Pokazywanie postów oznaczonych etykietą akcja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą akcja. Pokaż wszystkie posty

2.4.18

77. "Okrucieństwo" Scott Bergstrom


Dosyć długo mnie tutaj nie było, ale już powracam i szykujcie się na naprawdę ogromny spam postami. Oczywiście, postaram się by spam ten, tak naprawdę spamem nie był i zawierał merytoryczne treści, które będzie się wam przyjemnie czytało, a i wniosą coś do waszego życia. Nawet jeśli tylko na kilka chwil ;) Także, bez zbędnego gadania, a mam do tego naprawdę ogromne predyspozycje i ciągoty, przejdźmy do meritum. Dziś chcę wam opowiedzieć o książce, o której w sumie było cicho, co jest dla mnie kompletnie nie zrozumiałe, bo zasługuje ona na rozgłos. Przeczytałam ją jakiś czas temu i przez  mój brak czasu, leżała na powiększającej się kupce książek do recenzji. Już dawno chciałam wam o niej co nieco napisać, ale za każdym razem gdy się za to zabierałam, to coś mnie od tego odciągało. To brak weny, bo wbrew pozorom jest ważne przy pisaniu opinii, wołanie mamy, żebym coś pomogła w domu, lub spowodowana zimową aurą senność i otępienie. 

Nadeszła wiosna, słoneczko cudownie świeci, dzień jest dłuższy i jakoś tak inaczej się człowiek czuje. Aż nie do wiary, ile może zrobić odrobina słońca. Niestety, nie wolno mi wyjść na słońce i wygrzewać się w jego promieniach ze względu na świeży tatuaż na łydce, ale jego energia i tak do mnie dociera. To niesamowite uczucie, pojawia się głupawka, humor od razu jest lepszy. Uwielbiam ten stan. 

Ah, tak. Recenzja... Miałam się nie rozgadywać. To wynik kawy i słońca, możecie mi uwierzyć. Postaram się napisać krótko ale z sensem. Zauważyłam, że długie posty (np. 1500 słów) wam nie podchodzą i są męczące, więc postaram się streścić w około 1100. I oczywiście nie zapomnę o zdjęciach, są one bardzo ważne w tego typu postach. 

Gwen Bloom mieszka tylko z ojcem, pracującym w Biurze Bezpieczeństwa Dyplomatycznego. Często podróżuje z nim po świecie, dzięki czemu mówi pięcioma językami i potrafi przetrwać z najbardziej niezbędnym bagażem. Poza tym jest niezłą gimnastyczką i uczy się w nowojorskiej szkole dla dzieci bogaczy i dyplomatów. Jej życie wywraca się do góry nogami, kiedy ojciec znika bez śladu podczas misji w Europie. A córka dowiaduje się, że był agentem CIA.

Oficjalne poszukiwania kończą się fiaskiem. Dziewczyna nie przyjmuje tego do wiadomości i postanawia, że sama odnajdzie ojca. Zmienia tożsamość i rozpoczyna własną krucjatę. Staje się twardą młodą kobietą, wymierzającą sprawiedliwość. Tropy prowadzą ją do paryskich slumsów, nocnych klubów Berlina i wreszcie do siedziby mafijnej rodziny w Pradze. Gwendolyn wie, że aby przeżyć, musi być równie okrutna i bezwzględna jak gangsterzy, na których poluje.

Ta powieść była dla mnie ogromnym zaskoczeniem. I nie mam zamiaru tego ukrywać. Zaskoczyła mnie tak bardzo, bo po prostu nie spodziewałam się tak przyjemnej lektury, która pochłonie mnie na wiele godzin. Nawet mimo upływu czasu, wciąż doskonale pamiętam wszystkie wydarzenia po kolei, pamiętam co czułam podczas czytania, pamiętam wszystko. I wiem, że "Okrucieństwo" mimo swej powtarzalności, jest książką wyjątkową i jedną z tych po które warto sięgnąć, nie tylko dla pędzącej akcji, która niesamowicie wciąga, nie tylko dla dreszczyku i intrygującego wątku szpiegowskiego, ale w szczególności dla głównej bohaterki i jej przemiany. 

Fabuła jest prosta, wydaje się nie być wymagająca. Mamy tutaj dziewczynę, której ojciec zostaje porwany i znika bez śladu, a dziewczyna postanawia ruszyć mu na ratunek. A nie jest to łatwa droga. Nikt z nas nawet nie chce sobie wyobrazić bycia w takiej sytuacji. Trzeba mieć naprawdę silny umysł i wolę, a także być niesamowicie odważnym, by podjąć się takiej misji, która nie ukrywajmy, może okazać się misją samobójczą. Jednak Gwen nie poddaje się, ma silny charakter, który na początku nie daje o sobie znać, a jedynie jego przebłyski dają jej siłę, by wziąć tę sprawę w swoje ręce. Oprócz ojca nie ma nikogo i kocha go z całego serca, więc miłość również mogła być motorem, silnikiem, który po wybudzeniu i odpaleniu, sprawił że mimo wybojów, dziewczyna wciąż parła przed siebie. 

To było dla mnie naprawdę zaskakujące. Kocham swoich rodziców i nie mówię, że nie ruszyłabym im na ratunek, gdyby stało się coś takiego, ale pewnie bym się przełamała i nie dałabym rady, po prostu odpuściłbym i wróciła do swojego pokoju z podkulonym ogonem i złamanym na pół sercem. Człowiek jest istotą słabą, która boi się stracić życie. A może tylko ja tak mam? Może i znajdą się jednostki, które w prawdziwym życiu są prawdziwym kozakami i potrafią bez problemu przełamać strach? Chciałabym tak potrafić, bo co jak co, wydaje mi się to niesamowicie ważną umiejętnością.


Nie będę wam wiele opowiadać o Gwen i innych bohaterach, bo każdy z nich jest wyjątkowy, mocno się wybija i wnosi dużo do tej powieści. Dlatego też, opowiadanie o nich, mogłoby uszczuplić wam przyjemność z ich poznawania. A tego nie chcemy, prawda? Hahahaha, jak tak teraz patrzę na tę książkę, to strasznie korci mnie by jeszcze raz ją przeczytać, co bardzo rzadko się u mnie zdarza. Jestem raczej z tych czytelników, co przeczytają książkę, odkładają ją i nigdy więcej do niej nie wracają. W tym przypadku jest inaczej. Ta książka była świetna i te ponad 400 stron czytało mi się szybko i lekko. Wciągnęłam się niesamowicie i wprost nie mogłam się oderwać.


Co do wydania, to bardzo mi się podoba. Okładka, która oddaje genialny środek, do tego duże litery, które nie męczą oczu i dzięki którym czyta się łatwiej i szybciej. Wydawnictwo Bukowy Las zrobiło doskonałą robotę także przy wyborze powieści, bo "Okrucieństwo" jest po prostu genialną książką! Dynamiczna akcja, idealnie wyważona tak by nie męczyć czytelnika a wręcz przeciwnie, świetnie wykreowana bohaterka, wszystko jest tutaj dopięte na ostatni guzik. Scott Bergstrom ma talent do pisania wciągających, dynamicznych powieści, które mają w sobie coś takiego, co długo nie pozwala o nich zapomnieć. I do tego nie zapomina o tym, że książka przede wszystkim powinna wzbudzać w czytelniku emocje, powinna angażować go nie tylko fizycznie, ale co najważniejsze psychicznie! Co prawda, było tego tutaj za mało, ale było, co jak dla mnie jest ogromnym plusem. 

Często spotykam się z książkami, które czytam i odkładam, jak robot, zero podwyższonego ciśnienia, zero łez, emocji, ah, czegokolwiek! I to nie tak, że jestem bez uczuć (no, może odrobinkę), po prostu wiele książek nie ma mi tego do zaoferowania. W tym przypadku było inaczej i bardzo mocno przejęłam się historią Gwen, dopingowałam jej, drżałam gdy działo się coś złego, nie mogłam doczekać się rozwiązania. A końcówka, no cóż, mam nadzieję, że kolejny tom wyjdzie jak najszybciej, bo nie mogę doczekać się ciągu dalszego. 

Mimo, że jest to tak naprawdę początek historii (nie wiem ile będzie tomów, ale kolejny wyjdzie na pewno, o czym bardzo jasno świadczy zakończenie), to nie jest to powieść, która jedynie wprowadza nas w fabułę. Tutaj się dzieje, nawet przez moment nie jest nudno, a główna bohaterka wiele razy nas zaskakuje. Jej portret się zmienia, a obserwowanie tej przemiany jest bardzo satysfakcjonujące. Nic nie jest dla niej proste, jednak nie poddaje się. Szkoda, że nie jestem bohaterką książki, do której ktoś dopisze szczęśliwe zakończenie. 

Mogę wam polecić tę książkę z czystym sumieniem. Jeżeli szukacie czegoś bardzo młodzieżowego, co jednocześnie nie będzie kolejną płytką historią, to "Okrucieństwo" jest właśnie dla was. Warto po tę książkę sięgnąć  i zagłębić się w tę historię, bo jest niesamowicie wciągająca i po prostu świetnie napisana. Ja, bardzo się cieszę, że miałam możliwość ją przeczytać i z niecierpliwością czekam na kolejny tom. 

15.8.17

54. "Do zobaczenia nigdy" Eric Lindstrom



Nie wyobrażam sobie być ślepą, niewidomą. Sama myśl o tym mnie przeraża. Kocham patrzeć na świat, czytać, oglądać seriale i filmy. Dla mnie życie w ciemności aż do końca życia byłoby czymś strasznym. Ledwo o tym pomyślę i już czuję dziwny skurcz w żołądku, a gardło mi się zaciska, tak, że ciężko mi oddychać. Nawet nie potrafię sobie wyobrazić jak muszą się czuć osoby, która straciły wzrok. Zawsze wydawało mi się, że nie radzą sobie one w życiu, że cały czas potrzebują pomocny osób "zdrowych". Jednak, książka której recenzję mam dziś zaszczyt wam przedstawić, pokazała mi, że się myliłam, a życie w ciemności wcale nie musi być przepełnione bólem, cierpieniem i smutkiem, a w szczególności strachem. 

Już od pierwszych stron byłam niesamowicie zdumiona. Nie potrafiłam w to uwierzyć. Co prawda, książka ta jest fikcją literacką, ale jest w niej wiele z prawdy. To, że ktoś jest ślepy, nie znaczy że jest też głuchy i głupi. I nie znaczy to, że trzeba mu we wszystkim pomagać. Bo my ludzie, lubimy być samodzielni. Bardzo często nienawidzimy osoby, które chcą nam na siłę pomóc, nie wierzą, że damy sobie radę sami. Co oczywiście, nie oznacza, że mamy nie pomagać osobom ślepym, głuchym, niemowom i innym. Wręcz przeciwnie! Chodzi mi raczej o to, by nie pomagać na siłę, jeśli osoba ta jasno przekazuje nam, że nie potrzebuje naszej pomocy.

Jak zwykle, moje wstępy są zbyt długie, ale co ja na to poradzę? Po prostu jestem szczera i lubię wyrażać swoje zdanie i przemyślenia, po przeczytaniu książki. Mam nadzieję, że nie macie mi tego za złe. Zresztą, zauważyłam że lubicie gdy moje opinie są długie, więc nie chcę się powstrzymywać tylko po to, by szybciej się czytało. Bo to nie o to chodzi. 

Parker Grant ma 16 lat. Jest niewidoma. W wypadku samochodowym straciła nie tylko wzrok, ale też i mamę. Jej ojciec popełnił samobójstwo, a jej były chłopak Scott, bardzo zawiódł jej zaufanie. Podpadł pod regułę Nieskończoność, nie ma dla niego już szansy na wybaczenie. Dziewczyna bardzo dużo przeżyła, całkiem sporo jak na nastolatkę. 

Jednak dziewczyna nie poddaje się, stara się być twarda i nie płakać. Uwielbia bieganie i każdego ranka biega swoją ulubioną trasą. Przed lekcjami zajmuje się też udzielaniem porad znajomym ze szkoły. Mimo, że robi wszystko by nie płakać, stara się udawać, że nic złego się nie stało. Ale ile tak można? Jest tylko człowiekiem i jest to dla niej z każdym dniem coraz trudniejsze. Zrozumienie samego siebie jest trudne. Prawda w końcu musi wyjść na jaw, a serce przestać być ślepe. A odkrycie i zrozumienie, co tak naprawdę przydarzyło się jej ojcu i dlaczego Scott tak dziwnie się wobec niej zachowuje, uświadomi jej jak bardzo ślepa w swojej ślepocie była. Nie wszystkie rzeczy są takie, jakie się nam wydają. 

Na samym początku, a raczej początku właściwej recenzji, chcę wam powiedzieć jedną rzecz. Jestem pod wrażeniem sposobu w jaki została napisana ta książka. Lekko, niezwykle subtelnie i dojrzale. Nie powiedziałabym, że bohaterka ma tylko 16 lat. Jej sposób wyrażania się, jej myśli, jej zachowanie, w jakiś dziwny sposób zadziwiało mnie i sprawiało, że w ogóle nie miałam ochoty jej opuszczać. Uwielbiałam Parker za jej charakter. Nie owijała w bawełnę, była szczera aż do bólu, a co najważniejsze mimo że tyle przeżyła nie dała sobie wejść na głowę.

Pierwszy raz natrafiłam na książkę, w której główny bohater jest niewidomy, więc niestety nie mogę jednoznacznie stwierdzić, że w tej tematyce jest świetna, na pierwszy miejscu. Zanim zaczęłam czytać zastanawiałam się jak autor to ugryzie, bo co jak co, ale wydaje mi się, że opisanie uczuć osoby, która widzi jedynie ciemność, będzie trudne. Czy się myliłam? Z jednej strony tak, z drugiej nie. Uważam, że Eric bardzo dobrze sobie z tym poradził. Sprawił, że Parker nie była płaska, nie była jedynie cienką kartką papieru, a była jak z krwi i kości. Bardzo łatwo wczułam się w jej sytuację i wprost nie mogłam się oderwać. Z drugiej strony, mimo tego, że widać, że książka jest dogłębnie przemyślana, czyta się ją błyskawicznie a sama historia nie jest błaha i pusta, to czegoś mi brakowało. Jak tak się teraz zastanawiam, a piszę tę recenzję kilka dni po przeczytaniu, to sama nie wiem dokładnie czego.

Nie potrafię tej książce niczego zarzucić. I nawet nie chcę, ale jest jedna rzecz, a raczej jeden człowiek, bohater, który strasznie mnie irytował. Mam oczywiście na myśli Scotta. Miałam ochotę trzasnąć go, by w końcu się obudził. Z jednej strony latał za Parker, chronił ją, a z drugiej strony, gdy chciała naprawić ich relacje to się odsuwał. Co prawda, rozumiem, czuł się zraniony, ale to nie tłumaczy jego zachowania, gdy dziewczyna nie była go świadoma. Nie potrafiłam go polubić, chociaż uwierzcie mi, starałam się. Także, niestety dla Scotta jedno wielkie nie.

Za to przyjaciółki Parker, oddałam im moje serce i cały czas tylko czekałam aż znów się pojawią, a na szczęście pojawiały się bardzo często. Zostały genialnie wykreowane, nie były postaciami pełnymi przesady. W każdym calu idealnie stworzone. Nie irytowały, miały fajny humor i co najważniejsze, nie były jedynie dodatkiem do powieści. One razem z Parker tworzą tą książkę. Po prostu nie da się ich nie polubić.

Gdy skończyłam czytać "Do zobaczenia nigdy", zrozumiałam dlaczego blogerzy ją tak wychwalali. To prosta historia, ale napisana w niezwykle poruszający sposób. Soczyści (wiem, to dziwne określenie, ale pasuje idealnie) bohaterowie, niebanalny humor, przyjaźń, problemy, cierpienie, siła. To wszystko sprawia, że wprost nie sposób się oderwać. Napisana przystępnym, prostym językiem, nie jest płytka i nadaje się dla osoby w każdym wieku. I każdy znajdzie w niej coś dla siebie, odkryje przesłanie, które może zmienić myślenie.

Uwielbiam ją za to, w jaki sposób został ugryziony temat ślepoty. Główna bohaterka radzi sobie z nią doskonale, co muszę przyznać, lekko mnie wytrącało z równowagi, sama nie wiem dlaczego. Po prostu, zawsze żyłam w przekonaniu, że osoby niewidome nie radzą sobie tak dobrze w życiu, są raczej zamknięte w sobie i nie udzielają się towarzysko. Co prawda, książka ta jest fikcją, ale i tak zmieniła moje myślenie. Aż głupio mi się zrobiło, że mogłam tak myśleć. Parker była samodzielna, gdy żył jej ojciec wiele rzeczy robiła sama i uwielbiała to. Jednak po jego śmierci została ograniczona, ciotka nie potrafiła jej zaufać, co niesamowicie dziewczynę bolało. I zaskoczyło mnie to, że sama myślałam w podobny sposób jak jej ciotka, cały czas bałam się, że dziewczyna sobie nie poradzi i za każdym razem gdy to się sprawdzało (a było kilka takich momentów), moje serce dosłownie wyskakiwało z piersi. Bardzo spodobało mi się to, z jakim dystansem dziewczyna podchodziła do siebie i innych. Ale jednocześnie, na początku czułam, że popełnia ona ogromny błąd. I miałam rację.

W tej książce, spotkałam się z dwoma rodzajami ślepoty, jak pisałam wam wyżej. Możemy mieć ślepe oczy, ale także i ślepe serce. I właśnie to, sprawia że książka ta jest tak uniwersalna, bo mimo że narratorem jest młoda dziewczyna, to nie jest ona powierzchowna, a jeśli tylko zechcemy, to możemy znaleźć w niej bardzo wiele wartości, o których odrobinę wspomniałam wyżej. Jako, że nie chcę się aż tak rozpisywać, bo jeszcze przez przypadek zdradzę zbyt dużo, to powiem wam tylko, że "Do zobaczenia nigdy", jest powieścią, która na długo zostaje w sercu.

Napisałam już tyle, a wciąż czuję, że coś pominęłam. Staram się w pełni oddać moje uczucia, ale to naprawdę nie jest łatwe. Ta książka zostawiła w mojej głowie pewien mętlik i ciężko zebrać mi myśli. I tutaj was zadziwię, to jest jedna z tych książek, które najchętniej zostawiłabym tylko dla siebie. Mam na myśli to, że zazwyczaj z ogromną radością dzielę się z wami moimi przemyśleniami i opiniami na temat przeczytanych książek, a w przypadku tej, chciałabym by została moją słodką tajemnicą. Poruszyła mnie, wstrząsnęła moim sercem i nie ma co ukrywać, pokazała mi że mam ślepe serce.

Czytałam ją z tak ogromną przyjemnością, że na siłę ją odkładałam, byle nie skończyć w ciągu jednego wieczoru. Jednak niestety, ma ona tylko nieco ponad 300 stron i w końcu musiała nadejść ta chwila gdy odłożę ją z powrotem na półkę. Jestem zachwycona stylem autora i koniecznie muszę przeczytać inne jego książki. Co prawda, spodziewałam się że książka będzie dobra, zanim się z nią zapoznałam, to przeczytałam i usłyszałam wiele niezwykle pozytywnych opinii i aż mnie korciło, by w końcu się przekonać jak mi się spodoba. I nie zawiodłam się. Nie przeczytałam w tym roku wiele książek, ale jeśli o mnie chodzi "Do zobaczenia nigdy" jest na podium najlepszy książek. I z wielką chęcią jeszcze nie raz do niej wrócę. Może odkryję coś, czego nie zauważyłam za pierwszym razem?

Także, bez zbędnego przedłużania. Jeśli jeszcze nie czytaliście "Do zobaczenia nigdy" Erica Lindstroma, to koniecznie musicie naprawić ten błąd, a uwierzcie mi, będziecie zadowoleni :) A jeśli czytaliście, to napiszcie mi, jak wam się podobała, czekam na wasze opinie!

Za książkę bardzo dziękuję Wydawnictwu YA! To była wspaniała lektura, warta każdej sekundy, każdej godziny.

Pozdrawiam cieplutko i życzę wspaniałego dnia,
Marlena Marszałek

Ps. Wybaczcie mi, że recenzja jest taka chaotyczna.

6.3.16

Film dla Duszy #1 "Deadpool", opowieść o świrniętym antybohaterze


Macie czasami takie wrażenie, że w oglądanym przez Was filmie, pełnym akcji, pełnym uczuć i świetnie napisanego scenariusza, czegoś brakuje? Bohater jest idealny. Przystojny, wygadany, istny bohater. Ale jednak czujecie, że to nie to. Brakuje mu tej iskry, która rozpala Was od środka. Jest mdły. Najpierw kontemplujecie jego istnienie w ciszy i zdumieniu, połączonym z podziwem. Ale później, gdy powiela on cały czas te same schematy, macie go już serdecznie dosyć. Co jest fajnego w kolejnym takim samym bohaterze, jak każdy inny? 

Chcecie poznać prawdę? 

NIC. 

No chyba, że lubicie badassów, którzy później się zakochują, stając się potulnym barankiem, opętanym miłością do granic, wprawiając jednocześnie w mdłości chłopaka, który z tobą ten film ogląda. Nie lubimy tego. Jeśli już tworzy się taką postać, to błagam, niech będzie taka do napisów końcowych a nawet i po. Nie chcemy kolejnego słodkiego psiaczka, który razem z końcem filmu traci swój humor i arogancję. A przynajmniej ja nie chcę. 

Dlatego też, po praktycznie dwóch latach czekania, dokładnie 16 lutego, dwa tygodnie temu postanowiłam wziąć się za siebie i zawalczyć o to, by w końcu spotkać się z nim sam na sam (no dobra, może nie do końca, w sali kinowej było mnóstwo innych ludzi, ale siedziałam tak zapatrzona w ekran, jakbym była tylko ja i pełen seksownej gracji, w szczególności podczas walki, i ciętego języka bohater filmu).

Ale, zacznijmy od początku, bo mój umysł wychodzi za bardzo na manowce, jeszcze chwila i zamiast recenzji, zacznę pisać fanfiction. To byłby mój koniec.

Z Deadpoolem poznałam się dwa lata temu, dzięki Tivoltowi (to gamer, youtuber, którego oglądam już od bardzo dawna), w chwili, gdy nagrywał Let’s play z gry o tym samym tytule. Gdyby nie on, raczej nigdy nie poznałabym tego boskiego antybohatera. Czekałam na każdy odcinek z gry z rosnącym podnieceniem, gotowa wyłapać każdy smaczek, jak rzuci nam jej wytwórca. Na szczęście czekać nie musiałam długo, Tivolt odcinki daje codziennie, za to go po części uwielbiam. Niestety, przez to, nim się obejrzałam moja przygoda z Deadpoolem, skończyła się. Zbyt szybko. 

I nagle rozpoczęłam dzikie, niczym niezahamowane szukanie. W tym ubranym na czerwono bohaterze, widziałam tak ogromny potencjał, wiedziałam, że stworzenie filmu o nim, to tylko kwestia czasu. I nagle oniemiałam. Premiera filmu luty 2016r. Piszczałam, krzyczałam i praktycznie płakałam ze szczęścia. Przez półtora roku siedziałam jak na szpilkach, tak, wiem jak to brzmi, ale tak było. On mnie opętał, a im bliżej było premiery, tym bardziej marzyłam, by w końcu zobaczyć go na wielkim ekranie. 

I nastał ten dzień. 8 luty, światowa premiera, 12 luty premiera w Polsce. Serce biło mi jak oszalałe. Jednak… Zapomniałam, że mieszkam na wsi. Pieprzonym zadupiu. Kina w mojej miejscowości, miały w głębokim poważaniu to, że najbardziej wyczekiwany film przez miliony jest dla nich dostępny, miały gdzieś, że mogą zbić na nim ogromne, przefantastyczne pieniądze. Żadne nie miało i dalej nie ma go w planach. Nawet nie wiedzą, jak wiele stracili, decydując się nie wyświetlić go. To bolało. 

Ale bardziej bolało to, że w 50, na 51 krajów, Deadpool, w dniu premiery stał się hitem, kina były oblegane, nie przeszedł on bez ogromnego echa. Pytacie, w jakim kraju hitem się nie stał? Oczywiście w Polsce, bo nie potrafimy docenić bohatera, który bohaterem nie jest. 

Myślałam, że niedane mi będzie obejrzeć go na wielkim ekranie, ale… Udało się. Przekonałam rodziców i dokładnie 4 dni, po światowej premierze, moja stopa postała w wielkim mieście, Rzeszowie. Z ogromnym podnieceniem ruszyłam do Kina Helios, mając już zarezerwowany bilet, z ogromnym uśmiechem na twarzy. Wyszłam z niego z jeszcze większym uśmiechem i poczuciem, że właśnie obejrzałam arcydzieło, a sam Deadpool stał się moją ulubioną postacią z Marvela. Wybacz Barton, wybacz Tony, wybacz doktorze Banner, ale nawet wasze (w szczególności Starka) cięte humory i odwaga, nie pobiją boskiego Wade’a.

Coś czuję, że ta recenzja, zapowiada się naprawdę długą. A jeszcze nawet jej porządnie nie zaczęłam. 

Wade Wilson jest byłym żołnierzem oddziałów specjalnych, dziś zabija na zlecenie. Pewnego dnia, w obskurnej melinie, do której chodzi popijać i walczyć, jego wzrok spada na przepiękną, seksowną Vanessę. Najpierw łączy ich tylko seks, ale wkrótce oboje zakochują się w sobie bez pamięci. Pasują do siebie idealnie, oboje mają cięte języki i ostre charakterki. 

Jednak ich sielanka zostaje zakłócona, pewnego dnia, Wade pada na ziemię. W szpitalu okazuje się, że jest chory na raka. Zostało mu niewiele. Jednak kocha on swoją dziewczynę tak bardzo, że zostawia ją, by nie była świadkiem jego powolnej śmierci. Nie chce by jeszcze bardziej się do niego przywiązała i cierpiała, gdy odejdzie z tego świata. 

Dostaje on propozycję od pewnego mężczyzny. Zostanie wyleczony, jeśli tylko się zgodzi. I może zyskać nowe umiejętności. Wade długo się nad tym nie zastanawia, dla życia obok swojej ukochanej, dla niej, jest gotów zrobić wszystko. Jednak nie spodziewa się on, że owa propozycja, może i go wyleczy, ale równocześnie zniszczy życie. W wyniku tortur, które mają zmusić jego geny do mutacji, Wilson doznaje rozległych obrażeń, które zmieniają go nie do poznania. Wygląda przerażająco, jego skóra jest tak zniszczona, że ciężko jest rozpoznać w nim człowieka. Jednak zyskał on zdolność do szybkiej regeneracji, jest nieśmiertelny, a rak w nim, został doszczętnie zniszczony. Nie ma po nim nawet śladu.

Przybrawszy imię Deadpool, wciągnąwszy na siebie czerwone wdzianko i opętany chęcią zemsty, za to, co mu wyrządzono, rusza w zabójcze poszukiwania Francisa. By móc go, z sarkastycznym żarcikiem na ustach, zatłuc, najpierw jednak wyrządzając mu taką samą krzywdę, jaką on wyrządził jemu. 

W osiągnięciu zemsty, pomagają mu nie tylko dwie ostre jak brzytwa katany, ale także dwójka członków X-Menów. 

Jest to film pełen akcji, krwi, zboczonego i sarkastycznego humoru. 

Może się wydawać, że jest to film jak każdy inny. Błąd. 

Główny bohater jest całkowitym przeciwieństwem każdego, jaki jest mi znany. Jest w nim to coś, co przyciąga sprawiając, że pragniemy więcej i więcej. A mówiąc „to coś”, mam na myśli, że Deadpool jest po prostu szalony. Jest do granic nienormalny, nieobliczalny, zboczony i chory na głowę. Jeśli dodać do tego arogancję, doskonały refleks, poczucie wyższości nad każdym, a także boskie, idealnie do niego pasujące poczucie humoru, pomieszane z ciętą ripostą, jakiego nie spotkamy nigdzie w tego typu filmach, wychodzi nam bomba, która w każdej chwili może wybuchnąć. ISTNA BOSKOŚĆ, w czystej, niczym niezachwianej postaci. 





Jednak, najlepsze w filmie, oprócz akcji i tytułowej postaci, jest zburzenie tzw. czwartej ściany. Co mam na myśli? Deadpool mówi do widza. Nie jest bohaterem, którego historię oglądamy, to on nam ją opowiada. Ma się wrażenie jakby nie był w ekranie, a siedział obok nas i oglądał z nami, komentując na każdym kroku, swoje poczynania i zaistniałe sytuacje, wzniecając tym salwy śmiechu. Szkoda tylko, że w filmie takich momentów było ledwie kilkanaście. Są one wspaniałym smaczkiem, to właśnie one sprawiły, że tak bardzo zapałałam sympatią do tego idioty i jego historii. 

Jest to nowy koncept w kwestii filmów i bardzo mi się to podoba. Integracja głównego bohatera, z widzem jest kapitalnym doświadczeniem. I uwierzcie mi, nigdy nie jest jej zbyt dużo. 

Dzięki temu, możemy bardziej wgłębić się w film, dokładniej poznać bohatera, niby od tej samej, a jednak innej strony. 

Oczywiście, z tego, co wiem, nie każdemu ten film się spodobał. Jedni narzekają na Deadpoola, że jest za bardzo się wyróżnia na tle reszty, inni na to, że jego potencjał nie został w pełni wykorzystany. 

Ja jednak wiem jedno. Świetnie się bawiłam oglądając ten film i nie chcę na siłę wyszukiwać wad. Na pewno jakieś ma, ale dla mnie one nie istnieją. Stał się on moim ulubionym i jestem pewna, że tak też się stanie w przypadku wielu z was. Naprawdę ciężko go nie polubić. 

Jeśli lubicie niekonwencjonalnych bohaterów, którzy swoją odmiennością aż biją po oczach, to ten film jest dla Was. A jeśli nie lubicie, takich bohaterów, ale kochacie krwawe opowieści o zemście, miłości i walce, to także jest dla Was. W moich oczach jest on tak genialny, że nawet brak mi słów, by w pełni opisać swoje uznanie, wobec tego dzieła. 

Nie dosyć, że many intrygującego bohatera, wspaniały montaż i scenariusz, to jeszcze idealnie dopasowaną do postaci muzykę. Dopełnia ona tylko wrażenia, jakie pozostawia po sobie „Deadpool” i na długo zostaje w głowie. Wpada w ucho i nie chce wyjść. Pasuje ona do Wade w każdym, choćby najmniejszym calu, za pomocą nut, możemy usłyszeć jaki on jest. Nie są to piosenki, będące tylko tłem, to one nadają akcji jeszcze większego smaczku, potęgując sposób w jaki pokazany jest główny bohater. Nie wiem, kto ją dobierał, jednak wiem jedno. Jest genialny w tym co robi. Dziękuję i proszę o więcej. 

Z niecierpliwością czekam na drugą część, o której przyszłym pojawieniu się, na sam koniec filmu poinformował Deadpool, mówiąc do mnie. Nie do innej postaci w filmie. Tylko do mnie. Widza. 

I to właśnie kocham w tym filmie.

Daję Wam dwa trailery. +18


normalny


Pozdrawiam serdecznie i życzę mnóstwa wspaniałych emocji, podczas oglądania Deadpoola, do czego Was zachęcam z całego serca. Nie pożałujecie, że zapoznaliście się z Wadem i jego historią. Będziecie pragnęli więcej, o wiele więcej niż na razie możecie dostać. 

Miłych lektur, Marlena Marszałek
Szablon dla Bloggera stworzony przez Devon.