Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dwór mgieł i furii. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dwór mgieł i furii. Pokaż wszystkie posty

27.10.17

Krew, pot i łzy. Za dużo emocji. - 59. "Dwór skrzydeł i zguby" Sarah J. Maas


Jeżeli jeszcze tego nie wiecie (ale sądzę, że jednak wiecie), to dwa dni temu swoją premierę miał 3 i zarazem ostatni tom "Dworów" Sarah J. Maas, a dokładniej "Dwór skrzydeł i zguby". Bardzo chciałam zrecenzować wam to cudo przed premierą, ale nie udało się, co naprawdę strasznie mnie zasmuciło, sama nie wiem dlaczego. Z góry, zanim do niej przejdziemy, chcę powiedzieć tylko jedno. Pierwszy tom był lekko dłużącym się wstępem, ciekawym i przyjemnym, nie brakowało w nim akcji, jednak gdy pomyślę sobie o nim teraz, gdy już skończyłam ostatni tom, to odkrywam że jednak nie podobał mi się tak bardzo. Z każdą kolejną książką, zakochiwałam się coraz bardziej. Czytałam z jeszcze większą przyjemnością, wprost nie mogąc opanować ekscytacji. Każdy kolejny tom by lepszy, bogatszy, coraz bardziej wciągał. Jednak, nie będę owijać w bawełnę, nie spodziewałam się że Maas przebije perfekcję "Dworu mgieł i furii". A jednak udało się jej to. 

Feyra powraca do Dworu Wiosny, zdeterminowana by zdobyć informacje o działaniach Tamlina oraz potężnego, złowrogiego króla Hybernii, który grozi, że rozgromi cały Prythian. Jednak by to osiągnąć, musi najpierw rozegrać śmiercionośną, przewrotną grę… Jeden poślizg może zniszczyć nie tylko Feyrę, ale też cały jej świat.
W obliczu wojny, która ogarnia wszystkich, Feyra znów musi decydować, komu może ufać i szukać sojuszników w najmniej oczekiwanych miejscach. Niebawem dwie armie zetrą się w krwawej, nierównej walce o władzę.

opis pochodzi z lubimyczytac.pl

Myślałam, że po genialnym drugim tomie, nic mnie już nie zaskoczy. Ledwo zaczęłam czytać "Dwór skrzydeł i zguby", ledwo przeczytałam kilka stron, wiedziałam że bardzo się myliłam. Książka podzielona jest na trzy księgi "Księżniczka Rozkładu", "Wyzwolicielka" i "Księżna". Najbardziej podobała mi się księga pierwsza (to co Feyra tam odstawiała, było epickie, jak przeczytacie, to zrozumiecie, dlaczego to podobało mi się najbardziej) i trzecia.

Powieść zaczęła się naprawdę mocno, co chwile byłam zaskakiwana. Jednak to dopiero końcówka rozwaliła mnie tak bardzo, jak żadna książka nigdy wcześniej. Kompletnie wybiła mnie z rytmu, wbiła w fotel, przyprawiła o emocje, których bym nawet u siebie nie podejrzewała! Nie sądziłam, że jakakolwiek książka może sprawić, że będę krzyczeć, płakać, że będę siłą powstrzymywać się od rzucenia książką. Nie sądziłam, że mogę się tak mocno zaangażować, nie tylko umysłowo ale też i emocjonalnie. Chciałabym siebie widzieć w tamtej chwili.

Pokochałam wcześniejsze części, ale to dopiero trzecia wzbudziła we mnie najwięcej emocji. Okrywamy wiele tajemnic, układanka łączy się w całość, pojawiają się nowe postacie, które wbrew temu co mogło się nam wydawać gdy czytaliśmy pierwsze dwa tomy, mają ogromne znaczenie. Nagle zdajemy sobie sprawę, że Maas naprowadzała nas na to, dawała wskazówki. To było dla mnie naprawdę ogromnym zaskoczeniem. Przykładem może być  nienawiść braci Luciena do niego, gdy dowiedziałam się dlaczego tak było, oczy prawie że wyskoczyły mi z orbit. I zdałam sobie sprawę, że jeśli bym się nad tym zastanowiłam czytając "Dwór mgieł i furii", to mogłabym sama wpaść na rozwiązanie.


W końcu poznajemy dokładniej postacie, które wcześniej może i były ważne, ale sądzę że Sarah jakoś za bardzo skupiła się na Feyrze i Rhysandzie, zapominając o ich przyjaciołach. Ja dosłownie nie mogłam się doczekać, aż znów będzie więcej o Kasjanie, albo Azrielu. A gdy były takie fragmenty, to dosłownie w jednej chwili brakowało mi tchu. Co prawda, uważam że i tak było tego za mało. Zamiast skupiać się na czasami naprawdę żenujących scen seksu (było ich za dużo i momentami przyprawiały mnie o śmiech), które w większości przypadków były po prostu niepotrzebne, Sarah mogła bardziej zwrócić uwagę na resztę stworzonych przez siebie postaci. Z całego serca pokochałam wyżej wspomnianych Ilyrów  i naprawdę żałowałam, że zamiast poznawać ich muszę czytać jak, a no wiecie o co mi chodzi.

Mimo wszystko, muszę oddać autorce to, że jednak bardziej przybliżyła nam innych bohaterów. W drugim tomie byli, ale jakby ich nie było. W "Dworze skrzydeł i zguby" to się zmieniło. I dzięki Bogu. Naprawdę uwielbiam Rhysa i Feyrę, ale czasami naprawdę można mieć ich dosyć. Jednak nie odebrało mi to przyjemności z czytania, mnie takie rzeczy nie rażą, nie zwracam na to aż tak wielkiej uwagi, bo jest to ledwo ułamek, w genialnej historii, która bez końca zawładnęła moim biednym serduchem. Uwierzcie mi, że gdy ta książka wylądowała w moich rękach, to krzyczałam z radości i jeszcze tego samego dnia się za nią wzięłam. Pochłaniałam ją stopniowo, strona po stronie, starając się na siłę nie przeczytać wszystkiego w dzień. A uwierzcie mi, dałabym radę. Nie chciałam tak szybko się z nią rozstawać, ale wciągnęła mnie tak bardzo, że nawet jeśli jednego dnia się powstrzymałam, to drugiego przeczytałam 250 stron bez żadnej przerwy. Mimo, że stron było ponad 800, to nie odczułam tego. Czytało się szybko i przyjemnie.


Ostatnie 150 stron to były katusze, emocje sięgnęły zenitu i płakałam nawet bez większego powodu. Może przez to, że stron było coraz mniej? Może nie chciałam się z nimi rozstawać? Bardzo możliwe. Sytuacja była beznadziejna, modliłam się o ratunek dla Prythianu. Wiele razy brakło mi tchu, siłą powstrzymywałam się przed rzuceniem tej książki. Zbyt wiele się tam działo, za bardzo rozrywało to moje serce. Maas napisała to w taki sposób, by stopniowo, emocje czytelnika zbierały się w jednym miejscu, skumulowały się i na końcu wybuchnęły. W sumie, może się to wydawać niczym wyjątkowym, w końcu ostatni tom, wojna, to oczywiste że wszystko rozstrzygnie się na końcu, można było to bardzo łatwo przewidzieć. Jednak ona zrobiła to w taki sposób, że to naprawdę było wyjątkowe. Gdy nadeszło te 150 ostatnich stron to i tak byłam zaskoczona. Tego się po prostu nie dało w całości przewidzieć.


Uwierzcie mi, wpadam w przerażenie, panikę. Kiedy ja przeczytałam te 700 stron? Dlaczego stron tak szybko ubywa? Dotarcie do ostatniej strony mnie załamało. Co prawda, zakończenie mnie usatysfakcjonowało i było wprost jak wymarzone, ale świadomość że to już koniec bolała. Bardzo łatwo jest przenieść się do Prythianu i obserwować wszystko z boku, poznawać bohaterów, historię. Jednak opuszczenie go jest naprawdę bolesne. Sarah J. Maas pisze niesamowicie wciągająco, w taki sposób że szybko stajemy się jednym z fae, bardzo angażujemy się w fabułę i zaczynamy darzyć bohaterów wachlarzem uczuć. Żałowałam, że już ją skończyłam.

"Dwór skrzydeł i zguby", jest najlepszą książką jaką przeczytałam w tym roku. I wątpię czy znajdę coś, co go przebije. Na pewno nie w najbliższym czasie. Wiem, że są wśród was tacy, którzy się ze mną nie zgodzą, którzy wytkną "Dworom" wady. Irytującą główną bohaterkę, momentami ciągnącą się fabułę, zignorowanie reszty bohaterów. Tak, zauważyłam to. To nie tak, że ich nie widziałam.Jednak one są zaledwie ziarnkiem piasku w morzu. Ponieważ genialna historia, świetnie wykreowani bohaterowie, cudowny klimat, towarzyszący od pierwszego do ostatniego słowa, są ogromnym plusem, który przyćmiewa wady. Ponieważ stopniowanie napięcia, powolne wprowadzanie czytelnika w zdumienie i osłupienie, bardzo subtelne rozwijanie się miłości między pewnymi bohaterami, sprawiły że dla mnie te wady zniknęły. Pokochałam tę książkę o wiele mocniej niż poprzednie.

Czasami Maas naprawdę przyprawiała mnie o ból głowy, za bardzo skupiła się na parze głównych bohaterów. Nie miałam oczywiście nic przeciwko, jednak czasami ich wynurzenia były lekko irytujące. A przejawiająca się, bardzo rzadko co prawda, ignorancja Feyry, także irytowała. Nie było to jakoś szczególnie rażące. Mimo wszystko fragmenty o Kasjanie i Neście, przyjmowałam z ogromną radością. Bardziej niż Feyrę i Rhysa pokochałam wyżej wspomnianą dwójkę. To co było między nimi, było po prostu przepiękne. Obserwowanie jak dziewczyna się powoli zmienia, było niesamowitym doświadczeniem. Byłam zachwycona! Ich relacje były tak bardzo inne, tak bardzo wyjątkowe.

I przez to, że tak bardzo ich uwielbiałam, końcowe 50 stron prawie mnie zabiło. To właśnie tutaj wybuchnęłam już całkowicie. Nigdy tak bardzo nie płakałam. Nie chciałam odwracać na kolejną stronę bojąc się, że Maas to zrobiła. Nie miałam odwagi czytać dalej, kręciłam głową i dosłownie na głos błagałam by to nie była prawda. Po dłużej chwili odwróciłam stronę.

Chcę jeszcze dodać, że nie spodziewałam się, że stosunki między Dworami są tak napięte. Ich spotkanie mnie przeraziło, sytuacja była masakryczna. W książetach czaiło się tyle bólu, tyle nienawiści. Jednak mimo tego, przyjemnie mi się ich poznawało. Thesan, Tarquin, Beron, Helion i Kalias. Każdy z nich miał wyjątkowy charakter, każdy diametralnie różnił się od drugiego. Jakoś szczególnie ich nie polubiłam, jednak mimo tego, bardzo chętnie poznałabym dokładniej historie każdego z nich. W szczególności Heliona i Kaliasa. Berona również. Wydaje mi się, że jeśli powstałyby o nich nowelki, to nie zastanawiałabym się nawet sekundy i chciałabym od razu je przeczytać.

Jak zwykle, strasznie się rozpisałam. Nie będę już przedłużać, chociaż mogłabym jeszcze pisać i pisać.

Podsumowując. "Dwór skrzydeł i zguby", jest najlepszą częścią Dworów. Jeżeli jeszcze nie znacie tej serii, to koniecznie musicie to zmienić! Pokochacie ją, tylko dajcie jej szansę, początki zawsze są trudne. Dla tego tomu warto. Ta historia jest po prostu niesamowita i nie sposób jej nie pokochać, nie sposób nie pokochać tych książek. To właśnie tutaj, pośród miłości, odkrywamy też ból, cierpienie, wojnę. Czytanie tej serii było największą przyjemnością. To najlepsze książki jakie przeczytałam. Zajmują one honorowe miejsce na mojej półce i jeszcze nie raz do nich wrócę. Jeżeli szukacie książek, które stopniowo zawładną waszym sercem, to "Dwory" są dla was! Nie zawiedziecie się. I będziecie żałować, że nie ma więcej tomów.

Koniecznie musicie ją przeczytać! A mi pozostaje jedynie czekanie na nowelki :(

Pozdrawiam cieplutko i życzę wspaniałego dnia, Marlena Marszałek

13.9.17

Moja ulubiona seria? - 56 "Dwór mgieł i furii" Sarah J. Maas


Ostatnio odnoszę wrażenie, że cały czas tylko chwalę książki. Dziś przychodzę do was z kolejną recenzją, po tytule już wiecie o jakiej książce mowa. Chwaliłam pierwszą część, zakochałam się w niej, słowom zachwytu nie było końca, a sam tekst o niej okazał się rekordowym w kwestii długości i ilości wyrazów. Nie potrafiłam przestać gadać, nie potrafiłam myśleć o czymś innym niż Tamlin, Feyra i tajemniczy Rhysand. I uwaga, dziś znowu usłyszycie (a raczej przeczytacie) pochwały. Chociaż, to co was zaraz czeka, to prędzej istna litania do Sarah J. Maas i "Dworu mgieł i furii". Jeżeli nie czytaliście tomu pierwszego, to zapraszam najpierw do jego recenzji. Ostrzegam was, że i tu będzie długo, i prosto z serca, przez co trochę nieskładnie. Zapraszam serdecznie, nie zapomnijcie o kubku herbaty i czymś do przegryzienia!

Po tym, jak Feyra ocaliła Prythian, mogłoby się wydawać, że baśń dobiega końca. Dziewczyna, bezpieczna i otoczona luksusem, przygotowuje się do poślubienia ukochanego Tamlina. Przed nią długie i szczęśliwe życie.

Sęk w tym, że Feyra nigdy nie chciała być księżniczką z bajki. Zresztą zupełnie nie nadaje się do tej roli. W snach wciąż powracają do niej wymyślne tortury Amaranthy i zbrodnia, którą popełniła, by się od nich uwolnić. Pragnący zapewnić jej bezpieczeństwo Tamlin próbuje zamknąć Feyrę w złotej klatce. W jej nowym nieśmiertelnym ciele drzemią moce, których dziewczyna nie umie opanować. W dodatku o spłatę swojego długu upomina się największy wróg Tamlina - Rhysand, Książę Dworu Nocy. Zwabioną podstępem Feyrę raz w miesiącu okrywa mrok jego niebezpiecznego królestwa. To pewne, że władca ciemności będzie chciał wykorzystać ją do swoich celów. Chyba że... to nie Rhysand jest tym, kogo Feyra powinna się obawiać. Na Dworze Wiosny również bowiem nie jest bezpiecznie, a sam Tamlin ma przed ukochaną coraz więcej tajemnic. Czy rzeczywiście tylko po to, by ją chronić?

Gdy nad Prythian i krainę ludzi nadciąga widmo wojny tak groźnej jak żadna dotąd, Feyra musi zdecydować, komu może ufać. Stawką jest życie jej rodziny i losy całego świata. A w magicznym świecie fae przyjaciele potrafią być bardziej niebezpieczni niż wrogowie.

Czasami wydaje mi się to dziwne. To, że cały czas z moich ust padają tylko komplementy. Ale nic nie poradzę, ostatnio trafiam na same świetne pozycje. Może los, chce mi dobrymi książkami, wynagrodzić mojego pecha (ciągłe zasypianie i spóźnianie się do szkoły, lub ostatnio przecięta ręka i sześć szwów), kto wie. Ja tam nie narzekam, bo uwielbiam ten moment, gdy podczas czytania książki, emocje w mojej duszy i sercu wirują jak szalone, a usta zamykają się i otwierają, jak u złotej rybki. Czasami nawet pojawi się łezka, co u mnie naprawdę rzadko się zdarza. Obiecałam wam, w recenzji pierwszego tomu, że jeżeli tom drugi będzie lepszy, to oficjalnie oznajmię, że "Dwory" to moja ulubiona seria, stojąca na samym szczycie podium. Czy tak się stało? Czy drugi tom jest lepszy? Czy seria ta, stała się moją ulubioną? Trochę was podręczę. Dowiecie się tego dopiero na końcu tej przerażająco długiej recenzji <3 Kocham was!

Jednak, najlepsze jest to uczucie, gdy autorka potrafi sprawić, że w pierwszym tomie kochasz jednego bohatera, a przy drugim nienawidzisz go tak mocno, że masz ochotę zabić nie tylko jego, ale też i autorkę. W jednej chwili na twojej twarzy jest pełen rozmarzenia uśmiech, aż tu nagle ukochana autorka, robi coś takiego, że masz ochotę krzyczeć, łzy same zbierają ci się do oczu, a usta otwierają ze zdumienia. Nie wierzysz w to co się właśnie stało i z jednej strony się cieszysz (tak było w moim przypadku), a z drugiej strony wiesz, że to będzie trudne dla danego bohatera/bohaterów. Z jednej strony masz ochotę rzucić tą książką i do niej nie wracać, a z drugiej czytasz jak najwolniej byle tylko nie opuszczać tak szybko tego cudownego świata. Sarah J. Maas jest w tym mistrzynią. Tę autorkę kocha się i nienawidzi jednocześnie. I jeśli mam takie odczucia po drugim tomie, to trzeci złamie mi serce. I teraz uwaga, może to dziwne, ale błagam Sarah złam mi je, byleby tylko wszystko dobrze się skończyło (pisz jak najszybciej błagam).


Ja tu się rozgadałam, a nawet jeszcze porządnie nie zaczęłam! Tak właśnie działa na mnie twórczość pani Maas; Rhysand, Feyra, Kasjan (kocham go!), Amrena, Azriel, Mor, oni wszyscy działają na mnie, jak energetyk, po którym usta nie potrafią mi się zamknąć. Normalnie jestem cichą i spokojną osobą. Ale jeśli mówimy o "Dworze cierni i róż", czy "Dworze mgieł i furii", to nie potrafię przestać. A to dlatego, że jestem oczarowana i bez pamięci zakochana. Kiedyś zastanawiałam się, dlaczego ludzie tak uwielbiają "Dwory". Nie potrafiłam uwierzyć, że ktoś może tak bardzo przeżywać ich lekturę. Teraz już rozumiem, to musi być jakiś urok, czar, który rzuca na czytelnika autorka. Genialny styl, krwiści bohaterowie, którzy dosłownie wyłaniają się z kartek i patrzą nam w oczy, zwroty akcji, które nie pozwalają się nam nudzić, czy historia miłości, która pobije każde serce, to tylko kilka z jej czarów. 

Zagłębiłam się w tę książkę niczym w najcudowniejszą ciemność przepełnioną blaskiem miliona gwiazd. Jej czytanie było lepsze od najukochańszej herbaty, lepsze od najlepszej czekolady. Burczało mi w brzuchu, była trzecia nad ranem, a ja nie potrafiłam się oderwać. Z szeroko otwartymi oczami śledziłam losy bohaterów, który rozwinęli się, w jakiś sposób dojrzali, dzięki czemu po prostu nie potrafiłam ich nie lubić. Pokochałam nowe postacie, o których wspomniałam wcześniej. Każdy z nich jest wykreowany perfekcyjnie i każda jest idealnie dopasowanym elementem tej skomplikowanej układanki. Nie są oni dodani ot tak, żeby wypełnić lukę, o nie!, mają oni swój wkład w opowieść i to duży, nie są zbędni, a powieść bez nich straciłaby bardzo wiele. Pokochałam bohaterów tak mocno, jak jeszcze nigdy dotąd. I to właśnie dzięki temu, że są wyjątkowi, jedyni w swoim rodzaju, pełni życia i charakteru. Czułam się i nadal tak czuję, jakby łączyła nas więź, mocna, nierozerwalna, ukryta w głębi serca. 

Było cudownie, było przepięknie! Śmiałam się, uśmiechałam, ale nie długo. Jak to jest z Sarah, nagle strzeliła mi prosto w serce. W jednej chwili zdębiałam. Serce przyśpieszyło bieg, oddech zwolnił. Bałam się oddychać w obawie, że pominę jakiś istotny fakt. Szeroko otwarte oczy zapiekły mnie; w końcu mrugnęłam. Sarah ty podstępna kobieto! Trzeba przyznać, że torturowanie czytelników, to chyba ulubione zajęcie pani Maas. Wpierw zachwyca, pokazuje piękno Dworu Nocy, Velaris, powoli i z pasją rozwija wątek miłosny, obdarza odrobiną pikanterii (mówię o pewnej bardzo, hmm, ostrej scenie, w której farba znajduje się chyba wszędzie na ciałach bohaterów, cóż to była za scena!), by potem roztrzaskać wasze serca! Wyrywanie się z tej cudownej ciemności, było dla mnie najgorszą torturą. Chciałam czytać wolniej, starałam się! Ale to niemożliwe. Nie dałam rady, bo akcja tak rwała do przodu, że koniecznie musiałam przeczytać jeszcze jeden rozdział, potem jeszcze jeden. I tak do trzeciej w nocy. Zakochałam się w przepięknych opisach, zakochałam się w Velaris, zakochałam się w Rhysandrze, Kasjanie, Azrielu, Mor, Dworze Nocy. Oderwanie się od tego wszystkiego, było bardziej bolesne niż zszywanie ręki. Moje serce dosłownie pękło i choć skończyłam ją tydzień temu, to nadal na nią patrzę i rozmyślam nad zakończeniem, które to właśnie przyprawiło mnie o wyżej opisany stan. Coś czuję, że zszyć je może jedynie trzeci tom. Chociaż znając Sarah, to prędzej wbije mi jesionowy kołek w serce, rozszarpie na drobne kawałeczki i rzuci dzikim bestiom na pożarcie.

Tyle emocji, ile czułam podczas czytania tej książki, nie czułam już dawno. Byłam tak rozdarta, że naprawdę miałam ochotę rzucić to i zaczerpnąć świeżego powietrza. Dosłownie płakałam! Błagałam w myślach (i nie tylko) autorkę, by tego nie robiła. Mój umysł ją zrozumiał, postąpiła doskonale i innego wyjścia z tamtej sytuacji nie widzę, ale mój narząd pompujący krew, twierdził i nadal twierdzi coś całkowicie przeciwnego. Dlaczego? SARAH! Dlaczego?  Nie dajcie się jej zwieść, uśpi waszą czujność, poprzez wyżej wspomniane rzeczy, a potem sprawi, że kolejny tom będzie dla was jak tlen, którego potrzebujecie do życia. Jeżeli jesteście gotowi na takie cierpienie i szukacie czegoś, po czym kac książkowy jest murowany, "Dwory" są dla was idealną serią! Jeśli nie potrafiliście uwierzyć w pochwały na temat tych książek, to uwierzcie mi, to nie jest czcze gadanie i skoro ktoś tak je wychwala, to naprawdę ma do tego powód.

I teraz uwaga, bo to co teraz powiem, będzie kontrowersyjne. Jak dla mnie, tom pierwszy mógłby nie istnieć. Był cudowny, ale przy drugim jest niczym. "Dwór mgieł i furii" jest cudowny! Czyta się go niezwykle szybko i na długo zapada w pamięć. Jest niesamowity, genialny, wspaniały, boski, jednym słowem perfekcja! Poruszył moim sercem, sprawił że po jego zakończeniu cała zadrżałam. Nigdy, dosłownie nigdy, żadna książka nie sprawiła, że przeszył mnie dreszcz. Nie dreszcz przerażenia, tylko coś innego. Dreszcz podziwu, emocji, które wypłynęły całkowicie, wraz z ostatnim przeczytanym słowem. Nie wiedziałam co myśleć, nie wiedziałam co ze sobą zrobić. Poszłam więc z psem na spacer, by oczyścić myśli. Czy podziałało? Nie! Idąc nie mogłam przestać o niej myśleć, wyciągnęłam telefon i zaczęłam pisać tę opinię. Nagle słowa same pojawiły się w mojej głowie. Moje serce dosłownie się krajało, nawet nie wiecie, jak bardzo pragnę kolejnego tomu. Do jego premiery w Polsce zostało niewiele, 25 październik jest już naprawdę blisko, ale boję się że nie wytrzymam. Gdybym mogła, to wkradłabym się do siedziby Wydawnictwa Uroboros i wykradłabym im egzemplarz trzeciego tomu. Tylko cicho sza, nie mówcie im o tym ;)

Także, podsumowując. Tom drugi jest tysiąc razy lepszy od pierwszego. Czyta się go z ogromną przyjemnością, wciąga tak, że naprawdę ciężko się jest oderwać. Nowe postacie dodają powiewu świeżości, od razu zagarniają sobie sympatię czytelnika, a sama historia nie jest nawet odrobinę nudna. Nawet jeżeli początek może się trochę dłużyć, to końcówka jest tego warta. "Dwór mgieł i furii" czyta się szybko, mimo dużej ilości stron. Uwielbiam takie cegiełki. Serdecznie polecam wam tę książkę, na pewno nie pożałujecie, ale najpierw przeczytajcie tom pierwszy! 

I na koniec. Oficjalnie oświadczam, że seria "Dwór cierni i róż", jest moją ulubioną! I chyba długo się to nie zmieni. 

Tom 3 "Dwór skrzydeł i zguby" już 25 października w księgarniach! Już nie mogę się doczekać. Serdecznie dziękuję Wydawnictwu Uroboros za możliwość przeczytania i zrecenzowania obu książek z serii! 

Pozdrawiam serdecznie i życzę wspaniałego dnia, 
Marlena Marszałek

Ps, Wybaczcie mi tak chaotyczną recenzję, kac po tej książce nadal mi nie przeszedł, a w głowie plątanina myśli ;)


Szablon dla Bloggera stworzony przez Devon.