uwielbiam tę autorkę za to, że jak za pomocą różdżki, przemieniła coś tak prostego, w opowieść, która zapiera dech w piersiach i na długo zostaje nie tylko w pamięci, ale także i w sercu. Za to Kim ma u mnie ogromny plus i już nie mogę się doczekać, aż poznam kolejne jej powieści. Jeśli będą równie cudowne, to na pewno dam wam o tym znać! 

Na koniec pragnę dodać, że mimo tego, że przewidziałam zakończenie, to i tak mnie ono zaskoczyło. Kate miała bardzo wielu przyjaciół, była wspaniałą osobą i bardzo wiele dobrego uczyniła w swoim życiu. Nie potrafiłam uwierzyć, że kogoś tak wspaniałego, spotkał tak straszny los. Ale nic nie poradzimy na to, takie sytuacje się zdarzają. I na przykładzie osób, które mnie otaczają, wiem że zdarza się to bardzo często. Czasami osoby o najczystszych sercach spotykają przeraźliwe rzeczy. Nigdy tego nie zrozumiem, ale niestety nie mogę tego zmienić. 

Polecam wam tę książkę z całego serca. Jest jeszcze wiele aspektów, o których nawet słowem nie wspomniałam, ale szczerze mówiąc, nie mam nawet zamiaru o nich wspominać. W końcu muszę zostawić też coś dla was, a jeśli zdradzę wam więcej, to cała recenzja straci sens. Książka ta, mimo kilku wad jest warta przeczytania, bo obfituje w emocje tak prawdziwe, że aż trudno w to uwierzyć. Jest ona jak promyk słońca padający na twarz. A jestem pewna, że każdy z was uwielbia to uczucie! 

Wybaczcie, że tak się rozpisałam! Kocham was <3 

Dajcie mi koniecznie znać jak podobała się wam ta długachna recenzja! I nie zapomnijcie napisać mi jak podobał się wam "Promyczek", jeśli oczywiście ją czytaliście! 

Pozdrawiam cieplutko i życzę wspaniałego zaczytanego dnia, 
Marlena Marszałek


23.7.17

49. "Dwór cierni i róż" Sarah J. Maas



Dziś przychodzę do was z recenzją pierwszego tomu serii, która przewija się wszędzie. Gdzie nie spojrzę tam widzę i słyszę ochy, achy i pełno wszelkiego rodzaju zachwytów. Cały czas ktoś o niej wspomina, wychwala, wiele osób uwielbia tę serię i prawie dosłownie krzyczy na widok kolejnego tomu nie mogąc się doczekać, aż zostanie wydany w Polsce i trafi w ich łapki. Ludzie na facebooku, instagramie, czy na blogach co chwilę o niej wspominają. Jeszcze nigdy nie spotkałam się z takim zachwytem dotyczącym danej serii. Czułam się jakby otoczyły mnie nagi i dźgały swoimi długimi, kościstymi palcami, szepcząc "przeczytaj ją, przeczytaj ją". Szczerze mówiąc, bałam się. Bałam się tego, że przeczytam pierwszy tom serii i się zawiodę. Niemożliwe jest, by książka była tak popularna, tak dobrze oceniana i nie miała żadnych wad. Dlatego też przez długi czas obserwowałam "Dwór cierni i róż" w Empiku, na półkach w bibliotece i na instagramie, nie czyniąc żadnego ruchu w jego stronę. Jednak, gdy obie moje przyjaciółki zaczęły się nad nią zachwycać, nie wytrzymałam. Postanowiłam za wszelką cenę poznać historię i bohaterów, o których wszyscy mówią. I dzięki wydawnictwu Uroboros, mam zaszczyt przybyć dziś do was z recenzją tej głośniej powieści.

Jesteście ciekawi mojego zdania na jej temat? To przygotujcie się na naprawdę długą recenzję i kubek herbaty.  

Główną bohaterką jest Feyra, 19-letnia łowczyni, która opiekuje się swoją rodziną, ojcem i dwiema siostrami. Jako jedyna zapewnia im pożywienie polując w lesie na różne zwierzęta. Pewnego razu podczas srogiej zimny dziewczyna zapuszcza się w pobliże muru, oddzielającego ziemie ludzi, od krainy zwanej Prythianem, zamieszkanej przez pewne magiczne stworzenia, które wieki temu panowały nad światem. Podczas polowania natyka się na olbrzymiego wilka, którego bez skrupułów zabija. Nawet nie zdaje sobie sprawy co uczyniła. 

Nie mija wiele czasu a w jej drzwiach staje fae wysokiego rodu Tamlin, pod postacią złowrogiej bestii, żądając od niej zadośćuczynienia za ten haniebny czyn.  Może albo zginąć w nierównej walce, albo udać się razem z mężczyzną do jego ziem w Prythianie i spędzić tam resztę swoich dni. Dziewczyna nie ma więc wyboru, musi poddać się. Z pozoru dzieli ich wiele, rasa, wiek i nienawiść, która narosła przez wieki między ich rasami. Jednak to tylko pozory. Okazuje się, że bardzo wiele ich łączy i są do siebie bardziej podobni niż może się wydawać. Jednak czy dziewczyna będzie w stanie pokonać swój strach i uprzedzenia? 

I już na początku zdradzę wam, że opis nie oddaje tego, co znajdziecie w książce. Gdy go przeczytałam, to, co prawda, czułam się zachęcona ale jakoś nie wydawało mi się, aby ta książka jakoś szczególnie się dalej rozwinęła. Mam na myśli to, że opis kompletnie nie oddaje emocji jakie czujemy podczas czytania. Ale to zrozumiałe, to tylko zachęta do sięgnięcia po książkę, nie może przecież zawierać streszczenia powieści, bo po prostu odechce nam się czytać skoro wszystko już wiemy. Pisząc o tym, chcę uświadomić was, żebyście w tym przypadku nie kierowali się opisem. Jeśli się wam on nie spodoba, nie zniechęcajcie się. To co jest w środku przewyższy wasze oczekiwania. 

Ale mniejsza z tym, czepiam się szczegółów. 

Zacznijmy od okładki. Gdy pierwszy raz ją zobaczyłam na żywo w księgarni, to po prostu zdębiałam. Sądzę, że nikt z was nie zaprzeczy, że jest ona po prostu przepiękna! Żywa czerwień przyciąga wzrok, ciernie zaczepiają się o nasze ubranie nie pozwalając się oderwać, ale największe wrażenie zrobił na mnie rysunek, tak jak podejrzewam, przedstawiający Feyrę. Nie widzimy całej jej twarzy, ale już tylko po tym wiadomo, że dziewczyna jest przepiękna. I zdradzę wam mały sekret, ten tatuaż na jej ręce ma większe znaczenie niż może się wydawać, o czym sama dowiedziałam się pod koniec książki. Ale sami musicie odkryć o co z nim chodzi. 

Prawda jest taka, że zanim dostałam książkę od wydawnictwa, zaczęłam czytać ją w ebooku, dzięki zachętom moich przyjaciółek. Niestety, obie zakochane są w Rhysandrze i przez to, że co chwilę mi go wychwalały, to zaczynając czytać nie mogłam zdzierżyć Tamlina. Nie cierpiałam go i czekałam tylko na tego "boskiego Ryśka". Przez to dotarłam tylko do połowy i odłożyłam nie potrafiąc tego wytrzymać. Jednak nie jest to wina książki, a jak wspomniałam wyżej, moich cudownych przyjaciółek.

Jednak, gdy przeczytałam książkę w całości za drugim podejściem, to okazało się, że moje dziwne odczucia co do Tamlina, miały w sobie trochę racji. I zrozumiałam to czytając ostatnie 150 stron. Ale na razie to pomińmy.

Na początku ciężko było mi się wciągnąć w historię. Była ona opisana niezwykle ciekawie i genialnym stylem, jednak jakoś nie mogłam. Pierwsze 100 stron czytałam na siłę. Jednak nie wyciągajcie pochopnych wniosków. Wina leży tylko i wyłącznie po mojej stronie, a to głównie dlatego, że czytałam je drugi raz i pamiętałam co tam się wydarzyło. I byłam ogarnięta manią Ryśkową przez moje przyjaciółki. Jednak szybko się otrząsnęłam i nim się obejrzałam nadeszła ostatnia strona. Kiedy to się stało? Nie miałam zielonego pojęcia. Tak ja na początku nie potrafiłam się wciągnąć, to jak się wciągnęłam to utknęłam wśród cierni, zaczepiły się one o moje ubranie i nie miałam nawet siły by się wyrwać z ich miłosnych objęć. 

Gdy skończyłam czytać "Dwór cierni i róż", co starałam się odwlekać jak najdłużej, co niestety się nie udało, byłam zachwycona. W zachwyt wprawiła mnie jedna rzecz, której wam nie zdradzę, bo byłby to ogromny spojler. Przez całą książkę się nad tym zastanawiałam, głowiłam się jak autorka z tego wybrnie. I wybrnęła po mistrzowsku. Kompletnie się tego nie spodziewałam i dosłownie piałam z zachwytu, czując się cudownie. Przeciągnęłam się jak kot i jeszcze przez długi czas leżałam, i zachwycałam się nad tym, jak genialną fabułę wymyśliła Sarah J. Mass. Jednocześnie zdałam sobie sprawę, że nie tak łatwo będzie mi opuścić Prythian. 

Z tą książką jest tak, że nawet jeśli chcesz ją odłożyć, to po prostu nie da rady. Jeszcze czego! Nie ma tak dobrze. Ostrzegam was, że jeśli po tej recenzji najdzie was ochota zapoznać się z tą historią, to radzę zaplanować sobie cały dzień wolnego i wieczorem wypić kawę. Dzieje się w niej tak dużo, że nie byłam w stanie się oderwać i gwarantuję wam, będziecie mieć tak samo. Nawet gdy oczy mi się już kleiły i myślałam sobie, że jeszcze jeden rozdział i idę spać, to czytałam jeszcze jeden i jeszcze jeden, aż w końcu zasnęłam z książką w ręku. 

Gdy przeczytałam ostatnie zdanie "Dworu cierni i róż" i zamknęłam książkę, mając oczy jak pięć złotych a na ustach głupi rozmarzony uśmieszek, zrozumiałam dlaczego ludzie tak kochają Sarah J. Maas i "Dwory". Tej książki po prostu nie da się nie kochać. Już pierwszy tom powalił mnie na kolana i autentycznie, zaczynam się bać co będzie w drugim. A wielu z was, którzy czytali już drugi tom, mówiło mi, że jest on o niebo lepszy, że jest w nim jeszcze więcej intryg, uczuć, emocji, akcji. Jak dla mnie "Dwór cierni i róż" był idealny. Doskonale wyważone emocje, dawkowane w odpowiedni sposób, miłość, intryga, zagadki. Nic mu nie brakowało. 

I naprawdę, chociaż głowię się i głowię, to nie mogę domyślić się co będzie w drugim tomie. Aż drżę z podekscytowania, nie mogąc doczekać się, co tym razem wymyśliła autorka. Jeśli będzie on jeszcze lepszy niż pierwszy, to w jego recenzji oficjalnie ogłoszę wam "Dwory" moją ulubioną serią.

Mogłabym skończyć już tę recenzję. Ale nie, chcę coś jeszcze dodać w kwestii bohaterów. 

Tak jak wspominałam, nie lubiłam na początku Tamlina. Irytował mnie, wkurzał, jak zwał, tak zwał. Jednak im dalej posuwała się historia, tym większe uczucia zaczynałam do niego żywić. Dosłownie błagałam Feyrę by go zauważyła, by zobaczyła co on do niej czuje. Byłabym skłonna powiedzieć, że go pokochałam. Jednak nie. Jego postawa w ostatnich 200 stronach bardzo mnie rozczarowała. Przyglądał się jak jego ukochana cierpi i nie zrobił nic by jej pomóc. Dosłownie nic! Tak strasznie mnie to irytowało, miałam ochotę uderzyć go w twarz, w jakiś sposób ocucić, sprawić że coś zrobi. Rozumiałam dlaczego tak postępuje, ale nie potrafiłam tego zaakceptować. I dlatego moje uczucia w kwestii tego bohatera są neutralne. I dlatego z otwartym sercem przyjęłam Rhysanda i czekałam na rozwój wydarzeń. 

Co do Feyry, to powiem tylko tyle. Autorka wykreowała ją perfekcyjnie. Nie była jakąś tam przestraszoną lalunią, ale nie zrobiła też nie z niej zatwardziałej wojowniczki. Pokochałam tę dziewczynę za jej niezwykłą wrażliwość na świat i barwy, które ją otaczały. To sprawiło, że była jak żywa, że była autentyczna. I to mi się niesamowicie w niej podobało. Nie dosyć, że walczyła o swoje, to jeszcze dbała o innych. I nie była w żaden sposób irytująca, jak to się często zdarza w książkach o podobnej tematyce. 

Mogłabym mówić i pisać o tej książce godzinami, ale wiem że w końcu by się wam znudziło czytanie tego mojego ględzenia. Więc, na koniec pragnę tylko dodać kilka słów. 

"Dwór cierni i róż" to książka, równie brutalna jak soczysta i romantyczna. Wspaniale napisana, przesycona miłością, krwią, bólem i barwami. Jest nie tylko niezwykle wciągająca, ale też cudownie urzekająca. I jest obowiązkową pozycją dla fanów fantasy. A już w październiku do polskich księgarni trafi 3 tom "A court of wings and ruin", czyli w wolnym tłumaczeniu "Dwór skrzydeł i ruin".

Polecam ją wam z całego serca! Jestem pewna, że się w niej zakochacie, tak samo jak ja się zakochałam. 

Także, nie pozostaje mi już nic więcej, jak przeczytać 2 tom i czekać na 3, a wam życzyć wspaniałego dnia,
Marlena Marszałek

Szablon dla Bloggera stworzony przez Devon.