Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ponad czasem. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ponad czasem. Pokaż wszystkie posty

15.8.17

54. "Do zobaczenia nigdy" Eric Lindstrom



Nie wyobrażam sobie być ślepą, niewidomą. Sama myśl o tym mnie przeraża. Kocham patrzeć na świat, czytać, oglądać seriale i filmy. Dla mnie życie w ciemności aż do końca życia byłoby czymś strasznym. Ledwo o tym pomyślę i już czuję dziwny skurcz w żołądku, a gardło mi się zaciska, tak, że ciężko mi oddychać. Nawet nie potrafię sobie wyobrazić jak muszą się czuć osoby, która straciły wzrok. Zawsze wydawało mi się, że nie radzą sobie one w życiu, że cały czas potrzebują pomocny osób "zdrowych". Jednak, książka której recenzję mam dziś zaszczyt wam przedstawić, pokazała mi, że się myliłam, a życie w ciemności wcale nie musi być przepełnione bólem, cierpieniem i smutkiem, a w szczególności strachem. 

Już od pierwszych stron byłam niesamowicie zdumiona. Nie potrafiłam w to uwierzyć. Co prawda, książka ta jest fikcją literacką, ale jest w niej wiele z prawdy. To, że ktoś jest ślepy, nie znaczy że jest też głuchy i głupi. I nie znaczy to, że trzeba mu we wszystkim pomagać. Bo my ludzie, lubimy być samodzielni. Bardzo często nienawidzimy osoby, które chcą nam na siłę pomóc, nie wierzą, że damy sobie radę sami. Co oczywiście, nie oznacza, że mamy nie pomagać osobom ślepym, głuchym, niemowom i innym. Wręcz przeciwnie! Chodzi mi raczej o to, by nie pomagać na siłę, jeśli osoba ta jasno przekazuje nam, że nie potrzebuje naszej pomocy.

Jak zwykle, moje wstępy są zbyt długie, ale co ja na to poradzę? Po prostu jestem szczera i lubię wyrażać swoje zdanie i przemyślenia, po przeczytaniu książki. Mam nadzieję, że nie macie mi tego za złe. Zresztą, zauważyłam że lubicie gdy moje opinie są długie, więc nie chcę się powstrzymywać tylko po to, by szybciej się czytało. Bo to nie o to chodzi. 

Parker Grant ma 16 lat. Jest niewidoma. W wypadku samochodowym straciła nie tylko wzrok, ale też i mamę. Jej ojciec popełnił samobójstwo, a jej były chłopak Scott, bardzo zawiódł jej zaufanie. Podpadł pod regułę Nieskończoność, nie ma dla niego już szansy na wybaczenie. Dziewczyna bardzo dużo przeżyła, całkiem sporo jak na nastolatkę. 

Jednak dziewczyna nie poddaje się, stara się być twarda i nie płakać. Uwielbia bieganie i każdego ranka biega swoją ulubioną trasą. Przed lekcjami zajmuje się też udzielaniem porad znajomym ze szkoły. Mimo, że robi wszystko by nie płakać, stara się udawać, że nic złego się nie stało. Ale ile tak można? Jest tylko człowiekiem i jest to dla niej z każdym dniem coraz trudniejsze. Zrozumienie samego siebie jest trudne. Prawda w końcu musi wyjść na jaw, a serce przestać być ślepe. A odkrycie i zrozumienie, co tak naprawdę przydarzyło się jej ojcu i dlaczego Scott tak dziwnie się wobec niej zachowuje, uświadomi jej jak bardzo ślepa w swojej ślepocie była. Nie wszystkie rzeczy są takie, jakie się nam wydają. 

Na samym początku, a raczej początku właściwej recenzji, chcę wam powiedzieć jedną rzecz. Jestem pod wrażeniem sposobu w jaki została napisana ta książka. Lekko, niezwykle subtelnie i dojrzale. Nie powiedziałabym, że bohaterka ma tylko 16 lat. Jej sposób wyrażania się, jej myśli, jej zachowanie, w jakiś dziwny sposób zadziwiało mnie i sprawiało, że w ogóle nie miałam ochoty jej opuszczać. Uwielbiałam Parker za jej charakter. Nie owijała w bawełnę, była szczera aż do bólu, a co najważniejsze mimo że tyle przeżyła nie dała sobie wejść na głowę.

Pierwszy raz natrafiłam na książkę, w której główny bohater jest niewidomy, więc niestety nie mogę jednoznacznie stwierdzić, że w tej tematyce jest świetna, na pierwszy miejscu. Zanim zaczęłam czytać zastanawiałam się jak autor to ugryzie, bo co jak co, ale wydaje mi się, że opisanie uczuć osoby, która widzi jedynie ciemność, będzie trudne. Czy się myliłam? Z jednej strony tak, z drugiej nie. Uważam, że Eric bardzo dobrze sobie z tym poradził. Sprawił, że Parker nie była płaska, nie była jedynie cienką kartką papieru, a była jak z krwi i kości. Bardzo łatwo wczułam się w jej sytuację i wprost nie mogłam się oderwać. Z drugiej strony, mimo tego, że widać, że książka jest dogłębnie przemyślana, czyta się ją błyskawicznie a sama historia nie jest błaha i pusta, to czegoś mi brakowało. Jak tak się teraz zastanawiam, a piszę tę recenzję kilka dni po przeczytaniu, to sama nie wiem dokładnie czego.

Nie potrafię tej książce niczego zarzucić. I nawet nie chcę, ale jest jedna rzecz, a raczej jeden człowiek, bohater, który strasznie mnie irytował. Mam oczywiście na myśli Scotta. Miałam ochotę trzasnąć go, by w końcu się obudził. Z jednej strony latał za Parker, chronił ją, a z drugiej strony, gdy chciała naprawić ich relacje to się odsuwał. Co prawda, rozumiem, czuł się zraniony, ale to nie tłumaczy jego zachowania, gdy dziewczyna nie była go świadoma. Nie potrafiłam go polubić, chociaż uwierzcie mi, starałam się. Także, niestety dla Scotta jedno wielkie nie.

Za to przyjaciółki Parker, oddałam im moje serce i cały czas tylko czekałam aż znów się pojawią, a na szczęście pojawiały się bardzo często. Zostały genialnie wykreowane, nie były postaciami pełnymi przesady. W każdym calu idealnie stworzone. Nie irytowały, miały fajny humor i co najważniejsze, nie były jedynie dodatkiem do powieści. One razem z Parker tworzą tą książkę. Po prostu nie da się ich nie polubić.

Gdy skończyłam czytać "Do zobaczenia nigdy", zrozumiałam dlaczego blogerzy ją tak wychwalali. To prosta historia, ale napisana w niezwykle poruszający sposób. Soczyści (wiem, to dziwne określenie, ale pasuje idealnie) bohaterowie, niebanalny humor, przyjaźń, problemy, cierpienie, siła. To wszystko sprawia, że wprost nie sposób się oderwać. Napisana przystępnym, prostym językiem, nie jest płytka i nadaje się dla osoby w każdym wieku. I każdy znajdzie w niej coś dla siebie, odkryje przesłanie, które może zmienić myślenie.

Uwielbiam ją za to, w jaki sposób został ugryziony temat ślepoty. Główna bohaterka radzi sobie z nią doskonale, co muszę przyznać, lekko mnie wytrącało z równowagi, sama nie wiem dlaczego. Po prostu, zawsze żyłam w przekonaniu, że osoby niewidome nie radzą sobie tak dobrze w życiu, są raczej zamknięte w sobie i nie udzielają się towarzysko. Co prawda, książka ta jest fikcją, ale i tak zmieniła moje myślenie. Aż głupio mi się zrobiło, że mogłam tak myśleć. Parker była samodzielna, gdy żył jej ojciec wiele rzeczy robiła sama i uwielbiała to. Jednak po jego śmierci została ograniczona, ciotka nie potrafiła jej zaufać, co niesamowicie dziewczynę bolało. I zaskoczyło mnie to, że sama myślałam w podobny sposób jak jej ciotka, cały czas bałam się, że dziewczyna sobie nie poradzi i za każdym razem gdy to się sprawdzało (a było kilka takich momentów), moje serce dosłownie wyskakiwało z piersi. Bardzo spodobało mi się to, z jakim dystansem dziewczyna podchodziła do siebie i innych. Ale jednocześnie, na początku czułam, że popełnia ona ogromny błąd. I miałam rację.

W tej książce, spotkałam się z dwoma rodzajami ślepoty, jak pisałam wam wyżej. Możemy mieć ślepe oczy, ale także i ślepe serce. I właśnie to, sprawia że książka ta jest tak uniwersalna, bo mimo że narratorem jest młoda dziewczyna, to nie jest ona powierzchowna, a jeśli tylko zechcemy, to możemy znaleźć w niej bardzo wiele wartości, o których odrobinę wspomniałam wyżej. Jako, że nie chcę się aż tak rozpisywać, bo jeszcze przez przypadek zdradzę zbyt dużo, to powiem wam tylko, że "Do zobaczenia nigdy", jest powieścią, która na długo zostaje w sercu.

Napisałam już tyle, a wciąż czuję, że coś pominęłam. Staram się w pełni oddać moje uczucia, ale to naprawdę nie jest łatwe. Ta książka zostawiła w mojej głowie pewien mętlik i ciężko zebrać mi myśli. I tutaj was zadziwię, to jest jedna z tych książek, które najchętniej zostawiłabym tylko dla siebie. Mam na myśli to, że zazwyczaj z ogromną radością dzielę się z wami moimi przemyśleniami i opiniami na temat przeczytanych książek, a w przypadku tej, chciałabym by została moją słodką tajemnicą. Poruszyła mnie, wstrząsnęła moim sercem i nie ma co ukrywać, pokazała mi że mam ślepe serce.

Czytałam ją z tak ogromną przyjemnością, że na siłę ją odkładałam, byle nie skończyć w ciągu jednego wieczoru. Jednak niestety, ma ona tylko nieco ponad 300 stron i w końcu musiała nadejść ta chwila gdy odłożę ją z powrotem na półkę. Jestem zachwycona stylem autora i koniecznie muszę przeczytać inne jego książki. Co prawda, spodziewałam się że książka będzie dobra, zanim się z nią zapoznałam, to przeczytałam i usłyszałam wiele niezwykle pozytywnych opinii i aż mnie korciło, by w końcu się przekonać jak mi się spodoba. I nie zawiodłam się. Nie przeczytałam w tym roku wiele książek, ale jeśli o mnie chodzi "Do zobaczenia nigdy" jest na podium najlepszy książek. I z wielką chęcią jeszcze nie raz do niej wrócę. Może odkryję coś, czego nie zauważyłam za pierwszym razem?

Także, bez zbędnego przedłużania. Jeśli jeszcze nie czytaliście "Do zobaczenia nigdy" Erica Lindstroma, to koniecznie musicie naprawić ten błąd, a uwierzcie mi, będziecie zadowoleni :) A jeśli czytaliście, to napiszcie mi, jak wam się podobała, czekam na wasze opinie!

Za książkę bardzo dziękuję Wydawnictwu YA! To była wspaniała lektura, warta każdej sekundy, każdej godziny.

Pozdrawiam cieplutko i życzę wspaniałego dnia,
Marlena Marszałek

Ps. Wybaczcie mi, że recenzja jest taka chaotyczna.

27.7.17

51. "Cykl" Monika Jagodzińska


Przeczytałam ostatnio książkę, która skłoniła mnie do refleksji bardziej, niż wiele innych, które przeczytałam przed nią. Opowieść o aniołach, cierpieniu, odwadze i nadziei. Delikatną, subtelną i aż do bólu prawdziwą. 

„Cykl” Moniki Jagodzińskiej to dwanaście różnych historii, o dwunastu osobach. Dwanaście miesięcy zebranych w jednej książce. Poruszają one problemy, każda z nich inny. Jednak ludzie nie radzą sobie z nimi sami. Do pomocy mają siłę aniołów. Gdy nadchodzi Nowy Rok, to wraz z nim, w chwili wybicia dwunastej godziny, zwiastującej nowe możliwości, na Ziemię zstępują anioły, by zająć miejsce między ludźmi. Mają jeden cel, czuwać nad ludźmi. Wiedzą, że czas który je czeka, nie będzie dla nich łatwy. Z jednej strony przepełniony będzie radością, z której czerpać będą energię, a z drugiej smutkiem, bólem i cierpieniem. Jednak są zdeterminowani i pewni siebie. Mają na celu nieść pomoc, ukojenie. Ich zadaniem jest napełniać ludzi odwagą, poruszać ich serca, otworzyć oczy. Ich ingerencja ujawnia się poprzez innych ludzi. Przywracają wiarę. Przywracają nadzieję. Dają miłość, zrozumienie, akceptację. Wszystko po to, by po upływie misji móc stać się prawowitym Aniołem Stróżem - opiekunem jednego człowieka. Współpraca tych istot sprawia, że ludzkie istnienie nigdy nie jest pozostawione same sobie. Nie zawsze jednak jest to proste. 

"Cykl" otworzył mi drzwi do świata, o którym, prawdę mówiąc mimo swojej wiary, nigdy nie pomyślałam, że może naprawdę istnieć. Nie mogłam się oprzeć ogarniającemu mnie zdumieniu, gdy czytałam każdą kolejną stronę. Może to dziwne, ale ten zbiór historii bardzo mnie rozstroił i do tej pory, a skończyłam go wczoraj, nie mogę zebrać myśli i ciężko mi jest cokolwiek napisać. Myślę nad nim i myślę, chcę wam opisać swoje odczucia ale gubię się. Bardzo ciężko jest go ocenić, bo z jednej strony jest naprawdę ciekawie napisany, ale z drugiej strony, tematyka też książki jest dosyć wyjątkowa i porusza tematy, których po prostu nie powinno się oceniać. 

Dziewczyna, która cierpi, bo dowiedziała się, że umiera i zamknęła się w sobie. 

Chłopak, który cierpi, bo przez jego zachowanie, przesłonięte mgiełką alkoholu, jego ukochana wpada pod samochód i ginie. 

Dziewczyna, którą rodzice ranią, nie widząc, że ich troska o nią jest zbyt wielka i zbyt przepełniona chorobą. Nie widzą, że ich córka cierpi, nie dając sobie rady z naporem obowiązków. 

To są tylko 3 z 12 historii. Historii, które poruszają  nie tylko serce, ale i duszę. 

Ja nie czekałam długo,  by zacząć czytać tę książeczkę, nie jest ona gruba, ma trochę ponad 100 stron. Jednak, mimo że nie grzeszy obszernością, to w tych 100 stronach znajdziemy o wiele więcej, niż w niejednej 500 stronicowej powieści, jest przepełniona prawdą, bo opowiada o tym, co każdemu z nas może się przydarzyć. Porusza nie tylko kwestię wiary, ale też i nadziei, miłości.  

Książkę czyta się błyskawicznie i z ogromną przyjemnością. Przeczytałam ją praktycznie podczas jednego posiedzenia, z przerwą na sen (tak to jest, gdy czyta się w nocy) i gdy ją skończyłam, to czułam się niesamowicie podbudowana, podniesiona na duchu. Ja sama wsiąknęłam w nią, poznając kolejnych bezimiennych bohaterów, kolejne duchy, które im pomagały i nie potrafiłam się od nich oderwać. I szczerze mówiąc, nawet nie próbowałam, bo zbyt dobrze czułam się czytając ją, czułam się uduchowiona. I wcale nie przesadzam. Gdy ją skończyłam, to trochę smutno było mi zostawiać ten świat.  Jeśli to dzieło miało dawać nadzieję, skłaniać do refleksji i wzbudzać w człowieku dawno uśpione uczucia, to udało się. Niesamowicie podoba mi się takie spojrzenie na świat, jest bardzo podbudowujące. Myśl, że obok mnie, mimo że go nie widzę, jest Anioł Stróż, jest niezwykle przyjemna i budzi w sercu pewien rodzaj ciepła, które bardzo rzadko odczuwamy. 

Dzisiejsza recenzja będzie krótka, bo nie wiem co więcej powiedzieć. To jest jedna z tych książek, po których przeczytaniu dosłownie brakuje słów, a w głowie jest mętlik. A pisanie czegoś na siłę jest bez sensu. Sami musicie się przekonać jaka ta książka jest, do czego was z całego serca zachęcam. Nie jest to może szczyt literatury, nie znajduje się na podium, ale jeśli w waszym życiu macie teraz trochę smutku i szukacie czegoś lekkiego, co podniesie was na duchu, to "Cykl" jest właśnie dla was. Ja nie żałuję tej chwili, którą spędziłam nad tą książka i chętnie sięgnę po kolejne książki pani Moniki, jeśli tylko zostaną wydane. 

Życie człowieka składa się z wielu cykli podzielonych na poszczególne etapy. Dzieciństwo, szkoła, praca, dom, miłość, spełnianie marzeń, pasja, rodzina, dzieci, starość, śmierć. Zazwyczaj u każdego przebiegają one podobnie, jednak są tacy, których życie przebiega całkowicie inaczej. Mam na myśli np. osoby, które porzucają możliwość zakochania się i wstępują do zakonu, by oddać się miłości do Boga. Są też tacy, którzy nie radzą sobie z problemami i kończą swoją egzystencję szybciej, pozbawiając się tego, co zostało nam podarowane przez Boga. I nie mówię tutaj tylko o życiu, ale także o prawie do wyboru, szczęścia, miłości, cierpienia. 

Staramy się każdy etap przejść z godnością, nie rozglądając się dookoła i nie przejmując rzucanymi pod nogi kłodami. Ale człowiek jest słaby. Może z tym walczyć, ale nie zawsze uda mu się podnieść, wyprostować i silniej stąpać po ziemi. Czasami wystarczy mały podmuch wiatru i przewrócimy się. W chwili upadku nie myślimy o tym, że może jest ktoś, kto pomaga nam się podnieść, kto cały czas czuwa nad nami i skłania nas do działania. Ktoś, kto w nasze serce wlewa nadzieję i choć tego nie widzimy, trzyma nas za rękę, gdy się podnosimy. Ciągnie nas w górę i upewnia się, że stoimy pewnie. 

I ta książka doskonale to ukazuje. Co prawda nie aż tak dosłownie, jak ja to ujęłam.

My go nie widzimy, ale każdy z nas go ma. Anioła Stróża, który pomaga nam. A może to tylko intuicja? A może za intuicją stoi właśnie anioł? 

Jeśli się nie mylę, "Cykl" jest debiutem autorki. Jeśli tak, to bardzo dobrym. Jeśli nie, to też bardzo dobrym. Monika jest z mojego roku, jest moją rówieśniczką, co zauważyłam niedawno. I jak tak teraz o tym myślę, to nie mogę uwierzyć, że w tak młodym człowieku, drzemie, a raczej żyje, tak ogromna wiara i wrażliwość. Bo nie zaprzeczycie, ale osoby w moim wieku, raczej nie grzeszą taką otwartością na świat, taką wrażliwością. Przyznam się wam, że odkąd wiem, że autorka jest w moim wieku, ten niezwykle głęboki zbiór historii, stał się dla mnie jeszcze głębszy, jeszcze bardziej poruszający. 

Nie pozostaje mi nic innego, jak polecić wam tę książeczkę z całego serca, naprawdę warto, nie tylko ze względu na tematykę, ale także i wartości przekazywane czytelnikom przez autorkę. 

Monika, podziwiam cię. I nie tylko dlatego, że napisałaś cudowną książkę. Także dlatego, że nie bałaś się zrobić czegoś o czym od zawsze marzyłaś. Nie bałaś się napisać i wydać swoją własną książkę.  Życzę ci jak najwięcej sukcesów! Zasługujesz na to :) I dziękuję ci, że miałam możliwość przeczytać twoją książkę :) 

Gdybym oceniała książki, w skali liczbowej, książka bez problemu otrzymałaby ode mnie solidne i zasłużone 8/10 ;)

Pozdrawiam wam cieplutko i życzę wspaniałego, słonecznego i zaczytanego dnia!
Marlena Marszałek

25.7.17

50. "Promyczek" Kim Holden



Po recenzji "Dworu cierni i róż", nadszedł czas na recenzję kolejnej bardzo wychwalanej książki, o której było równie głośno, jak w przypadku dzieła Sarah J. Maas. Zauważyłam, że bardzo specyficznie podchodzę do powieści, które tak często pojawiają się w zasięgu mojego wzroku. Z jednej strony aż kipię z podekscytowania nie mogąc doczekać się, aż po nią sięgnę, cały czas ją śledzę i dosłownie staję się stalkerem, to z drugiej strony, mam pewne obawy w kwestii tego, czy będzie ona tak dobra, czy sprosta ona moim oczekiwaniom. A bądźmy szczerzy, bardzo często książki o których jest głośno, okazują się być nic nie warte, a opinie o nich przesadzone. Stało się tak np. w przypadku "The Call. Wezwanie", którego ja sama jeszcze nie czytałam, ale zauważyłam, że po ogromnej ilości dobrych opinii, blogosferę zalały recenzje przeciwne, negatywne. Tylko dziś przeczytałam dwa takie posty, w których ta książka nie została dobrze oceniona. 

Nie dziwi mnie to. Każdy człowiek ma inny gust i nie każdemu spodoba się to, w czym my się zakochaliśmy. I dlatego doskonale rozumiem was, gdy piszecie mi w komentarzach do moich opinii, że dana książka się wam nie podobała, że nie przypadła wam do gustu. To jest całkowicie normalne. 

I dlatego, mimo że dreszczyk emocji był, to jednak do "Promyczka" podeszłam z dużą dozą dystansu, starając się nie wymagać zbyt wiele, by w razie czego nie czuć się zawiedziona. I stwierdziłam, że będę czytać powoli, skupię się bardziej na treści nie przelatując stron jedna po drugiej. Przyznam się, że ilość stron w tej powieści odrobinę mnie przeraziła (584) i dziwiłam się, jak to możliwe, żeby tak prostą historię (bo nie ukrywajmy, nie jest ona jakoś bardzo skomplikowana i jedyna w swoim rodzaju, niepowtarzalna), rozpisać w prawie 600 stronach! Bałam się, że mogę się przy niej zanudzić i że bardzo możliwe jest, iż tylko stracę te kilkanaście cennych godzin. 

Mimo wszystko, gdy zobaczyłam to tomiszcze w bibliotece szkolnej, to nie wahałam się ani chwili. Odsunęłam swoje obawy w gdzieś w głąb swojego umysłu, oczywiście odrobinkę ich zatrzymując (tak jak wspomniałam wyżej, aby w razie, gdyby okazało się, że książka nie jest tak dobra, nie czuć się aż tak zawiedziona), wypożyczyłam ją i dzień później po skończeniu "Był sobie pies" zaczęłam czytać "Promyczka". 

I zanim przejdziemy do opisu książki, chcę wam powiedzieć tylko, że nie zawiodłam się. Ale o tym później. 

Życie Kate Sedwick nigdy nie było proste. Było pełne problemów, cierpienia, bólu, przepełnione tragediami, których nikt nie chciałby mieć w swoim życiu. Mimo wszystko zachowała pogodę ducha i jej świat wypełniony był barwami. Z tego powodu, jej najlepszy przyjaciel Gus nazywa ją Promyczkiem. Dziewczyna jest niezwykle bystra, pełna życia, zabawna i posiada wybitny talent muzyczny, tak samo jak jej przyjaciel. Mimo tego nigdy nie wierzyła w miłość. Gdy wyjeżdża studiować do San Diego, nawet przez sekundę nie myśli o tym, że może spotkać tam miłość. Nie spodziewa się, że przyjdzie jej pokochać pewnego mężczyznę, Kellera Banksa. 

Oboje to czują, oboje mają powód by z tym walczyć. I oboje skrywają tajemnice.

Jeśli wyjdą one na jaw mogą uzdrowić. Mogą również zniszczyć. Każdy ma tajemnice. 

Już sam opis brzmiał dla mnie niesamowicie zachęcająco. Każdy kocha tajemnice i nie może się doczekać aż je pozna. Ale nie w tej książce. Dosłownie błagałam autorkę w myślach by to nie była prawda. Marzyłam o tym, by nigdy nie poznać tych tajemnic. A dokładniej tajemnicy Kate. Tajemnicy, która złamała mi serduszko i rozdarła na miliony maleńkich kawałeczków, których po prostu nie dało się zebrać później do kupy. I mimo tego, że teraz, po dłuższym czasie odnalazłam większość z nich, to wciąż nie wszystkie. I wątpię bym je znalazła, w szczególności, że przede mną jest lektura kolejnej powieści Kim Holden, można by powiedzieć, że drugiej części "Promyczka", czyli "Gus". 

Bardzo spodobała mi się okładka "Promyczka", jest delikatna, bardzo sugestywna. Czytelnik patrzy na nią i po prostu czuje jakiś taki wewnętrzny spokój i dziwny przymus by wziąć ja w swoje zachłanne łapki. Uwierzcie mi, ilość zdjęć, które wykonałam z tą książką jako głównym bohaterem, jest po prostu ogromna! Nie tylko wygląda ona przepięknie na zdjęciach, ale również i na półce. Przede wszystkim na półce! Aż żałuję, że niedługo będę musiała ją oddać. 

I teraz chcę się wam do czegoś przyznać. Piszę tę recenzję dosłownie dwa miesiące po przeczytaniu książki. Tak, dwa miesiące. Sama nie wiem dlaczego wcześniej jej nie napisałam. Dziwię się sobie do teraz, że tak długo z tym zwlekałam. Może musiałam po niej odetchnąć, co jest bardzo możliwe. Pamiętam, że jak ją kończyłam, to dosłownie umierałam, cierpiałam przeraźliwie mocno, błagając by to nie było prawdą. Przy ostatnich 50 stronach dosłownie brakowało mi słów, a gdy ją skończyłam to przez długi czas miałam książkowego kaca. I wcale nie przesadzam.

Wiele osób płakało przy tej książce. Ja nie. Czytałam trochę jak robot, starając się nie okazać uczuć, z całej siły ściskając sznurek owinięty dookoła mojego ciała i starając się nie rozpaść się na kawałki. I gdzieś w wirze walki ze samą sobą, zabrakło mi już siły na łzy. 

Jednak, jedna spłynęła. Przetoczyła się przez policzek, na chwilę przystanęła i z bardzo cichutkim dźwiękiem, spadła na kartę książki. Jedna jedyna do granic przepełniona smutkiem i goryczą. 

Nie powiem wam, że "Promyczek" jest książką iście diabelsko dobrą, bo to nie prawda. Wyróżnia się ona pośród innych powieści, jednak nie jest ona ponad wszystkimi innymi. Chodzi mi o to, że jak każda książka, również i ta, nie jest idealna i ma wady, które nie są co prawda jakoś mocno rażące, ale mimo wszystko są i niektórych mogą irytować, denerwować, jak zwał, tak zwał. 

A mówiąc to, mam na myśli jedną z tych wad, która po tak długim czasie odkąd przeczytałam tę powieść, zapadła mi w pamięć i myśl o tym nasuwa mi się za każdym razem gdy spojrzę na tom stojący na półce. Książka ta jest przewidywalna. I to aż do bólu. Ja ledwo przeczytałam kilka stron i już przewidziałam zakończenie. Jednak, spokojnie, nie odrzucajcie jej z listy "Must to read". Jest ona co prawda przewidywalna, ale autorka nadrobiła to i to bez żadnego większego problemu. 

Książka jest napisana genialnym językiem, który nie pozwala się oderwać od książki. Ja czytając ją, czułam się tak niezwykle przyjemnie, uśmiech sam wpływał mi na twarz i dosłownie czułam się jakby promienie słońca muskały delikatnie moje ciało. Dziwne porównanie? Może i tak, ale prawdziwe i pochodzące prosto z serca. Możecie mi nie uwierzyć, ale książkę tę czyta się niesamowicie lekko, mimo że porusza ona tematykę, która w prawdziwym życiu przyprawia człowieka jedynie o łzy i ból. Uwierzcie mi, że jeśli już się wciągniecie, to będziecie czytać aż do ostatniej strony bez przerwy. Chyba, że wasze serce tego nie wytrzyma i siłą zmusicie się aby ją odłożyć i zaczerpnąć tchu. 

Mogłabym już zakończyć tę recenzję, ale nie. Pomęczę was jeszcze trochę, a nuż się uda i przeczytacie całość. Zresztą, chcę wam powiedzieć jeszcze coś o bohaterach. Bo cóż co za recenzja, przydługa co prawda, ale bez nawet słowa na temat bohaterów. Nieładnie tak! 

Zakochałam się w sposobie tworzenia bohaterów przez Kim Holden. Dzięki swojemu świetnemu warsztatowi, autorka stworzyła nie tylko postacie literackie. Napisała je ona w taki sposób, że są jak żywe i niezwykle autentyczne. I automatycznie, ledwo czytelnik wgłębi się w lekturę, stają one obok niego i zaskarbiają sobie one jego sympatię. A przynajmniej tak było w moich przypadku. Stworzenie bohaterów, którzy będą żyć także poza książką, to jest wyczyn godny podziwu. Miałam wrażenie, że Kate jest bardziej prawdziwa niż ja. Imponowała mi i sprawiła, że zapragnęłam stać się lepszym człowiekiem. Zastanawiałam się godzinami, jak to możliwe, że osoba, która tyle wycierpiała, jest tak pełna życia i tak mocno świeci. A Kate naprawdę świeciła! Jej blask dosłownie raził w oczy, tak samo jak w chwili gdy spojrzymy w słońce. To było coś niesamowitego i powiem wam, że dla samej tej bohaterki warto sięgnąć po tę książkę. Chociaż w sumie, jest to głupie stwierdzenie, przecież książka jest właśnie o Promyczku. 

Od książki aż bije ciepło, które, czego jestem pewna w 100%, ogrzeje każdą zmarzniętą i pozbawioną nadziei duszę. Ciepło, które cudownie otuli rozdygotane ciało i sprawi, że nawet najgorszy humor w mig się rozpłynie. Jest ona wprost idealna, jeśli mamy gorszy dzień. Jest w niej coś takiego, no sama nie wiem, coś co podnosi na duchu, ofiarowuje nadzieję. Jeśli właśnie to planowała autorka, to wyszło jej to perfekcyjnie i nie mam zamiaru w żaden sposób tego kwestionować. 

Wydaje mi się, że Kim Holden jest jak taki dobry duszek, który obdarzy ciepłem każdego, kto tego potrzebuje. Pomysł na historię był prosty, ale magiczne pióro autorki sprawiło, że wcale się takowym nie stał. Uwielbiam tę autorkę za to, że jak za pomocą różdżki, przemieniła coś tak prostego, w opowieść, która zapiera dech w piersiach i na długo zostaje nie tylko w pamięci, ale także i w sercu. Za to Kim ma u mnie ogromny plus i już nie mogę się doczekać, aż poznam kolejne jej powieści. Jeśli będą równie cudowne, to na pewno dam wam o tym znać! 

Na koniec pragnę dodać, że mimo tego, że przewidziałam zakończenie, to i tak mnie ono zaskoczyło. Kate miała bardzo wielu przyjaciół, była wspaniałą osobą i bardzo wiele dobrego uczyniła w swoim życiu. Nie potrafiłam uwierzyć, że kogoś tak wspaniałego, spotkał tak straszny los. Ale nic nie poradzimy na to, takie sytuacje się zdarzają. I na przykładzie osób, które mnie otaczają, wiem że zdarza się to bardzo często. Czasami osoby o najczystszych sercach spotykają przeraźliwe rzeczy. Nigdy tego nie zrozumiem, ale niestety nie mogę tego zmienić. 

Polecam wam tę książkę z całego serca. Jest jeszcze wiele aspektów, o których nawet słowem nie wspomniałam, ale szczerze mówiąc, nie mam nawet zamiaru o nich wspominać. W końcu muszę zostawić też coś dla was, a jeśli zdradzę wam więcej, to cała recenzja straci sens. Książka ta, mimo kilku wad jest warta przeczytania, bo obfituje w emocje tak prawdziwe, że aż trudno w to uwierzyć. Jest ona jak promyk słońca padający na twarz. A jestem pewna, że każdy z was uwielbia to uczucie! 

Wybaczcie, że tak się rozpisałam! Kocham was <3 

Dajcie mi koniecznie znać jak podobała się wam ta długachna recenzja! I nie zapomnijcie napisać mi jak podobał się wam "Promyczek", jeśli oczywiście ją czytaliście! 

Pozdrawiam cieplutko i życzę wspaniałego zaczytanego dnia, 
Marlena Marszałek


22.6.17

45. "Kiedy cię poznałam" Cecelia Ahern




Na samym początku pragnę zaznaczyć, że książkę dostałam z okazji booktour organizowanego przez Kacpra z Men's Books, z czego bardzo się cieszę, bo pewnie bez tego, raczej nie spotkałabym się z tą książką. Od Ceceli Ahern czytałam jedynie "Ps. Kocham Cię" i mimo, że ta książka naprawdę niesamowicie mi się podobała, to jakoś nie ciągnęło mnie do innych jej książek. Dlatego też bardzo się ucieszyłam, że Kacper wybrał właśnie tę książkę. A gdy ją przeczytałam, to zakochałam się w niej  po prostu wiem, że muszę sięgnąć po inne książki tej autorki. Ona jest po prostu niesamowita, styl jej pisania jest niezwykły.

Bardzo często zdarza się, że człowiek w pogoni za pracą zapomina samego siebie, gubi gdzieś swoje wewnętrzne dziecko i zamyka się na otaczający go świat. Nie widzi jego piękna, nie czuje nadziei, która rodzi się każdego dnia, ani nie pozwala sobie na odrobinę wolności. Kocha, ale tylko najbliższych i nikogo innego do siebie nie dopuszcza. Aż do momentu gdy nadejdzie zmiana, która nie zależała od niego. Poznanie siebie może być trudniejsze niż się wydaje. Do tej pory cały czas był zajęty pracą, na nic innego nie było ani czasu, ani możliwości, ani nawet chęci. I gdy nagle brak pracy wylewa na niego kubeł wody, człowiek budzi się i widzi w jakim bagnie utknął. Orientuje się, że wciąż stał w miejscu, zamiast ruszyć przed siebie i rozwinąć skrzydła. 

Kimś takim jest Jasmine. Kocha swoją pracę i swoją dotkniętą zespołem Downa siostrę. Praca jest całym jej życiem. I gdy zostaje zmuszona do odejścia z firmy, czuje się jakby ktoś odebrał jej wszystko co dla niej ważne. Bolesnej pustki nie wypełnia miłość do siostry. Stara się egzystować w oczekiwaniu na koniec urlopu ogrodniczego. Jednak jest to dla niej niemiłosiernie trudne. Podczas wielu bezsennych nocy podgląda sąsiada z naprzeciwka - Matta Marshalla, znanego didżeja radiowego. Nienawidzi go, za pewną audycję, w której przewijały się złośliwe komentarze na temat osób z zespołem Downa. Matt zawieszony za wybryki na antenie pije, awanturuje się, jest utrapieniem dla całej okolicy. Zbieg okoliczności sprawia, że Jasmine coraz lepiej go poznaje i mimowolnie zaczyna po trosze uczestniczyć w jego życiu. Każde z nich zmaga się z własnymi problemami i mimo, że na początku nie lubią się, odkrywają, że od niechęci do przyjaźni nie jest daleko.

Na początku bardzo ciężko było mi się wgłębić w fabułę. Zazwyczaj nie czytam książek o takiej tematyce, a to dlatego, że bardzo często mnie rozczarowują. Jednak nie tym razem. "Kiedy cię poznałam" bardzo mnie zaskoczyła. Na początku wydawało mi się, że będzie lekka. Co prawda opis mówi co innego, jednak ja miałam o niej właśnie takie mniemanie. I na początku rzeczywiście tak było, główna bohaterka lekko mnie irytowała, szczerze powiedziawszy sama nie wiem dlaczego. Może to jej styl życia? Jej zachowanie? 

Jednak im bardziej wgłębiałam się w fabułę, tym bardziej byłam zaskoczona. Widziałam powolną przemianę Jasmine i jeszcze wolniejszą Matta. I bardzo mi się to spodobało. Autorka wykreowała postaci perfekcyjnie, widać że dokładnie przemyślała każdy aspekt historii, każdy szczegół. Mam wrażenie, że chciała dać czytelnikowi nadzieję. I udało się jej to. Jej sposób pisania jest niezwykle kojący i przyjemny. Ta książka nie jest czymś wyjątkowym, jednym w swoim rodzaju, czymś co wstrząśnie czytelnikiem do reszty. Jednak ma w sobie coś, co sprawia że czyta się ją z ogromną przyjemnością, coś co uspokaja duszę, obdarza nadzieją. 

Gdy czytałam, to czułam się niezwykle lekko. Siedziałam do późna i czytałam, nie potrafiąc się oderwać. Nie miałam wcześniej pojęcia, że moje serce jest tak obciążone. Ta książka ukoiła moje rozkołatane serce, oderwała mnie od bolesnej rzeczywistości w cudowny sposób, nawet mimo tego, że nie jest niesamowicie porywająca. Jest jak delikatny strumyczek płynący między roślinami w środku lasu, Napisana z niezwykłą lekkością, a uwierzcie mi, że styl w jakim jest napisana jest naprawdę interesujący. 

Ta książka jest jak jeden, ogromny 413 stronicowy list do pewnego mężczyzny. Jednak, ja odebrałam ją troszkę inaczej. Jest ona listem, pisanym do czytelnika. I to jest piękne. Zakochałam się w tym stylu, jest on urzekający i chwytający za serce. Czasami gdy czytałam, miałam wrażenie, że robię coś zakazanego, miałam wrażenie, że czytać coś bardzo prywatnego. I to w pewnym sensie sprawiło, że spojrzałam na tę powieść mniej sceptycznie i zostawiłam dla niej miejsce w sercu. 

Uwielbiam to, że bohaterowie są zwykłymi ludźmi z codziennymi problemami. Jednak Cecelia wykreowała ich w taki sposób, że mimo swojej zwyczajności, są niesamowici. I do tego wątek z Heather, siostrą Jasmine mającą zespół Downa. Była ona cudowną kobietą, nie dało się jej nie lubić. Dzięki tej książce, całkowicie inaczej spojrzałam na osoby z tą chorobą. Zrozumiałam, że mimo że się różnią od nas, to są tacy sami jak my. Autorka stworzyła coś wspaniałego, coś co uświadamia nam, że każdy z nas jest taki sam i każdy z nas zasługuje na szczęście. To było coś przepięknego. 

Jest to opowieść o poznawaniu samego siebie. O szukaniu nadziei i szczęścia. O zmianach, które czasami wytrącają nas z równowagi, sprawiając że nie wiemy co ze sobą zrobić. Jednak mogą być początkiem czegoś pięknego jeśli tylko tego zechcemy. Mogą być początkiem zmian, które odmienią nas i sprawią, że w końcu będziemy szczęśliwi. Może odnajdziemy miłość? Może pasję o której dawno zapomnieliśmy lub nie mieliśmy pojęcia?

Z całego serca polecam wam tę powieść. Jeśli czujecie się przybici, smutni, lub po prostu szukacie książki, która zajmie was na dłuższą chwilę i obdarzy nadzieją, to "Kiedy cię poznałam" jest właśnie dla was. Cecelia ma talent do podnoszenia człowieka na duchu. Ta książka jest po prostu piękna. Delikatna, prawdziwa, poruszająca. A o wielu wątkach wam nie wspomniałam. Jednak musicie je sami odkryć. Będziecie zachwyceni!

Zanim odejdziecie znów mam dla was kilka zdjęć :) Zapraszam <3 
(od razu zaznaczam, pies i kot nie moje, tylko sąsiadki, uwielbiam tych pieszczochów <3)

Kaja z chęcią by przeczytała :D



A Fion chyba nie koniecznie, no cóż, nie każdemu dogodzisz ;)







Jakby ktoś pytał, to szpic miniaturowy wilczasty <3 Uwielbiam ją <3

Aj, trochę nie wyszło, ale Kaja jest przepiękna <3

Pozdrawiam cieplutko i życzę wspaniałego dnia,
Marlena Marszałek

25.5.17

43. "Lato koloru wiśni" Carina Bartsch



Natrafiłam na jedną książkę. Książkę, którą unikałam bardzo długo, szczerze mówiąc bez żadnego większego powodu, ot zwykły kaprys. Nawet nie zagłębiłam się w jej opis, opinie czytelników, nic. Można powiedzieć, że omijałam ją szerokim łukiem. I bardzo się pomyliłam oceniając ją tak pochopnie. Ale o tym przekonałam się do bardzo długim czasie, podczas którego ją unikałam. Nie ocenia się książki po okładce, ja niestety oceniłam. 

Czasami gdy patrzymy na okładkę i tytuł książki może się nam wydawać, że nie jest ona warta poznania. Naszym oczom nie podoba się dany kolor na okładce, albo po prostu nie przyciąga ona waszego wzroku. I mimo, że ciągle słyszymy dobre słowa na temat tej książki, to wciąż nie potrafimy się do niej przekonać. Wydaje się nam, że jest nudna, taka sama jak wszystkie. Jednak z każdym kolejnym poleceniem, każdym kolejnym dniem powoli otwieramy oczy. A może jednak warto? O czym ona jest? Muszę się przekonać, sama zobaczyć, zrozumieć. Tak było ze mną. 

I tym sposobem przybywam do was z recenzją inną niż wszystkie. A może tylko z pozoru inną? Dziś chcę wam opowiedzieć o moim odkryciu tego roku, o książce, którą pokochałam całym serduszkiem, mimo że na początku bardzo się przed nią wzbraniałam. Po tytule posta na pewno już wiecie, jaką książkę chcę wam przedstawić. "Lato koloru wiśni" Cariny Bartsch. Pierwszy raz usłyszałam o niej od Natalii z bloga "Książki widziane oczami Natalii". Bardzo się jej podobała i nakłaniała mnie do jej przeczytania. Po przeczytaniu recenzji tej książki, na blogu Natalii poczułam się bardzo zachęcona. Ale mimo tego i tak zwlekałam. Zanim mi o niej powiedziała nigdy wcześniej nie słyszałam o tej książce. Co w tej chwili mnie dziwi, bo wiem, że jest popularna i wiele osób ją czytało. I dlatego było to dla mnie takie dziwne, jak to możliwe, że wcześniej jej nie znałam? 

I natrafiłam na ebooka. W tamtej chwili wiedziałam, że to znak. Jednak nie wiedziałam wtedy jednej rzeczy, że już od pierwszej strony ruszę drogą bez powrotu, drogę na której każda kolejna strona, będzie budziła we mnie tysiące, jeśli nie miliony emocji! Nie podejrzewałam nawet, jak wspaniała jest ta książka. 

Jest to lekkie love story utrzymane w konwencji romansu akademickiego. Emely, obdarzona odrobinę sarkastycznym poczuciem humoru studentka literaturoznawstwa, szczerze cieszy się z przeprowadzki jej najlepszej przyjaciółki do Berlina. Nie wie jeszcze, że szalona Alex zamierza zamieszkać w mieszkaniu swojego brata, przystojnego, szmaragdowookiego bruneta, z którym Emely łączą niemile wspomnienia. Na szczęście wkrótce dziewczyna otrzyma romantyczny mail od tajemniczego wielbiciela.

I tutaj zaczyna się ostra jazda bez trzymanki, że tak się wyrażę. Może się wydawać, że opis nie brzmi jakoś niesamowicie. Ot, zwykła historia miłosna. Nic wybuchowego, nic wyjątkowego. Błąd! Styl pisania autorki jest cudowny! Lekki, sarkastyczny, pełen humoru. W tamtej chwili brakowało mi czegoś takiego, co zdejmie ciężar, który pozostał po "Folwarku zwierzęcym" Georga Orwella. I przyznam, że przez to, że przed "Latem (...)" czytałam "Folwark", sprawiło, że początek z Cariną Bartsch był dla mnie trudny. Mimo, że styl pisania autorki jest naprawdę cudowny, wcześniejsza lektura sprawiła, że ciężko było mi się przestawić i wdrożyć w nową historię. 

Jednak, nim się obejrzałam dotarłam do ostatniej strony. Nie potrafiłam się oderwać, czytałam wszędzie.  W autobusie (czując na sobie pełne zdziwienia i pogardy spojrzenia), w drodze na autobus (tak, kolejne spojrzenia, kto by się tego spodziewał?), podczas spaceru z psem, w wannie (w tym przypadku musiałam przyjąć pełne irytacji krzyki ojca, który czekał na zwolnienie łazienki), czy w szkole. Mimo, że książka ta ma ponad 500 stron, nie odczułam tego w żaden sposób. Dla mnie było ich za mało, stanowczo za mało. Opowieść, którą stworzyła autorka jest tak świetnie napisana, że jeśli miałabym więcej wolnego czasu, to spokojnie przeczytałabym ją w jeden dzień.  

Od pierwszej strony widać, że Carina Bartsch wie co robi. Ma ogromny talent. Uwielbiam jej styl pisania i nie mogę się doczekać aż sięgnę po drugą część. "Lato koloru wiśni" jest po prostu cudowne! Mogłabym chwalić je całymi dniami, ale byłoby to tylko marnowanie waszego czasu, który możecie wykorzystać na przeczytanie jej i przekonanie się na własnej skórze, że Elyas zawładnie waszym sercem. O tak, przechodząc do pana Szmaragdowookiego, muszę wam wyznać, że pokochałam go całym sercem. 

Nie dosyć, że przystojny, to jeszcze niesamowicie inteligentny. Gdybym mogła to przygarnęłabym go z chęcią do siebie. Mimo, że na początku go nie lubiłam, no bądźmy szczerzy, był arogancki i zarozumiały, nawet piękne oczy nie mogły tego zmienić. Jednak później, gdy mur wokół niego opadał, kruszył się ukazując delikatne, wrażliwe serce, stałam się jak nastolatka (technicznie rzecz biorąc nadal nią jestem, ale czuję się starsza, dlatego tak to ujęłam), która na każde wspomnienie o tym cudownym mężczyźnie, wzdychała i błagała w myślach aby i jej trafił się taki Romeo. Uwierzcie mi, warto przeczytać tę książkę chociażby dla tego chłoptasia. Pokochacie go. Naprawdę ciężko jest go nie pokochać i mówi to osoba, która bardzo specyficznie podchodzi do mężczyzn. 

Aż szkoda, że Elyas nie jest prawdziwy, szkoda. 

Co do Emely, polubiłam ją. Jako osobna postać byłaby nudna (bez Elyasa), chociaż mogę się mylić. Kocham jej relację z szmaragdowookim, to jak się przed nim wzbraniała, jej pełne ironii i sarkazmu słowa, które nie raz doprowadziły mnie do łez, śmiałam się tak bardzo, że dziwiłam się, że to w ogóle możliwe. To było coś pięknego. Coś co czyni tę książkę wyjątkową, mimo że z pozoru nie wydaje się taką. Nie ocenia się książki po okładce ani nawet po opisie. Od tej pozycji, będę o tym pamiętać do końca życia. 

Z całego serca polecam wam "Lato koloru wiśni". Jeśli szukacie czegoś co podniesie was na duchu w złe dni, ta książka jest idealna. Jest cudownie przyjemna dla serca i działa prawie że leczniczo. Co prawda, jeden aspekt w niej bardzo mnie irytował. Mam tu na myśli jej przewidywalność. Pewien wątek w niej jest tak przeraźliwie przewidywalny, że aż nie potrafiłam w to uwierzyć. Nie zniszczyło to mojej przyjemności z lektury, jednak czułam się delikatnie oszukana, czułam się jakby coś mi odebrano. Jednak boski humor, na który natrafiałam prawie że na każdej stronie uratował sytuację. I oczywiście sam Elyas. 

Mimo, że fabuła jest w pewnych momentach przewidywalna, to nie odbiera to przyjemności z lektury. Przynajmniej tak było w moim przypadku. Jest napisana świetnym stylem, który sprawia, że czytelnik nie potrafi się od niej oderwać. W tym przypadku 500 stron to o wiele za mało ;)

Polecam wam tę książkę z całego serducha, czekam na wasze opinie o tym cudeńku! I napiszcie mi, jak podoba się wam okładka. W tej chwili sama nie rozumiem, dlaczego mi się nie podobała. Może po prostu pomińmy tę kwestię.

Życzę wam wspaniałej lektury, 
Marlena Marszałek

10.5.17

42. "Eksplozje" Janusz L. Wiśniewski i inni


Jest wiele powieści, które poruszają kobietę. Nas, kobiety bardzo łatwo przekonać, mimo iż może wydawać się, że jest inaczej. Jednak większość z nich pisana jest przez osobę tej samej płci. Jednak są też opowieści pisane przez mężczyzn, które potrafią trafić do naszego serca bardziej niż niejeden romans, niejedna historia miłosna. Nie zdawałam sobie z tego sprawy dopóki w moje ręce nie trafiła książka zawierająca zbiór niesamowitych opowiadań autorstwa Janusza L. Wiśniewskiego i osiem odpowiedzi na nie, napisanych przez znających się na swoim fachu pisarzy. Nim nie przeczytałam tego zbioru, nigdy bym nie powiedziała, że mężczyzna może wczuć się w myśli kobiety, może ją tak dogłębnie zrozumieć. I nie podejrzewałam nawet ile wspaniałych polskich autorów umyka mi każdego dnia. Nie wiedziałam, jak bardzo ignorancja przesłoniła moje oczy. 

Tak jak wspomniałam wyżej "Eksplozje" to zbiór, łącznie, 16 opowiadań, a wśród autorów możemy odnaleźć znanego wielu osobom Alka Rogozińskiego. Opowieści te są na różne tematy, ale główną myślą przewodnią jest miłość. Ukazana tutaj w niezwykły, z pozoru nie mający powiązania sposób. Każda opowieść jest inna, jedne są całkowicie odmienne od siebie, inne idealnie się uzupełniają, grają najczystszą melodię, łączą się w perfekcyjnie zgrany chór głosów, mimo iż pisały je całkowicie dwie różne od siebie osoby. Każdy autor przekazał od siebie coś wyjątkowego, cząstkę jego życia i myśli, cząstkę jego samego. I to jest niesamowite. 

Nie będę opisywać każdej historii, są one zbyt krótkie, by zdradzać nawet odrobinę fabuły. Uważam, że czytelnik sam powinien się z nimi zapoznać. I przeżyć je na swój własny sposób, prawdziwie i odrobinę samolubnie. Tak książka jest jak kwiat, mający 16 płatków. Są ze sobą idealnie zgrane, przepięknie razem wyglądają, ale jeśli wyrwiesz jeden z nich, całość staje się pusta, brzydka. I dlatego nie zdradzę wam o czym są opowiadania. Mogę powiedzieć jedynie tyle, że poruszają one bardzo mocno, mimo że są spokojne, ciche, a jednocześnie grzmią jak grzmoty podczas burzy. 

Zauroczyłam się w stylu pisania pana Janusza. Pisze on w sposób niezwykły, niby nic zwyczajnego, ale nawet kilka zdań potrafi wciągnąć czytelnika i przekonać by został na dłużej. Dawno nie spotkałam się z takim talentem. Nawet najprostsza historia, pod piórem autora rozkwita i przyciąga oko. Prawda jest taka, że mało kiedy możemy spotkać taki styl. Niezwykle zajmujący, poruszający, inteligentny i tak prawdziwie swojski. Nie wiem dlaczego, może właśnie ze względu na styl, opowiadania pana Janusza czytało mi się najlepiej. Oczywiście, nie mogę zapomnieć o reszcie autorów. Spisali się po prostu wspaniale. 

Bardzo podobało mi się to, jak niesamowicie potrafili się zgrać z dziełami, które stworzył prekursor. Czasami ledwo zarysowane przez niego historie, prowadziły do zazębiających się z nimi kolejnych historii. Nigdy wcześniej się z czymś takim nie spotkałam i uwierzcie mi, czasami naprawdę miałam wrażenie, jakby pisała to ta sama osoba. To było wspaniałe doświadczenie. Obserwowanie jak opowieści płyną i łączą się w jeden strumyk. I tak samo płynęły kolejne strony. Strona za stroną, kartka za kartką, ciemność na polu powoli zmieniła się w jasność, słońce zaświeciło mi w oczy, światło lampki stojącej na parapecie było praktyczne niewidoczne. I koniec.

Gdy czytałam czułam się, kurcze naprawdę ciężko to opisać. Czułam się zrozumiana, moje serce łopotało, gdy ukochani bohaterowie, których znałam ledwo od kilku minut, przeżywali swoje rozterki, problemy. Jednak najbardziej poruszyła mnie odpowiedź na opowiadanie "Anorexia Nervosa" Janusza L. Wiśniewskiego, napisana przez Alka Rogozińskiego o tytule "Jeden dzień w Sarajewie." Gdy je skończyłam, moje oczy były szeroko otwarte ze zdumienia, a serce praktycznie złamane na pół. Zaskoczył mnie. I tak tak bardzo, że w najbliższym czasie pójdę do biblioteki i poszukam książki jego autorstwa. Muszę przekonać się, czy zdoła mnie zaskoczyć jeszcze raz. Wiele razy słyszałam o tym autorze, ale nie byłam przekonana. To jedno opowiadanie całkowicie mnie przekonało.

Całość przeczytałam bardzo szybko. Nie ociągałam się, tak jak to często w moim przypadku bywa, gdy czytam książki. Oczywiście, często nie równa się z bardzo często, bądź zawsze. Zdarzają się perełki, które wciągają od pierwszej strony, poruszają najdelikatniejsze struny serca, spędzają sen z powiek, mimo iż wcześniej ledwo stałam i nie mogłam przestać ziewać. "Eksplozje" są jedną z takich perełek, diamentów. Błyszczą jak diament i zapewniam was, są pozycją obowiązkową na waszej półce. Jest ona pełna emocji, miłości, szaleństwa, a w szczególności prawdy. Jest ona jak najpiękniejszy koncert grany tylko dla ciebie. Polecam z całego serca, nie tylko dorosłym paniom i co najważniejsze, nie tylko paniom! Z tej niecodziennej reakcji łańcuchowej zrodziła się opowieść, która przypomina czytelnikowi, co kiedyś czuł, co nadal przeżywa i czego ciągle pragnie. 

Jest to opowieść pełna uczuć, cierpienia, bólu, pragnień i miłości. Boleśnie prawdziwa i boleśnie piękna.

Z każdą kolejną historią, nasze serce zalicza kolejną eksplozję.

Polecam wam tę książkę z całego serca, pozdrawiam i życzę wspaniałego dnia <3
Marlena Marszałek 

13.4.17

41. "Ponad wszystko" Nicola Yoon


Siedzisz całe życie w domu. Wokół Ciebie są białe ściany. Jesteś ubrana na biało. Oddychasz nieskazitelnym filtrowanym powietrzem. Czujesz się biała, twoja dusza taka jest. Nie wiesz jak to jest naprawdę żyć. Cieszysz się tym co masz, ale nie wiesz czym jest prawdziwe życie. Niby żyjesz, ale tak naprawdę to nie można nazwać tego życiem. Wyobraź to sobie. Straszne prawda? Nigdy nie poznać ciepła słońca, nie poczuć wiatru we włosach, nie ujrzeć piękna przyrody, nie czuć zapachu kwiatów, nie słyszeć śpiewu ptaków. Nigdy nie dotknąć trawy, nie zobaczyć sarny biegnącej przez łąkę, ledwie kilkanaście metrów od Ciebie. Nie czuć kropel deszczu na twarzy, śniegu który opada na brwi. 

To nie byłoby życie. 

A Maddy żyje dokładnie tak jak opisałam wyżej. Jest uczulona na wszystko. Choruje na rzadką chorobę, zwaną SCID. Kontakt z czymkolwiek co nie jest odkażone, może zakończyć się ostrą reakcją alergiczną i, nie ma co się okłamywać, co za tym idzie, śmiercią. Dziewczyna nigdy nie opuszcza domu, a jedyne osoby z którymi ma styczność i które widuje, są jej mama i pielęgniarka Carla. Świat zewnętrzny zna jedynie z książek, które są jej jedynym oderwaniem od smutnej rzeczywistości. Jednak gdy do domu obok wprowadza się nowa rodzina, a jednym z jej członków jest niesamowity chłopak Ollie, dziewczyna postanawia zmierzyć się z tym światem. Czy Maddy podejmie największe ryzyko w swoim życiu? Czy chwilowa wolność jest tego warta? Dziewczyna w każdej chwili może umrzeć. Jednak dla prawdziwej wolności, nawet tak ulotnej, warto oddać wszystko. A co jeśli dziewczyna się myli?

Tak, mówię o książce "Ponad wszystko". I oficjalnie stwierdzam, że to jedyna książka, po której skończeniu nie mogłam uwierzyć, że to już koniec i przeczytałam nawet podziękowania. Byłam zdumiona, zdruzgotana, zdziwiona, zasmucona. Zadawałam sobie wiele pytań, akurat niezwiązanych z fabułą, a książką samą w sobie. Ponad 300 stron, kilka dni czytania na przerwach w szkole i w autobusie i to już koniec? Naprawdę? Dlaczego nadszedł on tak szybko, jak to możliwe? Czyżby ktoś przyśpieszył czas?

Jednak fakty były niepodważalne. Przesuwanie na telefonie na kolejną stronę e-booka ukazało brak kolejnych stron. To naprawdę koniec. Ogarnął mnie przeraźliwy niedosyt. Bolesny i przytłaczający. Nie potrafiłam opuścić Maddy i Olliego. Bardzo mocno zżyłam się z bohaterami i naprawdę było mi trudno i szczerze mówiąc, nadal jest. Przecież skończyłam ją ledwie kilka godzin temu, jeśli spojrzeć na dzień w którym piszę tę recenzję, a nie dzień jej dodania. Pokochałam Maddy za optymizm, którym aż kipiała, mimo tego że była więźniem we własnym domu. Za to, że tak samo jak ja, kochała czytać książki i były one dla niej jedną z najważniejszych rzeczy. Za wygląd i pochodzenie. Pokochałam ją za wszystko. A Olliego za to, że z pozoru był jej całkowitym przeciwieństwem, a gdy byli razem, to miałam wrażenie, jakby byli dwoma idealnie pasującymi do siebie połówkami jabłka. To było piękne!



"Czasami czytam ulubione książki od tyłu. Zaczynam od ostatniego rozdziału i przesuwam się ku początkowi. W ten sposób bohaterowie przechodzą od nadziei do rozpaczy, od samoświadomości do zwątpienia. W romansach pary zaczynają jako kochankowie, a kończą jako dwoje obcych sobie ludzi. Książki o dorastaniu stają się powieściami o utracie sensu w życiu. Ożywają ulubieni bohaterowie."



"Ponad wszystko" czy się niesamowicie szybko i lekko. Jestem pewna, że jeśliby przysiąść do niej raz, a porządnie, to spokojnie przeczyta się ją w dzień, no, ewentualnie w półtora, w co jednak wątpię. A dlaczego? Styl pisania autorki jest prosty, ale niech to cię nie zwiedzie! Za tym stylem kryje się ogromna umiejętność przyciągnięcia do siebie czytelnika i zamknięcia go w sieci z liter. I nawet jeśli nie lubicie zniewolenia, to tym razem jest to czysta, powalająca przyjemność. Ciekawi bohaterowie, wyjątkowy styl pisania, szybko rozwijająca się akcja (nie będąca jednocześnie męcząca), przekaz, miłość i wiele wiele więcej, sprawia, że naprawdę ciężko się oderwać. 

Najlepiej sprawdza się czytanie tej książki w e-booku, gdy jedziesz np. autobusem. Jest ona lekka i nie będzie to żadną przeszkodą. Jednak na tym się nie skończy. Już wcześniej chciałam mieć tę książkę w wersji papierowej, ale gdy już ją przeczytałam, to stało się to dla mnie praktycznie koniecznością. Pokochałam tę książkę i nie mogę pozwolić sobie, by mieć tylko wersję elektroniczną. To byłby zniewaga dla jej geniuszu i wyjątkowości. Za bardzo ją polubiłam i mogę wam zagwarantować, że w waszym przypadku będzie tak samo. 

"Ponad wszystko" nie jest powieścią niezwykła, jedyną w swoim rodzaju, wyjątkową i niepowtarzalną, co jednak nie jest w tym przypadku minusem. Nie jest ona jedną z tych książek po których przeczytaniu masz ochotę rzucić wszystko i wyjechać w Bieszczady. Mam przez to na myśli, że wywiera ona chęć do refleksji u czytelnika i skłania do przemyśleń, ale nie są to przemyślenia, które mogą przejść w czyn. Czujemy się podbudowani, podniesienia na duchu, ale jednocześnie czegoś nam brakuje, po książce pozostaje niedosyt, który pojawia się przez zakończenie, które jest otwarte. Nie jest jasno określone jak kończy się historia. Oznacza to, że autorka zostawiła to w kwestii czytelnika. To od niego i jego wyobraźni zależy jak rozwinie się zakończenie historii Maddy i Olliego. I to bardzo mi się spodobało! Jednocześnie, nie ma co się okłamywać, zakończenie jest przewidywalne. Ja od początku książki, podejrzewałam jak się ona zakończy, co jednak nic książce nie ujęło. Choć sądzę, że u Was może być inaczej, każdy jest inny, więc oczywiste jest, że może kogoś to zrazić.

"Jeśli człowiek nie żałuje, znaczy że nie żył."

Książka pozostawia po sobie miłe uczucie ciepła i przyjemności. Jest ona cudownym wyborem do czytania gdy w naszym życiu są problemy, gdy mamy wiele zmartwień, dzięki jej lekkości i delikatności. Jest jak dotyk pióra na skórze, który porusza serce i sprawia, że bije ono szybciej. Uwierzcie mi, że książka jest warta każdej chwili, którą z nią spędzicie. Pokazuje nie tylko jak ważne jest by prawdziwe żyć, ale także i prawdziwie kochać. Ważne jest by unieść się ponad wszystko i po prostu żyć. Czasami może być to niebezpieczne, ale chwila prawdziwego szczęścia jest tego warta.

Serdecznie polecam Wam tę książkę, uważam że jest ona pozycją obowiązkową na liście każdego prawdziwego książkoholika. A jeśli nie wiecie, w czerwcu do kin trafi film na jej podstawie i sądzę, że jest to dodatkowy powód, by zapoznać się z tą cudowną historią. Także do dzieła kochani, czekam na Wasze opinie :)

Życzę wspaniałego zaczytanego dnia i pozdrawiam cieplutko,
Marlena Marszałek


11.4.17

40. "Diabolika" S. J. Kincaid


Dziś chcę Wam opowiedzieć o książce, która mnie zniszczyła. Zniszczyła jako książkocholika, jak czytelnika i fana książek. I jestem pewna, że Was również zniszczy. I wiem, jak to brzmi. Dokładnie tak miało zabrzmieć. I nawet jeśli w to nie wierzycie, to sami to poczujecie, jeśli tylko przeczytacie książkę o której dziś mówię. Nie będziecie tego żałować, każda sekunda spędzona na czytaniu, na przewracaniu kartek, stanie się cudowną przyjemnością, oddacie ją bez żalu i uczucia, że straciliście czas. Ja nie żałuję. I jestem pewna, że mając 80 lat (jeśli dożyję) będą wspominać ją z radością i nostalgią. 

Wiem, że tematyka tej książki, może niektórym wydawać się zbyt... Niepoważna? Nie poruszająca? I nie warta pamiętania po tylu latach. Jednak ja jej nie zapomnę. A dlaczego? Bo poruszyła moje serce bardziej niż każda inna książka, którą przeczytałam w ciągu ostatnich lat, no może oprócz "Zakazanego życzenia", bo ono także było niesamowite. 

Uwierzcie mi, chcecie poznać uczucie, gdy jedyne co masz ochotę zrobić to wyrzucić książkę przez okno, ewentualnie spalić, albo po prostu odłożyć i już więcej do niej nie wracać. Z jednej strony, chcecie tego, z drugiej nie potraficie tego zrobić. Choć serce krwawi załamane tym co się dzieje, umysł jest zdezorientowany i jakby wypchany watą, palce zdrętwiałe od długiego trzymania książki w dłoniach, to nie potraficie się oderwać. I nawet nie próbujecie z tym walczyć. To uczucie jest zbyt cudowne. 


"Diaboliki nie znają litości.
Diaboliki są silne.
Ich przeznaczeniem jest zabijać w obronie człowieka, dla którego zostały wyhodowane.
Nic więcej się nie liczy.

Wyglądamy jak ludzie. Jesteśmy agresywni, zdolni do bezgranicznego okrucieństwa i absolutnej lojalności. Właśnie dlatego jesteśmy strażnikami zamożnych rodzin.

Służę córce senatora, Sydonii, którą traktuję jak siostrę. Zrobiłabym dla niej wszystko. Teraz, aby ją ochronić, muszę udawać, że nią jestem, zachowując w tajemnicy moje zdolności. Wśród bezwzględnych polityków walczących o władzę w imperium odkryłam w sobie cechę, której zawsze mi odmawiano – człowieczeństwo.

Mam na imię Nemezis i jestem diaboliką. Czy mogę zostać iskrą, która rozbłyśnie w mroku imperium?"

Jednak zanim przejdziemy od moich odczuć na temat "Diaboliki", to powiem Wam jedno. Opis z tyłu książki, który właśnie przeczytaliście, nawet w 1% nie oddaje tego, co znajdziecie w środku. Jest to jedynie maleńka cząstka całości, ziarenko w piasku pustyni. Ja, gdy przeczytałam opis, wiedziałam że muszę mieć tę książkę, ale nawet nie spodziewałam się, że będzie ona tak bosko niesamowita! Gdybym wiedziała, co będę przeżywać, to znalazłabym ebooka, byle szybciej się z nią zapoznać. A gdyby nie Anitka z Legendary Booklover i jej BookTour z tą książką, to nie nadeszłoby to tak szybko. 

Moje początki z Nemezis były, szczerze mówiąc dosyć oziębłe. I szczerze mówiąc, z perspektywy czasu, nie dziwi mnie to ani odrobinę. Nie jest ona człowiekiem i choć od pierwszej strony natykamy się na ból i cierpienie diaboliki, mimo że wprowadza to czytelnika w smutek, litość i poczucie niesprawiedliwości, to w moim przypadku doszło do tego jeszcze jedno uczucie, odraza i niechęć. Nie oznacza to oczywiście, że nie polubiłam bohaterki. Polubiłam ją i to bardzo. Ale byłam do niej specyficznie nastawiona. A z drugiej strony nie mogłam znieść tego jak była traktowana. A to sprawiło, że zamknęłam swoje serce na uczucia, które opisałam Wam wyżej. Już w tamtej chwili czułam, że przede mną bolesna przeprawa, pełna emocji i walki o przetrwanie. 

I miałam rację. 

Z każdą kolejną stroną otwierałam się coraz bardziej, czytałam coraz zachłanniej, oczy śledziły wydarzenia coraz szybciej i szybciej. To było coś niesamowitego! Jak autorka wpadła na taki pomysł, skąd u niej taki kunszt? Skąd ten niezwykły talent i umiejętność rozkochania w sobie czytelnika? Pokochałam Tyrusa, Nemezis, nawet Sydonię, której naprawdę strasznie nie lubiłam na początku i także w pewnym momencie fabuły, w którym jej pojawienie się, tak strasznie mnie zirytowało, że miałam ochotę siłą ją wyrwać z kart powieści. 

Czemu jej tak nienawidziłam? Bo kochałam Nemezis (nadal kocham oczywiście). I mimo że Sydonia była wspaniałą dziewczyną, o dobrym sercu, która troszczyła się o swoją diabolikę, to na samą myśl o niej coś mnie ruszało i zaciskałam pięści na kartach książki. Zrozumiecie to uczucie, jeśli tylko sięgniecie po książkę, do czego zachęcam Was z całego serca! I żadnego ale! Każdy z Was musi ją przeczytać, jeśli nie to poleci foch. I mówię całkowicie poważnie. 

Fabuła jest bardziej skomplikowana, niż mogło się na początku wydawać. Podczas czytania, na jaw wychodzą takie rzeczy, że czytelnik naprawdę nie wie co ma pomyśleć. Uwielbiam tajemnice, które zawarła autorka w powieści. Jednocześnie te tajemnice, przyprawiły mnie o uczucia, które opisałam Wam na samym początku. Po skończeniu żałowałam, z całego serca żałowałam, że sięgnęłam po tę książkę, jednocześnie żałowałam że to już koniec. Byłam straszliwie rozdarta i nie potrafiłam od razu odłożyć książki. Trzymałam ją w dłoniach kolejne kilkanaście minut, a w mojej głowie kotłowało się tysiące myśli. Byłam pod wrażeniem. 

Książkę czyta się szybko i zaangażowaniem, oderwanie się od niej, na zwykłe pójście na "siku", jest naprawdę trudne, uwierzcie mi. Czytałam w autobusie, w szkole, w wannie. W każdym możliwym miejscu, które stanęło mi na drodze podczas czytania. 

Pokochałam z całego serca postacie wykreowane przez  S. J Kincaid, świat, a takze historię. A sama Nemezis, cóż za ognista kobieta (diabolika). A wątek miłosny, bo nie mogę pominąć faktu, że takowy się tutaj pojawia, dosłownie zwalił mnie z nóg i stał się moim ulubionym. 

Chciałabym napisać Wam coś więcej, ale mimo że skończyłam tę książkę tydzień temu, to naprawdę ciężko mi zebrać słowa. 

Więc dodam jeszcze tylko jedno ( i od razu przepraszam, za użycie tego słowa, ale w ogromnym stopniu idealnie oddaje ono to, co czułam i czuję, po zakończeniu książki. Może to delikatnie ująć wyrazu opinii, którą wyraziłam wyżej, ale uznaję za konieczność by użyć tego określenia. Jednocześnie nie jest to tylko moje zdanie na temat tej książki).

Diabolika jest zajebista. Nic dodać, nic ująć. 

Pozdrawiam serdecznie z całego serducha i życzę cudownego, słonecznego, zaczytanego dnia!
Marlena Marszałek



19.3.17

39. "Zakazane życzenie" Jessiki Khoury


Jestem pewna, że każdy z Was zna "Baśnie tysiąca i jednej nocy". Na pewno kojarzycie Ali Babę, Sindbada czy Aladyna. Dla wielu z nas te opowieści są cudownym wspomnieniem dzieciństwa, które sprawia, że na naszych twarzach wykwita najpiękniejszy z uśmiechów. Ten, który jest odzwierciedleniem uśmiechu małego dziecka. Pełnego prawdziwej radości i szczęścia. Praktycznie niemożliwe jest aby je zapomnieć, już nawet nie mówiąc o tym, że nikt by tego nie chciał. Dobre wspomnienia są najważniejsze w życiu, bo napędzają nas, byśmy zdobywali kolejne. Znamy je po części z filmów, czy bajek. A także z książek.

Dziś jednak mało kiedy trafia się na powieść, której akcja umieszczona jest w magicznym uniwersum baśni Szeherezady. Chyba, że po prostu ja ich nie zauważam, co jest całkiem możliwe, nie powiem, że nie. Jednak mało kiedy trafiają się perełki, które na długo zostaną w pamięci czytelnika. Jednak ostatnio, u nas w Polsce, premierę miała pewna książka, o niezwykle pięknej okładce i intrygującym tytule. Jak tylko zobaczyłam, że będzie miała premierę i zobaczyłam opinie na jej temat, to od razu wiedziałam, że muszę się z nią zapoznać. A opis tylko mnie utwierdził w przekonaniu, że szykuje się coś wyjątkowego. Jestem pewna, że wiecie o czym mówię. Oczywiście, że o "Zakazanym życzeniu" autorstwa Jessiki Khoury. Ciężko jest ją pominąć, okładkowe sroki od widząc błyszczącą niczym złoto okładkę, od razu się na nią rzucą. Co do tego nie mam wątpliwości.

"Kiedy Aladyn odnajduje magiczną lampę, Zahra zostaje przywrócona światu, którego nie widziała od pięciuset lat. Ludzie i dżinny pozostają w stanie wojny, więc aby przetrwać musi ukrywać swą tożsamość. Przybierając różne kształty, będzie trwać przy swoim nowym panu aż do czasu, kiedy ten wypowie swoje trzy życzenia. 

Wszystko się komplikuje, gdy Nardukha, potężny król dżinnów, oferuje Zahrze szansę całkowitego uwolnienia od magii lampy. Uratowanie siebie oznacza jednak zdradę Aladyna – człowieka, w którym Zahra... Zakochała się wbrew sobie. Teraz musi podjąć dramatyczną decyzję: wybrać między wolnością a uczuciem – zakazanym, lecz silniejszym niż wszystko, co znała do tej pory".

Gdy widziałam dobre opinie na temat tej książki, to wiedziałam, że będzie ona jedyna w wyjątkowa. Wychwalała ją nie tylko Colleen Houck (autorka mojej ukochanej "Klątwy tygrysa"), czy Marissa Meyer ("Saga księżycowa"), a nawet sama Sarah J. Maas (chyba nie muszę mówić, jak sławna ona jest? Na pewno każdy z was kojarzy "Szklany Tron")! Miałam do niej ogromne oczekiwania i tutaj, wyznam szczerze, że nie do końca je ona spełniła, ale nie jest to broń Boże wada! Po prostu oczekiwałam zbyt wiele, jednocześnie nie oznacza to, że książka jest słaba. Po prostu spodziewałam się czegoś innego i podczas czytania, jakaś cząstka mojej książkowej duszy, dawała mi znać, że się pomyliłam. Szeptała mi cichutko do ucha, że to nie to. Winę za to ponoszę tylko i wyłącznie ja, bo opowieść jest świetna. Jednak pod koniec, gdy dotarłam do ostatnich stron i odkryłam tajemnicę pewnego bardzo ważnego w historii pierścionka, to ledwo utrzymałam łzy. Ciężko było mi je powstrzymać, ale dałam radę. Nagle cała książka nabrała nowego sensu i urosła w moich oczach. 

Byłam niesamowicie zaskoczona i rozwiązana zagadka wyzwoliła we mnie wiele uczuć. W tamtej chwili nie wiedziałam czy się cieszyć, czy płakać, naprawdę. Podczas przygody z Zahrą i Aladynem, nawet mi do głowy nie przyszła odpowiedź na pytanie, "skąd jest pierścień"? To właśnie on doprowadził chłopaka do Zahry, więc miałam w głowie kolejne pytanie, "Dlaczego akurat Aladyn?". Ale nie domyśliłam się. I dzięki temu, zakończenie opowieści było tak magiczne, tak niesamowite. Uwierzcie mi, to było coś wspaniałego! 

Książkę czyta się lekko. Każda litera jest jak dym, każda litera przewija się przed oczami czytelnika i nim się obejrzy, nadejdzie ta ostatnia strona. Główni bohaterowie są tak wykreowani, że od razu wzbudzają sympatię i stają się jak żywi. Przez to, opuszczenie światu "Zakazanego życzenia" jest naprawdę trudne i nie przesadzę mówiąc, że i bolesne. Pokochałam tę powieść za niezwykłą lekkość z jaką płynie akcja. Nie jest za szybka, ani za wolna. Jest jak wartki strumyk, który w odpowiednich momentach zwalnia i pozwala się bardziej wczuć w uczucia bohaterów, a w innych przyśpiesza, by nadać akcji więcej powagi i przyprawić czytelnika o szybsze bicie serca. Bardzo mi się to podobało i z radością pochłaniałam kolejne strony. 

Czasami mam problem, żeby zagłębić się w historię. Jednak nie w tym przypadku. Styl pisania autorki jest fascynujący, w pewien sposób wyjątkowy. Historię opowiada nam sama Zahra. Widać, że Jessica Khoury doskonale przemyślała w jaki sposób chce ująć swoją historię. Opowiadając ją z perspektywy Zahry, wczuła się w nią tak, jakby nią była. Widać, że dłużej myślała nad tym jak to opisać. I wyszło jej to niesamowicie. Miałam wrażenie, że ten cudowny dżinn naprawdę istnieje i sam spisuje swoją historię.

Kochani, mogę wam zagwarantować, że pokochacie tę książkę, tak bardzo jak ja ją pokochałam. Nie chcę szukać w niej wad, nawet jeśli jakieś są, to uczucia jakie we mnie wzbudziła niwelują je. Pokochałam ją za styl pisania, motyw zakazanej miłości, magię, a także niezwykle wzruszającą i poruszającą historię. Możliwość zapoznania się z nią, była czymś wspaniałym. I mam nadzieję, że autorka napisze kolejne książki, oparte na świecie baśni tysiąca i jednej nocy. Bo pustkę, jaką w tej chwili czuję w sercu, mogą wypełnić tylko dwie rzeczy. Przeczytanie "Zakazanego życzenia" jeszcze raz, albo przeczytanie kolejnej książki autorstwa Jessiki Khoury.

"Zakazane życzenie" jest jak spektakl, który rozgrywa się wokół nas. Pełna emocji, barw i magii, kręci się jak karuzela migocąc milionami barw. Historia sama w sobie jest ciekawa, ale gdyby nie styl autorki, to sądzę, że nie poruszyłaby tak bardzo mojego serca. "Zakazane życzenie" jest jak klejnot, który przyciąga oko nie tylko okładką (która swoją drogą jest naprawdę piękna!), ale w szczególności zawartością. Jest jedyna w swoim rodzaju i nie do przebicia. 

Za możliwość przeczytania tej książki z całego serca dziękuję Wydawnictwu SQN.

9.2.17

38. Seria Niefortunnych Zdarzeń "Przykrego początku" Lemony Snicket

Jestem pewna, że każdy z Was, ogladając youtube, albo telewizję, albo po prostu przeglądając Snapchata, bądź Facebooka, choć raz natrafił na pewną reklamę. Spoziera z niej na nas trójka uroczych dzieci i dziwnie wyglądający mężczyzna, posiadający tylko jedną brew. W sensie, monobrew. Coś czuję, że już wiecie o czym mówię. Mocno reklamowany stworzony przez Netflixa serial, który ostatnio miał swoją premierę. Tak, mówię o "Serii Niefortunnych Zdarzeń".


A wiecie, że został stworzony na podstawie książek?

Cały czas słyszę tylko o tym. Seria Niefortunnych Zdarzeń, Seria Niefortunnych Zdarzeń, Seria... Tu reklama, tu snapy dziewczyn prowadzących blogi książkowe, na który wychwalają książki pod niebiosa. Każdy mój ruch w internecie śledził straszliwy Olaf, czekając aż zapoznam się z przygodami rodzeństwa Baudelaire. Chociaż nazwanie tego przygodą jest wielkim błędem. To raczej pechowe sytuacje, tak jak tytuł serii mówi, niefortunne zdarzenia. W końcu nie wytrzymałam. Co to za seria książek, tylko rok młodsza niż ja, której ja nie znam? Jak to możliwe, że będąc dzieckiem, nigdy nie miałam z nią styczności? Dlaczego wszyscy ją tak wychwalają? 

I pożyczyłam. Od razu pięć tomów. "Przykry początek", "Gabinet Gadów", "Ogromne Okno", "Tartak Tortur" i "Szkołę Antypatii". Zaczęłam czytać i przepadłam. Do teraz głowię się, jak to możliwe, że nie znałam tych książek. 

Dziś opowiem Wam troszkę o "Przykrym początku", może innym razem zahaczymy o kolejne tomy, jeśli oczywiście będziecie chcieli. Cała seria ma 13 tomów, więc mój pomysł jest taki, że teraz zrecenzuję Wam tom pierwszy, a potem podsumuję całą serię. Recenzja każdego tomu z osobna, zniszczyłaby Wam przyjemność z czytania, a uwierzcie mi, nie chcecie tego. Cała przyjemność jest właśnie w tym, że nie wiemy co nas czeka i brniemy (w znaczeniu dobrym oczywiście) w smutną historię genialnych dzieci. 

"Przykry początek", jak sam tytuł tomu wskazuje, zaczyna się przykro i to ogromną tragedią. Dzieci otrzymują straszną wiadomość podczas pobytu na plaży i od tamtej chwili gonią ich same nieszczęścia. Mimo, że są niezwykle inteligentne, pech kurczowo się ich trzyma. Chociaż nazwanie pechem, tego co ich spotyka jest kolokwialnie mówiąc, niefortunne. Dzieci od tego momentu wiodą żywot pełen przykrości i łez, który czytelnik powoli poznaje w kolejnych tomach. Ale my dziś tylko o "Przykrym początku".

W tym jednym tomiku, liczącym zaledwie 172 strony, dzieci dużo wycierpią. Wiele rzeczy utrudnia im życie: poprzez chciwego łotra, do pożaru, po spisek mający na celu zagarnięcie ich majątku. To nie może sie dobrze skończyć.

Tak też poznajemy 14-letnią Wioletkę, 12-letniego Klausa i bobasa Słoneczko. Każde z rodzeństwa jest inne, posiadają cechy, które je wyróżniają, co bardzo mi się podobało, np. Słoneczko, ma 4 ząbki i jej największą pasją jest gryzienie wszystkiego, co jest naprawdę urocze!

Mimo, że książka ta przeznaczona jest dla dzieci, absolutnie nie przeszkadza to by sięgnął po nią starszy czytelnik.  Dla dziecka będzie wspaniałą rozrywką, a osobę dorosłą skłoni do refleksji i pewnych przemyśleń. I również będzie ogromną przyjemnością. Nie sposób pominąć tej niezwykłej historii. Zapewniam, że na jednym tomie Wasza przygoda się nie skończy. Ja, pierwszy tom skończyłam w dwie godziny i to nie tylko za sprawą większej czcionki. Historia ta, choć pełna przykrości, wciągnęła mnie niesamowicie. Sama nie mogłam uwierzyć, że tak szybko ją pochłonęłam. Ledwo dotarłam do ostatniej strony, już tęskniłam za rodzeństwem Baudelaire. 

A najgorsze jest to, że byłam wtedy poza domem i nie miałam przy sobie tomu drugiego. Uwierzcie mi, chciałam jak najszybciej wrócić do domu i znów przywitać się z dziećmi. Choć ich historia jest przykra, czego nie ukrywam, to właśnie to po części sprawiło, że nie mogłam się od niej oderwać. Było to dla mnie coś całkowicie nowego. Coś innego! Każda książka kończy się happy endem, łotr zostaje pojmany, bohaterzy są szczęśliwi. Ale w tym przypadku autor od razu mówi, że tutaj jest inaczej. 

Zachwycam się nie tylko nad samym pomysłem. Uwielbiam tę książkę (jako że piszę dziś o pierwszym tomie, to "książkę", ale czytaj to "serię"), za to, że jest taka nieszablonowa. Tutaj wszystko jest możliwe. W jednej chwili, opowieść, która prawdę mówiąc, naprawdę mogłaby się wydarzyć, staje się magiczna i nierealna. W jednej chwili, gdy wydaje się, że zaraz nastąpi kolejna tragedia, dzieci wpadają na niezwykły pomysł, który jest niczym cud i prawie magicznie wychodzą z opresji. 

Niesamowite jest to, że ta seria tak bardzo wciąga. Gdy zaczynałam się nią interesować, spodziewałam się czegoś całkowicie innego. Trailer serialu wprowadził mnie w pewnien sposób w błąd, ale jak teraz się nad tym zastanowię, to zdaję sobie sprawę, że serial a książka, to coś całkowicie innego. Jednak nie zmienia to faktu, że oczekiwałam czegoś innego. I dzięki Bogu, że nie dostałam tego, co sobie wyobrażałam. Ta książka jest o niebo lepsza od tej mojej wymyślonej wersji. 

Uwielbiam bohaterów. Są prości, ale jednocześnie bardzo wyjątkowi i niepowtarzalni. Lemony Snicket stworzył postaci niesamowicie charakterystyczne, które na długo zapadają w pamięć. Nie sposób o nich zapomnieć. Właśnie za to kocham książki, dla młodszych czytelników. Proste, ale wyróżniające się czymś ciekawym, pełne postaci, które od razu podbijają serce. 

Moje serce podbiło Słoneczko. Za każdym razem, jak o niej czytam, to uśmiech sam wchodzi na moją twarz, nawet jeśli okoliczności raczej temu nie sprzyjają. Ten malutki bobas jest naprawdę uroczy i jak sobie wyobrażam jej malutką twarz, z czteroma ząbkami, to aż chce mi się śmiać. Ciekawa jestem jak oddali ją w serialu. 

Także, podsumowując. Książkę tę kocham za historię, za bohaterów i w szczególności za to, że jest tak inna od reszty książek. Jeszcze nigdy nie spotkałam się z takim podejściem w książce, dlatego bardzo mnie to na początku zdziwiło. Nie sposób nie ubóstwiać tej książeczki (reszty także, oczywiście). Czyta się ją szybciutko, dzięki powiększonej czcionce i małej ilości stron. Podziwiam autora, że w zaledwie 172 stronach zmieścił tyle treści! I podziwiam za pomysł. I za bohaterów. A także za piękne, klimatyczne rysunki Bretta Helquista. Są one bardzo specyficzne, ale cudownie uzupełniają opowieść, cieszą oko swoją innością. Ciężko jest mi opisać jak cudne są, sami musicie się przekonać.

Okładka jest przepiękna, bardzo mi się spodobała, ma pewien urok, któremu nie mogłam się oprzeć Już nawet nie mówię o innych tomach. Wszystkie razem wyglądają po prostu obłędnie i bardzo zachęcająco. 

Ta książka (seria) jest dla mnie absolutnym hitem tego roku i nie mogę doczekać się, aż zacznę czytać kolejny tom, który w tej chwili leży grzecznie w plecaku i czeka na lekcję religii. Żałuję, że nie mam tych książeczek na własność, muszę sobie je sprezentować. Dalej nie mogę się nadziwić, że wcześniej nie słyszałam o tej serii. To po prostu jest dla mnie hańba. Może lepiej już więcej o tym nie mówmy, bo tylko się pogrążam. 

Polecam Wam "Przykry początek", z całego serca! Reszty nie polecam. A dlaczego? Bo sądzę, że jeśli sięgniecie po tom pierwszy, nie będziecie potrzebować mojego polecenia, żeby przeczytać kolejne. Jeśli macie zamiar pożyczyć tę serię w bibliotece, to radzę od razu zaopatrzyć się w kilka tomów, inaczej będziecie cierpieć jak tylko skończycie pierwszą część, a tego raczej nie chcecie. Nie ważne ile macie lat, "Seria Niefortunnych Zdarzeń" jest jedną tych serii, które są ponadczasowe i każdy znajdzie w niej coś dla siebie.

Wioletka, Klaus i Słoneczko już na Ciebie czekają! ;) Daj im tę odrobinę uśmiechu, której tak im brakuje.

Pozdrawiam cieplutko i życzę zaczytanego niefortunnego dnia <3
Marlena Marszałek

Szablon dla Bloggera stworzony przez Devon.