Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty

1.12.17

Blogmas 1 - Grudniowe premiery książkowe i filmowe.


Pragnę was oficjalnie powitać w Blogmasie! Razem ze mną, każdego dnia będziecie odliczać czas jaki pozostał do świąt. Dziś jest pierwszy grudnia, więc do świąt jeszcze tylko 23 dni. Razem ubierzemy choinkę, pokażę wam moje przygotowania do świąt. Będzie mnóstwo recenzji, ale nie tylko! Szykujcie się na tagi, zabawy, może nawet post w którym razem z innymi blogerami polecę wam książki idealne na zimę? Chcecie?  

W tamtym roku próbowałam to zrobić (użyłam tylko innej nazwy), ale nic z tego nie wyszło. Moje lenistwo osiągnęło granicę granicy i pojawiły się ledwo 3 posty. Żałosne, prawda? Tym razem będzie inaczej! Poprosiłam brata, by wyszukał dla mnie 24 cytaty i wydrukował je dla mnie. Dziś wylosujemy pierwszy z nich i zobaczymy, co takiego ciekawego przekaże nam los. Do tego, będzie kalendarz adwentowy, jednak nie dziś, nie zdążyłam jeszcze kupić. Przy okazji, strasznie zirytowało mnie to, że nie ma żadnych kalendarzy adwentowych dla książkocholików. To smutne. Może za rok zrobimy taki? Co wy na to? A w nim zakładki, jakieś gadżety związane z naszymi ulubionymi książkami? To byłoby świetne! Szkoda, że takowy jeszcze nie powstał. 

Ale mniejsza z tym, dziś jako że jest pierwszy grudnia, to oczywiste jest to, że czas na książkowe premiery. Jednak, grudzień ma to do siebie, że wychodzi naprawdę niewiele książek i nawet nie ma z czego wybierać. No niestety. Za to styczeń, ach, jakież cudeńka wyjdą w styczniu, mówię wam! Cud, miód i orzeszki ^^ + fajerwerki. 

Dziś wyjątkowo, wybrałam dla was tylko pięć książek. Nie chcę niczego wybierać na siłę, więc będzie tylko pięć. Do tego kilka filmów wartych uwagi! Także, dosyć tej gadaniny, bo jak tak dalej pójdzie, to nawet nie zauważę, że już 6 grudnia i mikołaj się skrada do mojego pokoju. 



"Strażnicy Ga'Hoole. Tom 1. PorwanieLasky Kathryn | Data premiery: 13 grudnia 2017 r. | Wydawnictwo: Nowa Baśń | Cena: 34,90 zł | Liczba stron: 350


Wypchnięty z gniazda przez starszego brata i skazany na pewną śmierć, Soren zostaje porwany przez członków Akademii Osieroconych Sów św. Aegoliusa. Wraz z nową przyjaciółką, sprytną i uszczypliwą Gylfie, postanawia odkryć prawdziwy i złowieszczy cel tej niezwykłej szkoły, a także odnaleźć tajemniczych Strażników Ga'Hoole.

Seria „Strażnicy Ga'Hoole” to klasyczna opowieść o męstwie i bohaterstwie w straciu dobra ze złem. To przygoda pełna adrenaliny, napięcia, a także miłości i lojalności. W 2010 roku Zack Snyder (300, Sucker Punch, Liga Sprawiedliwości) nakręcił świetnie przyjętą filmową adaptację trzech pierwszych tomów serii (tj. Porwanie, Podróż i Ratunek) pod tytułem Legendy Sowiego Królestwa.




"Pamiętnik księżniczki" Carrie Fisher  | Data premiery: 6 grudnia | Wydawnictwo: Znak | Cena: 39,90 zł | Liczba stron: 288

Nie wszystkie księżniczki żyją w wysokich wieżach. Niektóre kręcą gwiezdne wojny.


Kiedy Carrie Fisher po latach odnalazła swój pamiętnik prowadzony podczas kręcenia pierwszych "Gwiezdnych wojen" sama była zaskoczona tym, co tam znalazła. Wydawało się, jakby pisały go dwie osoby – wrażliwa romantyczka i młoda, energiczna dziewczyna szukająca silnych wrażeń.



Dla młodziutkiej Carrie rok 1977 okazał się przełomowy. Otrzymała rolę, która na zawsze stała się jej alter ego. Po latach sama powiedziała, że księżniczka Leia to część jej osobowości. Zadurzona w filmowym partnerze – Harrisonie Fordzie spełniła swój sen i przeżyła płomienny romans z kapitanem Sokoła Millenium zarówno na jak i poza ekranem. W swojej ostatniej książce rozwiewa plotki i zdradza, co się wtedy wydarzyło.



Fisher z rozbrajającą szczerością pisze o swoim szalonym życiu w Hollywood, olbrzymich pieniądzach i cenie sławy. "Pamiętnik księżniczki" to ostatnia książka Carrie Fisher i opis jej drogi przez ciemną i jasną stronę mocy.


"Face Paint. Historia makijażu" Lisa Eldridge | Data premiery: 4 grudnia 2017 r. | Wydawnictwo: Znak | Cena: 69,90 zł | Liczba stron: brak inf

Szminka, puder, tusz do rzęs. To z nimi zaczynamy poranki. Tak jak miliony kobiet przed nami. Makijaż nie jest nowym wynalazkiem. Jego długą i pasjonującą historię pokazuje Lisa Eldridge, światowej sławy makijażystka, rozchwytywana przez takie domy mody, jak Prada i Chloé. Wykonuje makijaż Kate Winslet, Keiry Knightley czy Emmy Watson. W książce odsłania przed nami sekrety kreowania wizerunku ikon mody od Audrey Hepburn po Madonnę i Amy Winehouse. Pokazuje, dlaczego tak wiele z nas się nimi inspiruje. Być może Ty sama malujesz oczy w taki sam sposób jak Marilyn Monroe.

Ta książka to także niesamowite opowieści o ludziach, którzy z tworzenia piękna uczynili swoją życiową misję. O twórcach współczesnego przemysłu kosmetycznego, takich jak Helena Rubinstein, Max Factor, Elizabeth Arden czy Estée Lauder.

Poznaj pełną urzekających fotografii biografię makijażu. Odkryj, skąd bierze się jego intrygujący czar, który tak nas fascynuje i pociąga.


"Cydr z Rosie" Lee Laurie | Data premiery: 4 grudnia 2017 r. | Wydawnictwo: Zysk i S-ka | Cena: 39,90 zł | Liczba stron: 296


Wraz z Lauriem Lee podróżujemy w przeszłość, do czasów tuż po I wojnie światowej, do małej i ubogiej angielskiej wioski w hrabstwie Gloucester. To tam w gronie licznego rodzeństwa, pod opieką porzuconej przez męża matki, autor spędził dzieciństwo i wczesną młodość. Wśród nieokiełznanej przyrody wioski Slad położonej w dolinie, odciętej od świata zewnętrznego, życie mieszkańców trwa od wieków niemal w niezmienionej formie. Autor niezwykle sugestywnie, plastycznie i z poczuciem humoru odtwarza zapomnianą już Anglię, swój raj na ziemi, który wojna i cywilizacja zniszczyły bezpowrotnie. Dzięki zapiskom powstała kronika tradycyjnego wiejskiego życia przyciągającego i zniewalającego swoim urokiem, pełnego zapachów, kolorów i dźwięków, któremu kres położyła nowoczesność.

"Cydr z Rosie" przyniósł Lauriemu Lee światową sławę. Książka sprzedała się milionach egzemplarzy i doczekała się ekranizacji przez stację BBC.


"Julia zaczyna od nowa" Katarzyna Misiołek | Data premiery: 6 grudnia 2017 r. | Wydawnictwo: Muza | Cena: 39,90 zł | Liczba stron: 416

Dwie wchodzące w dorosłe życie córki, odrobinę narcystyczna i bardzo absorbująca matka, nękana poczuciem winy siostra i były facet, który zdaje się nie rozumieć słowa „koniec”. Julia, czterdziestosześcioletnia rozwódka, balansuje pomiędzy potrzebą zadbania o samą siebie, a nieustającymi problemami własnej rodziny. Praca, dom, dogadzanie córkom, opieka nad matką sprawiają, że dni Julii są niemal bliźniaczo do siebie podobne. Jednak przyjaźń z mieszkającym po sąsiedzku ekscentrycznym muzykiem, sprawia, że Julia zaczyna marzyć o czymś więcej. O czymś tylko dla siebie, o czymś tajemniczym, o smaku zakazanego owocu. O życiu, w którym można odciąć się od całego świata i powiedzieć „teraz ja!”. O chwilach samotności, która porządkuje myśli i o podróży w miejsca gdzie nikt nie powie jej, co ma robić, jak żyć i kim być. I Julia w tę podróż wyrusza, ale czy tęsknota za wolnością wygra w niej z poczuciem obowiązku i miłością do rodziny? Czy można nagle ruszyć przed siebie, nie oglądając się na swoich bliskich i czy ta upragniona wolność naprawdę smakuje aż tak słodko?


FILMY

"Mikołaj i spółka" w kinach od 6 grudnia 2017 r. | Komedia, Familijny

Te święta miały być jak każde inne – wesołe, ciepłe i oczywiście pełne prezentów wysypujących się spod choinki. Nagle jednak okazało się, że może nie być ich wcale! Nikt nie chciałby znaleźć się w stroju Świętego Mikołaja, który tuż przed Wigilią dowiaduje się, że wszystkie jego elfy zachorowały i nie pomogą mu zapakować nawet połówki najmniejszego z prezentów. 

Najsłynniejszy brodacz świata musi czym prędzej wezwać zaprzęg najdzielniejszych reniferów, chwycić lejce i pomknąć magicznymi saniami na poszukiwanie lekarstwa, które uzdrowi jego pomocników… i uratuje tegoroczne Święta. Na swojej drodze spotyka zakręconą rodzinę, która pomoże Mikołajowi w jego szalonej misji. Gwiazdka tuż tuż – liczy się każda sekunda!





"Dżungla" w kinach od 22 grudnia 2017 r. | Biograficzny, Dramat

Grupa przyjaciół pod opieką przewodnika wyrusza do boliwijskiej dżungli, by odnaleźć ukrytą w dziczy wioskę Indian. Wskutek nieprzewidzianych wydarzeń ekspedycja, która miała być przygodą życia, zamienia się w koszmar. Oddzielony od grupy Yossi (Daniel Radcliffe), cudem unika śmierci, ale gubi się w środku zielonego piekła. Pozbawiony jakiejkolwiek pomocy i zapasów, ma jeden cel. Przetrwać!











"Jumanji: Przygoda w dżungli" w kinach od 29 grudnia 2017 r. | Fantasy, Przygodowy

Kiedy dzieciaki odkrywają starą konsolę gier wideo z grą "Jumanji", o której nigdy dotąd nie słyszały, natychmiast przenoszą się w świat niebezpiecznej dżungli. To właśnie w niej dzieje się akcja gry, a one stają się awatarami postaci, które wybrały: zapalony gracz Spencer staje się odważnym łowcą przygód (Dwayne Johnson), fan piłki Fridge zamienia się (według własnych słów) w Einsteina (Kevin Hart), Bethany – popularna dziewczyna z sąsiedztwa – staje się profesorem w średnim wieku (Jack Black), natomiast niepozorna Martha przybiera postać nieustraszonej wojowniczki (Karen Gillan). Wkrótce odkrywają, że w Jumanji chodzi nie tylko o grę, ale przede wszystkim o przetrwanie. Aby wygrać i powrócić do realnego świata, będą musieli wyruszyć w najbardziej niebezpieczną przygodę życia, odkrywając prawdę o sobie, albo pozostać w świecie gry na zawsze…




Z premier książkowo-filmowych to już tyle. Nie ma tego wiele, ale to normalne w grudniu. Także, pozostaje mi jedynie wylosować cytat i będziemy się żegnać. 

Cytat na dziś brzmi: 

"Może z czasem zobaczymy rzeczy, których, jak dotąd, nie możemy sobie wyobrazić."
Galileusz

Podoba mi się ten cytat, można go interpretować na wiele sposobów i sposób interpretacji zależy tylko i wyłącznie od człowieka :)

A tutaj mam dla was niespodziankę KLIK <3

Koniecznie napiszcie, czy coś was zaciekawiło, którą z książek byście przeczytali? Który film byście obejrzeli? Czekam na wasze komentarze! A my widzimy się jutro w recenzji najcudowniejszej książki tego roku. Serdecznie zapraszam, byście odwiedzili blog jutro i w kolejnych dniach <3 Będzie mi naprawdę bardzo miło! 

Pozdrawiam cieplutko i życzę dużo śniegu! (A jeśli go nie lubicie, to życzę zero śniegu :3) 
Marlena Marszałek

24.9.17

Filmowa Niedziela #2 - Hazard, intrygi, krew, czyli "Tazza 2: Hidden Card".


Korea. Dzieli się na Południową i Północną. Piękny kraj podzielony przez dyktatorów. Niestety, wiele osób, gdy słyszy "Korea Południowa", od razu ma złe skojarzenia. Gdy powiedziałam mamie, że chciałabym tam pojechać, zaczęła mówić, że chyba oszalałam, nie pozwoli mi się tam pchać, po co w ogóle miałabym tam jechać. Jednak ciągnie mnie tam, każdego dnia wyobrażam sobie, jak po raz pierwszy stawiam stopę w Seulu. Nie będę się wypowiadać na temat sytuacji politycznej, bo moja przygoda z Koreą Południową jako krajem, dopiero się zaczęła. Co prawda w październiku minie dwa lata jak słucham k-popu, który niejako ją tworzy, to nie interesowałam się niczym poza muzyką. Od niedawna powoli moja miłość przesuwa się też na inne dziedziny koreańskiej kultury. Filmy, książki, sławetne dramy, ubiór czy tradycje. I dziś, jako że mamy filmową niedzielę, to opowiem wam o filmie, którym wczoraj obejrzałam i w którym po prostu się zakochałam, i jak tylko skończę pisać tego posta, to lecę obejrzeć go jeszcze raz.  Opowiem wam o "Tazza 2: Hidden Card" (nie sugerujcie się dwójką w nazwie, nie jest to druga część filmu, a jedynie remaster produkcji która pojawiła się kilka lat wcześniej).


Dae Gil (Choi Seunghyun) to młody mężczyzna, który ma naturalny hazardziany talent. W związku z tym, ze zwykłego dostawcy jedzenia szybko staje się gwiazdą podziemnego światka. Zarabia sporo i cieszy się przy tym uznaniem szefa, dzięki czemu dostaje odpowiedzialne zadanie oszukania pewnej majętnej wdowy. Jednak ostatecznie wszystko kończy się nie tak, jak powinno. Okazuje się, że intryga goni intrygę, a zaufanie komukolwiek może zakończyć się bardzo źle. Zaczyna się ostra jazda bez trzymanki, miłość, krew, pot i łzy, a co najważniejsze hazard. 

Nie oszukujmy się, jako że zawsze staram się być z wami szczera, to już na wstępie chcę się przyznać, dlaczego w ogóle sięgnęłam po ten film. Gdyby nie to, a raczej on, to nawet bym nie spojrzała na tę produkcję. Obejrzałam ją tylko i wyłącznie dla T.O.P (Choi Seunghyun), jednego z członków zespołu BigBang, który uwielbiam tak przeraźliwie mocno, że mogłabym słuchać tylko ich. A sam Seunghyun, jest u mnie na pierwszym miejscu, nie tylko w kwestii piosenkarzy, czy raperów, ale także, jak się wczoraj okazało, także i aktorów. Nie dosyć, że niesamowicie przystojny, o głębokim głosie, który nie raz sprawił że miałam ciarki na całym ciele, to jeszcze genialnie gra. Do tej pory nie wierzyłam, że mogę pokochać go jeszcze bardziej. Błąd, błąd, błąd! Po tym filmie na moim telefonie pojawiło się 70 nowych zdjęć, w tym gify, które po prostu uwielbiam! 


Oczywiście, jak zawsze, za bardzo się rozwodzę. Oprócz wspomnienia o genialności Top jako aktora, nic więcej o samej produkcji wam nie powiedziałam. Zapewne już wiecie, (jeżeli czytaliście moje wcześniej posty), że jestem typem osoby, która jeśli coś się jej spodoba, to potrafi mówić o tym godzinami, a posty nie raz osiągają kolosalną długość i ilość wyrazów. Czasami może za bardzo skupiam się na własnych odczuciach, emocjach które targają moim sercem i umysłem, sprawiając że obijają się one o ściany ciała. Ale sądzę, że gdy mówimy o książkach, bądź filmach, to jest to bardzo ważny aspekt opinii. Ja sama nienawidzę bezpłciowych recenzji, w których jedyne co autor takowej napisze, to opis filmu i że był fajny, bądź nie. To nie oto chodzi. 

Heo Mi-na i Dae Gil
Także, wracając do filmu. Trwa on prawie 2 i pół godziny. Nie wiem dlaczego, ale jak tak teraz o tym piszę, to brzmi to lekko przerażająco. 2 i pół godzinny film o hazardzie? Przecież to będzie nudne, komu by się chciało to oglądać. Nie patrzcie na jego długość i nie sugerujcie się nią. To, że film jest długi, moim zdaniem świadczy tylko i wyłącznie o tym, że historia w nim zawarta, po prostu na to zasłużyła. W tym przypadku nie było nawet sekundy, w której odwróciłabym wzrok, nudząc się podczas jakiejś nijakiej sceny. Uwierzcie mi, jak już zaczniecie oglądać, to cały ten czas zleci wam jak minuta. Ja sama zaczęłam w nocy, coś koło 24.00. Na początku byłam trochę śpiąca, ale wartkość akcji, to co działo się na ekranie momentalnie mnie rozbudziło (i nie mam tu na myśli gołej klaty Seunhgyuna),oglądałam z zapartym tchem i szeroko otwartymi oczami. Były momenty, co dosłownie krzyczałam szeptem, ( w końcu rodzice po powrocie z osiemnastki mojego kuzyna spali sobie grzecznie na parterze, obudzenie ich nie wchodziło w grę) rozpaczając nad losem głównego bohatera, a były też chwile co się uśmiechałam się jak głupia i wpatrywałam się w ekran laptopa z szeroko otwartymi oczami (tak, scena z gołą klatą Seunghyuna). Bardzo przeżywałam ten film i wprost nie mogłam się od niego oderwać. Zachwycałam się nie tylko grą aktorską, ale także pomysłem na fabułę, genialnymi ujęciami i ruchem kamery, czy wszechobecnym dymem, krwią, walką, pięknymi kobietami, pięknymi mężczyznami, hazardem, spojrzeniami pełnymi zacięcia. 


Nie miałam wrażenia, że oglądam film koreański, co specjalnie podkreślam. Po dramach wiem, że koreańskie produkcje filmowe, mają to do siebie, że naprawdę mocno się wyróżniają. Dla mnie to dobrze, bo jestem zapoznana z kulturą tego kraju i uwielbiam to, ale niestety osoby, które nie miały wcześniej z nią styczności, może to odpychać, nie ważne jak świetna będzie dana produkcja. A w przypadku "Tazzy" jest całkowicie inaczej. Widać, że to Korea, ale film jest stworzony w taki sposób, że bardzo przypomina kino amerykańskie, co sądzę że jest w tym przypadku ogromnym plusem. Ten film przyciąga, ma w sobie coś takiego, co do ostatniej sekundy nie pozwala się oderwać. Ukazanie tej ciemnej strony Korei, ciemnej strony człowieka, pragnącego jedynie pieniędzy i który dla nich jest gotów zrobić wszystko, wprawia momentami w osłupienie. To nie jest prosty film.


Muszę przyznać, że jego głębokość momentami sprawiała, że pękało mi serce. Cała akcja prowadzona jest bardzo tajemniczo, każda scena jest przykryta woalem intryg, które sprawiają że musimy się naprawdę mocno skupić, jeżeli chcemy wyłapać istotne szczegóły, mimo że tak naprawdę możemy je ujrzeć bez większego problemu. Nie ma tutaj tajemnicy. Wszystko mamy podane jak na talerzu, nic tylko siadać i zajadać. Jednak, to nie o tajemnicę, a o smak dania się tutaj rozchodzi. Bo mimo, że wygląda ono prosto, to jeżeli je przekroimy i spróbujemy, to odkryjemy ból, smutek, cierpienie, odkryjemy podekscytowanie tym co dzieje się na ekranie. "Tazza" nie jest płytkim filmem, czasami ni z tego, ni z owego, trafimy na moment, który swój początek miał poza ekranem, nie mieliśmy o nim pojęcia i nagle go utracimy (jak obejrzycie, to będziecie wiedzieć o który moment mi chodzi), zaboli nas to bardziej niż mogłoby się wydawać. I dla takich chwil, warto obejrzeć ten film, bo niektóre sceny w nim potrafią poruszyć nas bardziej, niż reszta. Ta jedna scena, o której teraz mówię, niesamowicie mną poruszyła i zasmuciła. Sprawiła, że czułam się jakbym coś straciła. 

Nawet dla niej jednej, warto było obejrzeć tę produkcję. 

Zakochałam się w tym filmie, bezgranicznie i niezwykle mocno. Zaczęłam oglądać dla Choi Seunghyuna, skończyłam go ze świadomością, że był on cholernie dobry. I jestem pewna, że nie raz do niego wrócę. Może to dziwne, ale ten film strasznie mi się kojarzy z "Iluzją". Nie bardzo rozumiem skąd w mojej głowie takie skojarzenie. I trochę mnie to dziwi. Jednak niezaprzeczalnie, z nią właśnie mi się kojarzy. Może to przez końcowe sceny, które były naprawdę ekscytujące i oglądałam je z zapartym tchem (tak, także dlatego że Seunghyun był topless), nie mogąc doczekać się jak rozwinie się akcja. To było niesamowite! 

Każdy z bohaterów ma niezwykły charakter, każdy z nich był idealnie napisany i doskonale zagrany. Strasznie polubiłam Heo Mi-nę (graną przez Shin Se-kyung), która miała naprawdę niezły charakterek i już od samego początku wiedziałam, że odegra jakąś bardzo ważną rolę w fabule. I nie myliłam się. Co do złych bohaterów, którzy zazwyczaj byli bossami hazardzianej mafii (można tak to w ogóle nazwać?), to nienawidziłam ich całym sercem, więc jak widać, spełnili oni swoją rolę. Denerwowało mnie to, że dla pieniędzy (im większych tym lepiej), potrafili zrobić wszystko. Byli do cna zgnici, przeżarci przez hazard. A to, co jeden z nich zrobił Dae Gilowi (główny bohater), sprawiło że ogarnęła mnie przeraźliwa wściekłość i miałam ochotę udusić gnoja gołymi rękami. 

Ogromnym plusem w produkcji jest muzyka. Idealnie dopasowana, nadająca klimatu, momentami wprawiająca w doskonały humor. Jest ona bardzo ważnym aspektem w filmie i bez niej naprawdę wiele by stracił. Do tego, wyżej wspomniani aktorzy, ujęcia, fabuła, akcja i mamy dzieło, które swoją wyjątkowością chwyci nie jedno serce. Moje chwyciło i to wyjątkowo mocno. Jestem pewna, że i wam film się spodoba! Koniecznie musicie go obejrzeć, bo naprawdę warto. Co prawda, jak każdy film, także i ten ma wady, których nie da się ukryć, np. dziwny wątek miłości, która pojawiła się znikąd, bez żadnego powodu, ot tak. Na początku trochę mi to przeszkadzało, nie znali się, a Dae Gil poleciał jedynie na jej piękną twarz, dopiero później bardziej się poznali i zakochali w sobie, z drugiej strony, później zrozumiałam, przyswoiłam ją i pokochałam tę miłość. Mimo wad, film ma w sobie coś takiego, co sprawia że wprost nie można się oderwać (co powtórzyłam już chyba ze 4 razy w całej tej opinii), co w dużym stopniu zawdzięcza aktorom. 

Wiem, że moja opinia to straszna plątanina myśli. Mam jednak nadzieję, że zachęciłam was do obejrzenia tej produkcji, uważam że naprawdę warto, nie ważne czy jesteście zapoznani z Koreą czy nie ;) To istna kwintesencja tego, czego wymagamy od filmów. Niczego mu nie brakuje, możecie spędzić przy nim genialne dwie i pół godziny. Serdecznie go wam polecam! 

Pozdrawiam i ściskam, Marlena Marszałek

17.9.17

Filmowa Niedziela - Klauny, baloniki, krew, czyli moje spotkanie z "To".



Wyobraź to sobie. Czerwony balonik powoli unosi się nad studnią. Delikatnie kołysze się na wietrze, a ty zastanawiasz się, co jest do niego przywiązane. Zaciekawiony podchodzisz bliżej. Nie boisz się, póki balonik nie obraca się i twoim oczom nie ukazuje się napis "Dzisiaj zginiesz". Stwierdzasz jednak, że to jakiś głupi żart. Zerkasz do studni i okazuje się, że niczego tam nie ma. Wzdychasz z ulgą, powoli się obracasz i twój wzrok pada na stojącego z tobą klauna i jego otwartą paszczę pełną zębów. Wita cię on wesołym głosikiem, po czym wybucha złowieszczym śmiechem i rzuca się na ciebie. Chcesz krzyczeć, ale nie możesz wydobyć z siebie głosu. Chcesz uciekać, ale nogi odmawiają posłuszeństwa. I nagle, gdy zębiska są o krok od twojej twarzy, twój kolega rzuca takim tekstem, że momentalnie wybuchasz śmiechem. Cały misternie budowany klimat poszedł się... (dobrze wiemy co), a ty rżysz jak głupi.

Dokładnie tak czułam się podczas oglądania "To". 

Ginie chłopiec Georgie, ubrany w żółtą kurteczkę, na deszczu, puszczał zrobioną przez brata łódeczkę. Niestety, łódka spływa do kanałów. Chłopiec jest załamany, nachyla się nad dziurą odpływową i wypatruje prezentu od brata. Nagle jego oczom ukazuje się klaun i patrzy prosto na chłopca. Zdobywa jego sympatię, a później wciąga do kanałów. Już nigdy więcej nikt nie zobaczył chłopca w żółtej kurteczce. Rok później, gdy dzieci nadal giną, brat Georgie, Bill razem ze swoimi przyjaciółmi, postanawia stawić czoła temu czemuś, co porywa dzieci. Chcą odkryć co tak naprawdę się stało i kto za tym stoi. Nawet nie spodziewają się, jakie zło kryje się w kanałach. I ile krwi przyjdzie im przelać, ile strachu zalęgnie się w ich żyłach, by je mogli go pokonać. 

Nie powiem, żebym miała jakieś wielkie nadzieje, jednak normalne jest, że jeżeli człowiek idzie do kina na horror, to oczekuje od filmu, że się przestraszy. Co prawda, ja jakąś wielką fanką horrorów nie jestem, dopiero od niedawna zaczęły mi się one podobać, jednak tylko wtedy gdy oglądam je z kimś. Sama za bardzo się boję.  Gdy oglądałam trailer i zdecydowałam się, że koniecznie muszę pójść na ten film do kina, nie spodziewałam się Bóg wie czego, a to dlatego, że nigdy nie miałam styczności z ekranizacjami książek Stephena Kinga, ba!, nawet jego książek nie czytałam. Co prawda, nie będę tego ukrywać, zaczęłam "Carrie", "Smętarz zwierząt" i taką inną o psie, której tytułu nie pamiętam, ale za bardzo się bałam, by je skończyć. Z tych też powodów, nie wiedziałam czego oczekiwać od filmu, nie miałam żadnego porównania z książką, ani nie znałam twórczości autora.  

Jedyne czego oczekiwałam to solidnej dawki dreszczy i dobrej, mocnej historii. A  nie ma co ukrywać, w takim przypadku klimat jest bardzo ważny. Bo jeżeli osadzimy horror w jakimś jasnym miejscu, a kadry będą żywe i kolorowe, to nie ma opcji by widz czuł niepokój, a zbudowanie klimatu na takiej podstawie będzie naprawdę trudne. Chociaż mogę się mylić, nie obejrzałam zbyt wielu horrorów w swoim życiu, dlatego moja opinia może być trochę niezgodna z opinią weteranów horrorów. Nie ważne ile krwi nawalimy, ile screamerów wrzucimy, naprawdę ciężko jest się bać, gdy mamy wyżej wspomniany przypadek. A do tego, jeżeli jeszcze dorzucimy bohatera, który cały czas będzie rzucał głupimi tekstami, przy których widz uśmieje się jak nigdy, to nawet jeśli uda się nam zbudować klimat, to po takim zabiegu rozpłynie się on niczym mgła. Chyba nie o to chodzi w horrorze. 

Pennywise był bardziej śmieszny niż straszny. Ale mimo wszystko, podziwiam aktora, który wcielił się w jego rolę.

I to bardzo mnie raziło w "To". Nie zaprzeczę, doskonale się bawiłam, uśmiałam się lepiej niż przy wielu komediach i naprawdę polubiłam, a nawet pokuszę się o wyrażenie, pokochałam bohaterów. Jednak, nie ma co ukrywać. Nazywanie tego filmu horrorem, to kpina, niedopowiedzenie, żart. Tak, wiem jak to brzmi. Jednak, jeżeli czujecie się obrażeni, to posłuchajcie tego (a raczej przeczytajcie to). Klimat byłby genialny, ale użycie jasnych i żywych kadrów, całkowicie i rażąco innych od znanych nam z horrorów ciemnych, szarawych scen a także jeden z bohaterów, który jak wspomniałam wcześniej, bardzo skutecznie sprawiał, że cały niepokój, który mimo wszystko udało się temu filmowi wykrzesać ze mnie, sprawiały że został on błyskawicznie rozładowany. Przez cały film, trwający 2 godziny i 15 minut, przestraszyłam się 2 razy. Jedynie dwa razy. I tutaj w mojej głowie pojawiło się pytanie, wyrosłam ze strachu, czy po prostu film nie jest straszny? Odpowiedź jest prosta. Ten film nie jest horrorem. Nie jest straszny. 

Dla porównania, opiszę wam jak się czułam po obejrzeniu "Kiedy zgasną światła". Gdy oglądałam, były momenty że dosłownie zasłaniałam oczy, nie chcąc patrzeć na to co się dzieje na ekranie. Po wyjściu z kina, trzęsłam się tak bardzo, że koleżanka, z którą byłam na seansie, śmiała się ze mnie przeraźliwie. Musiała mnie przytrzymywać, żebym przypadkiem nie wpadła w jakiś słup. A gdy później, w ciemnościach, jedynie przy świetle latarki z telefonu, szłam do domu, to dosłownie przebiegłam od jednej latarni do drugiej, w obawie, że jeżeli będę dłużej w ciemności, to w moje gardło wbiją się szpony o długości kilkudziesięciu centymetrów a moim oczom, tuż przed śmiercią, ukaże się przeraźliwa twarz potwora. Tej nocy zasnęłam przy zapalonym świetle, plecy mając tak spięte, że naprawdę ciężko było mi zasnąć. I taki film można nazwać horrorem. 

Bill i Beverly
Po "To" nic takiego nie czułam. Nie bałam się, że nagle z kanałów usłyszę krzyk maltretowanego dziecka, wołającego o pomoc, albo że jeżeli się odwrócę to zobaczę mnóstwo czerwonych balonów i w ułamku sekundy zostanę pożarta przez stojącego za nimi klauna. I dlatego też, mimo że film naprawdę mi się niesamowicie podobał i wprost nie mogę doczekać się drugiej części, to czuje się zawiedziona. Nawet mimo tego, że tak naprawdę nie oczekiwałam wiele. Bo nawet tych małych oczekiwań ten film nie spełnił, co niestety trochę mnie zasmuciło. Jednak, nie chcę wam przedstawiać tylko minusów filmu, bo nie chcę was do niego zniechęcić a jedynie wyrazić swoją opinię na jego temat, pokazać jego wady i zalety, zady i walety. A nie same wady, bo to nie o to tutaj chodzi. 

Teraz zastanawia mnie jedno. Czy w książce było lepiej? Czy jest ona bardziej straszna? Chyba będę musiała się sama przekonać. Jedno mogę oddać filmowi. Zachęcił mnie do sięgnięcia po twórczość Stephena Kinga. I do przekonania się, czy pierwowzór jest lepszy. Jednak, coś sądzę, że na pewno. Bardzo często jest tak, że książka jest o wiele lepsza od ekranizacji, czemu sądzę, że nie zaprzeczycie.


Ogromnym plusem są bohaterowie i obsada. Genialnie wykreowani przez Stephena i doskonale zagrani przez młodziutkich aktorów. Najbardziej polubiłam Billa. Grający go aktor Jaeden Lieberher nie dosyć, że jest naprawdę przystojnym chłopcem, to niesamowicie podobał mi się jego głos i gra aktorska. Przy żadnych z aktorów nie miałam wrażenia, że są sztuczni, grali bardzo dobrze, tak że naprawdę uwierzyłam, że są tymi postaciami. Stali się jednością, co bardzo podziwiam. Wracając jednak do Billa, chłopak jąkał się i to może też dzięki temu poczułam do niego ogromną sympatię. Sama należę do osób jąkających się, co niestety bardzo skutecznie sprawia, że bardzo mało się odzywam. I zawsze czuję jakąś dziwną więź z osobami, które również się jąkają, nawet jeżeli są to postacie fikcyjne. A Billa nie da się nie lubić. Doskonale wykreowany i doskonale zagrany. Naprawdę go polubiłam i sądzę, że warto było obejrzeć ten film, nawet tylko dla niego ;)

Jednak, hej!, nie zapominajmy o reszcie bohaterów (zachęcam was do zapoznania się z obsadą na stronie Filmwebu). Wiem, że pewnie czekacie, aż opowiem wam o nich coś więcej. A tu figa z makiem, bo nie opowiem. Sami musicie się przekonać jacy są inni bohaterowie. Nie mogę odebrać wam tej przyjemności. Powiem jedynie, że naprawdę warto, bo są genialni. Każdy ma swój unikalny charakter i każdy coś wnosi do filmu. Oprócz Billa polubiłam również Beverly. To co przeżywała ona każdego dnia, było straszne i sama myśl o tym przyprawiała mnie o dreszcze. To, jak dla mnie, było straszniejsze od klauna, od krwi, od śmierci, którą zadawały zębiska potwora. Nigdy nie chciałabym, by takie coś przydarzyło się mnie. Już chyba wolałabym umrzeć. I dlatego, niesamowicie podziwiam Beverly, że po tym wszystkim potrafiła jeszcze być silna i potrafiła kogoś pokochać, że mimo tego co się jej przytrafiło, wciąż czuła i nie zamknęła się w sobie. 

Co do historii, to jak najbardziej na plus. Jednak trochę brakowało mi tego horrorowego klimatu, tajemnicy. Mimo wszystko, nie sądzę że "To" jest złym filmem. Broń Boże! Genialna ścieżka dźwiękowa, przemyślana historia, zwroty akcji i jak to nazywam, wścibskie dzieciaki, o durnym poczuciu humoru, czynią z tego filmu coś wartego obejrzenia. Do czego oczywiście jak najbardziej was zachęcam! Jeżeli dopiero zaczynacie swoją przygodę z tym gatunkiem i nie chcecie zaczynać, od mrożących krew w żyłach filmów, to ten będzie dla was idealny. Uwierzcie mi, nie będziecie się bać. Głupie żarciki, śmieszne sytuacje, rozładują kłębiący się w was niepokój i dzięki temu będzie się wam przyjemniej oglądało. 

Od lewej: Stanley, Mike, Richie, Bill, Beverly i Ben.

Jednak, jeżeli pochodzicie z grupy miłośników horrorów, a na waszym koncie jest wiele genialnych produkcji, przy których strach towarzyszył wam praktycznie w każdej sekundzie, to będziecie zawiedzeni, a może nawet i znudzeni. Nie ma co tu kryć, jeżeli oczekujecie mocnych wrażeń, to nie szukajcie ich tutaj, bo tylko się rozczarujecie. Mi się bardzo podobało, bo nie oczekiwałam wiele. I jeżeli macie w planach obejrzeć ten film, to nie nastawiajcie się na wybuchy, strach wykręcający żołądek, dreszcze i ściśnięte gardło, bo się zawiedziecie. "To" ogląda się naprawdę przyjemnie i jestem pewna, że jeszcze nie raz do niego wrócę, jednak nie uznaję go za horror, prędzej za komedię z elementami horroru. Nie czuję się zawiedziona (no może odrobinę), bo bawiłam się naprawdę doskonale i bardzo miło wspominam seans. I z niecierpliwością czekam na kolejną część, która na pewno się pojawi. 

A wy? Oglądaliście "To"? Jak się wam podobało? Co sądzicie o tym filmie? A może czytaliście książkę? Piszcie w komentarzach! :D


Pozdrawiam was serdecznie i życzę miłego dnia <3 
Marlena Marszałek


7.8.17

Z miłości do Bollywood #1 - Czyli coś o Shahrukh Khanie i filmie "Nazywam się Khan".


Odkąd pamiętam, uwielbiałam oglądać hinduskie filmy. Zakochałam się w dzwoniących dzwoneczkach, w wirującym sari, w brzdęku bransolet na kostkach dziewczyny. W czerwonej kropce na czole, tej odrobinie cynobru. Zakochałam się w tańcu, w muzyce, w śpiewie. Potrafiłam godzinami słuchać piosenek z filmów, a łzy same spływały po policzkach i spadały na ziemię. Kupowałam płyty, jeden film potrafiłam obejrzeć kilka razy i do dziś moja miłość nie wygasła, a trwa już pewnie ze 12 lat. Gdy byłam małą dziewczynką, to właśnie Bollywoody puszczane wtedy jeszcze w telewizji, sprawiły że jestem kim jestem. Chodziłam po domu, tańczyłam, śpiewałam po hindusku, zagłębiałam się w hinduską kulturę, marzyłam o własnym sari, o własnej przepięknej historii miłosnej, o weselu jakiego nikt nie miał. Uwielbiam hinduskie tradycje, obyczaje, na samą myśl o tym na twarzy pojawia mi się uśmiech. 

 Jednak, jest coś, a raczej ktoś, kto sprawił, że Bollywood jest dla mnie tak ważne. Osoba, mężczyzna, o wiele ode mnie starszy, ale ileż ja nocy przeleżałam, wyobrażając go sobie jak stoi obok mnie, młody, przystojny, z tym cudownym uśmiechem na twarzy, lekko zmrużonymi oczami i patrzy na mnie. Po prostu patrzy i się uśmiecha. Dałabym wszystko, by choć raz móc go zobaczyć na żywo, dotknąć jego dłoni i powiedzieć: "Dziękuję za wszystko, za każdy film w którym zagrałeś, za każdą historię którą opowiedziałeś. Zmieniłeś moje życie Shahrukh Khan. Dziękuję". 

Bollywood to piosenki. 

Bollywood to filmy, które łamią serca. 

I nie ma co się oszukiwać. 

Bollywood to Shahrukh Khan. 




Pamiętam pierwszy film jaki z nim obejrzałam. "Gdyby jutra nie było". Miałam wtedy ledwo 7 lat, ale nigdy nie zapomnę tego, jak strasznie cierpiałam. Patrzyłam na niego swoimi niewinnymi oczami, wszystko doskonale rozumiałam. Już wtedy zrozumiałam, że stanie się częścią mojego życia. Po tym filmie nie potrafiłam o nim zapomnieć. 

Więc oglądałam kolejne. "Czasem słońce, czasem deszcz", "Czasem nie, czasem tak", "Blisko siebie", "Veer Zaara", "Żona dla zuchwałych", "Om Shanti Om", "Miłość żyje wiecznie", "Nigdy nie mów żegnaj", "Jestem przy tobie". Ciężko  było mi obejrzeć film hinduski, w którym nie gra Shahrukh Khan.

I dziś obejrzałam kolejny. Ledwo pół godziny temu i jestem w takim szoku, że po prostu musiałam napisać tego posta. Miała to być recenzja filmu. "Nazywam się Khan". 

Rizvan Khan, jest mułzumaninem. Cierpi na autyzm, czyli tzw. zespół aspergera. Może wydawać się, że taka osoba nie odnajdzie miłości. Ale Rizvan odnalazł, przepiękną Mandirę. Odczuwa on uczucia w innym sposób niż my, jednak nadrabia ogromnym intelektem. Jednak, jego szczęście kończy się w chwili ataku terrorystycznego na World Trade Center, 11 września 2001 r. Jego ukochana, będąc w rozpaczy po utracie najważniejszego w jej życiu, każe Rizvanowi odejść, przekonać świat że nie jest terrorystą. 

Więc mężczyzna rusza przed siebie, przez Amerykę i ma jedno postanowienie. Spotkać się z prezydentem i powiedzieć mu jedno zdanie. "Nazywam się Khan i nie jestem terrorystą". 

Wcześniej wiele razy słyszałam o tym filmie, często był wymieniany jako najlepszy film w którym Shahrukh Khan zagrał. Jednak zwlekałam. I to długo, bo ze dwa lata. Jednak dziś, w nagłym przypływie tęsknoty za ukochaną twarzą, przeglądając na filmwebie filmy w których grał, natknęłam się na ten. I włączyłam. 

Nie miałam nawet pojęcia, jak wiele łez wyleję, ile razy będę się śmiać, ile razy głupio uśmiechać oglądając cudownego głównego bohatera. Ten jeden, jedyny raz nie widziałam na ekranie Shahrukh Khana. Widziałam na nim Rizvana Khana. 


Nie potrafię nawet opisać jak doskonale Shahrukh zagrał. Tego po prostu nie da się opisać, to trzeba zobaczyć. Po tym filmie urósł on w moich oczach jeszcze bardziej. Podziwiałam go już wcześniej, ale teraz mój podziw wyszedł poza skalę. Zagranie osoby chorej na autyzm nie jest proste. Trzeba się wczuć w tę osobę, wiedzieć co myśli, jak się czuje, jak się zachowuje. Bo wystarczy jeden błąd i grana przez aktora postać staje się nieautentyczna, nieprawdziwa. Jednak nie w tym przypadku. Nie mam żadnych zastrzeżeń co do gry aktorskiej. Jestem pod tak ogromnym wrażeniem, że ledwo mogę zebrać myśli. Myślałam, że po roli Kajol w filmie "Fanaa", w którym grała ona niewidomą, nic mnie tak nie zaskoczy jak ona. A tu proszę, wystarczyło tylko rozejrzeć się i obejrzeć "Nazywam się Khan". 

Historia sama w sobie jest przepiękna. Mamy tu nie tylko wątek rasizmu, ale także ogólnej fobii i strachu na tle mułzumanów. Możemy zobaczyć jakie skutki, dla normalnych, dobrych żyjących w Ameryce mułzumanów, powstały w wyniku ataków terrorystycznych. Każdy, kto wygląda jak islamista, od razu jest za niego uznawany. Ludzie się boją, wyszydzają, dręczą, odrzucają. Najgorsze jest to, że nie cierpią tylko mułzumanie, ale też hindusi, sithowie i wiele innych nacji. Cierpią dzieci, ich matki, ich ojcowie. A przecież to, że ktoś wyznaje islam, nie znaczy wcale, że jest terrorystą. Cudownie pokazana jest przemiana głównego bohatera, który z zamkniętego w sobie, przerażonego chłopca, staje się mężczyzną, mężem, ojcem, co wcale nie jest dla niego łatwe. Jest nieporadny, ale stara się. Stara się, bo kocha.  Z nieopierzonego pisklaka staje się przepięknym pawiem. Swoim zachowaniem ratuje świat, wprawia w ruch koło miłości. Po prostu musicie to zobaczyć.


Ten film, mimo że został nakręcony 7 lat temu, opowiada o czymś, co zawsze będzie istniało wśród nas. O nienawiści do niewinnych ludzi. O kopniakach wymierzonych w stronę chłopca, tylko dlatego, że ma mułzumańskie nazwisko. O pobycie w więzieniu, torturach, dręczeniu człowieka, który jedyne czego pragnął, to stanąć przed prezydentem i oczyścić nazwisko nie tylko swoje, ale też i swojej żony i syna. Człowieka, który przebył prawie cały kraj, byle tylko powiedzieć pewne zdanie. Złożył obietnice i zamierza jej dotrzymać. I mimo tego, że nie wszystko rozumie, jest pełen wiary, nadziei, a jego serce aż płonie od dobroci. Kocha, choć nawet nie wie, że to dziwne uczcie w sercu jest miłością, cierpi choć nie potrafi tego wyrazić. 

Żywimy się nienawiścią. Zapominamy, że nie o to chodzi w życiu. 

Mama nauczyła Rizvana jednego. Nie ma podziału na rasę, kolor skóry, czy wyznanie. Na świecie istnieją tylko dwa podziały człowieka. Człowiek dobry i człowiek zły. Nic więcej. 

"Nazywam się Khan", to przepiękna opowieść, która wyciska łzy z oczu i całkowicie zmienia pogląd na wiele spraw. Płakałam jak bóbr, wiele razy się śmiałam. Ten film to coś niesamowitego, powinien dostać Oscara, bo jak najbardziej na niego zasługuje. Dosłownie rozniósł mi serce na kawałki, a mój ukochany aktor Shahrukh Khan, doskonale wcielił się w rolę Rizvana. Wcześniej kochałam go, ale po tym filmie po prostu nie wiem co powiedzieć. Kocham go, po prostu kocham. Jest cudownym aktorem i chyba nigdy nie wyjdę z podziwu. Chciałabym go kiedyś spotkać. I podziękować mu za to, że jest.

Niesamowicie podobało mi się w tym filmie to, w jaki sposób przedstawiono głównego bohatera. Był uroczy w swojej chorobie, nawet przez chwilę nie pomyślałam, że zachowuje się dziwnie. Wiele razy się śmiałam, obserwując go jak matka swoje dziecko, gdy stawia ono pierwsze kroki. Może jest to dziwne porównanie, ale jeśli obejrzycie film, zrozumiecie. Rizvan był tak słodko nieporadny, a jednak z drugiej strony, jego ogromne serce i upór nadrabiało każdy brak. Gdy go widziałam i jego zachowania, to aż coś mnie ściskało w sercu. Miałam ochotę jedynie go przytulić (mimo, że tego nie lubi) i powiedzieć, że wszystko będzie dobrze. Ale już w kolejnej chwili pokazywał, że poradzi sobie. To było coś pięknego. Ale scenariusz to jedno, gdyby nie gra aktorska (o której wspominałam już chyba z milion razy), film straciłby ten urok. Nie ma co się oszukiwać. Historia jest ogromnym atutem, ale to Shahrukh Khan spaja tę historię, bez niego wszystko by się rozleciało. Uwielbiałam głównego bohatera za jego szczerość, bezpośredniość, za nieporadność i upór.  Jego po prostu nie dało się nie lubić, praktycznie od pierwszych chwil zaskarbił sobie moją sympatię. 

Pokochałam Shahrukh Khana i jego nowe wcielenie. 


Oczywiście nie mogę zapomnieć o Kajol, grającą Mandirę, czyli drugą najważniejszą postać w filmie. Rizvan podróżując pisze do niej w notatniku. Widać jak bardzo ją kocha, choć sam nie do końca zdaje sobie z tego sprawę. Kajol idealnie sprawdziła się w tej roli. Jest genialną aktorką, czego dowiodła w Fanaa. Miałam lekkie wrażenie, że nie dała z siebie wszystkiego, ale i tak bardzo mi się podobało. 

Kończąc mój miłosny list do Shahrukh Khana, chcę tylko dodać, że w tym filmie nie ma typowych dla Bollywoodu piosenek. Gdy się o tym dowiedziałam czytając opinię na filmwebie, to byłam lekko rozczarowana, bo uwielbiam je. Jednak ich brak nie jest minusem. Odnoszę teraz lekkie wrażenie, że z piosenkami ten film coś by stracił. Straciłby swój urok, chociaż może się mylę? Mniejsza. Chodzi mi o to, że mimo ich braku, film nadrabia cudowną ścieżką dźwiękową. Ktoś kto nad nią pracował, doskonale wiedział co robi. Pasuje ona idealnie, buduje klimat, dodaje powagi. Słychać, że ktoś się postarał i dał w to całe swoje serce.

Niczego mi nie brakowało w tym filmie. Był humor, miłość, wiara, siła, bohater który łapie za serce. I historia, która sprawia, że nie możemy przestać płakać. Spotkałam się z opinią, że film jest słaby, że wątki są poplątane i że nie wiadomo o co w końcu chodziło reżyserowi. Nie zgadzam się z tym. Wielowątkowość jest ogromnym atutem, nie ma chwili w której widz by się nudził, a mimo tego, że twórca filmu zawarł w nim wiele różnych tematów, to nie uważam żeby były one poplątane i niejasne. Oglądałam z ogromną przyjemnością i nawet jeśli były jakieś niedociągnięcia, to nie były na tyle duże, by przeszkadzały w oglądaniu, bądź sprawiały, że przesłanie i temat są niejasne. 

"Nazywam się Khan", jest filmem, który powinien obejrzeć każdy, niezależnie od wieku, języka w jakim mówi, rasy, wyznania. Jest on jednym, wielkim "NIE", dla nietolerancji, dla nienawiści. A przede wszystkim, jest przepiękną historią o człowieku, którego wiara, jest silniejsza niż nienawiść. O człowieku, który widzi tylko dwa rodzaje ludzi. Ludzie dobrzy i ludzie źli. O człowieku, który jest tak inny od nas, mimo że jest taki sam. Mówienie o tym filmie nie przychodzi łatwo. Jego po prostu trzeba obejrzeć i mam nadzieję, że to właśnie zrobicie. Mimo, że trwa on dwie i pół godziny, nie było tam nawet sekundy, która byłaby wciśnięta na siłę. To długa, przepiękna historia, którą ogląda się z wielkimi emocjami, zaciśniętymi pięściami, z oczami pełnymi łez i krzykiem na ustach. Otwiera oczy, otwiera uszy, serce i duszę. Polecam go wam z całego serca, koniecznie musicie go obejrzeć. 

"Nazywam się Rizvan Khan. I nie jestem terrorystą". 

ps. są wśród was fani Bollywood?

1.8.17

Czytelnicze i nie tylko, podsumowanie lipca +BookHaul


Instagram, ilość postów, książki przeczytane, książki zrecenzowane, książki od wydawnictw (chyba że to w bookhaul)

Lipiec się już skończył. Oznacza to tylko jedno, trzeba go podsumować! Jeśli jesteście ciekawi ile książek przeczytałam, ile zasiliło moją biblioteczkę, ile nowych dusz dołączyło do bloga i instagrama, to serdecznie was zapraszam do pierwszego (i na pewno nie ostatniego), podsumowania miesiąca! Gdy to piszę, jest tak przeraźliwie gorąco, że dosłownie się rozpływam. Nienawidzę lata, eh. Takie temperatury dosłownie mnie zabijają, kompletnie nic mi się nie chce. Lato to zdecydowanie nie moja pora roku, wolę wiosnę, albo jesień. 

KSIĄŻKI

W lipcu przeczytałam 6 książek. I jest mi strasznie głupio, że było ich tak mało. Sama nie wiem dlaczego tylko tyle. Smuci mnie to, ale już nic w tej chwili z tym nie zrobię, mogę tylko postarać się by sierpień był o niebo lepszy, co niestety będzie ciężkie, bo mam dużo nauki i wyjazdów. Ale 12 to minimum. 

Przeczytałam:


- "Seria Niefortunnych Zdarzeń. Krwiożerczy karnawał" Lemony Snicket, książeczka bardzo mi się podobała, jedna jest to 9 część, więc nie będę wam dużo o niej mówić. Jeśli jesteście ciekawi mojej opinii na temat pierwszego tomu to znajdziecie ją TU.
- "Sobowtór" Ewa Karwan-Jastrzębska, książka ciekawa, przyjemnie się ją czytało, a sama jej tematyka tylko zachęca do przeczytania. Na blogu pojawiła się jej recenzja, więc zapraszam do niej.
- "Bilet do szczęścia" Beata Majewska, jest to druga część książki "Konkurs na żonę", obie podbiły moje serce. Napisane w genialnym stylu, nie są nużące i niesamowicie wciągają. Oba tomy zrecenzowałam, znajdziecie je TU i TU.
- "Dwór cierni i róż" Sarah J. Maas. Moje pierwsze spotkanie z tą autorką, które zakończyło się wielką miłością i zachwytem. I najdłuższą recenzją w historii bloga. Uwielbiam tę książkę i nie mogę doczekać się aż sięgnę pod drugą część. Recenzję znajdziecie TU
- "Cykl" Monika Jagodzińska. Zaskakujący debiut młodej polskiej autorki. Bardzo przyjemnie i szybko mi się go czytało. Polecam! 
- "Deadpool. Martwi prezydenci", komiks. Może niektórzy z was tego nie wiedzą, ale ubóstwiam Deadpoola, oglądałam film, grałam w grę, zbieram komiksy z nim, kupiłam nawet figurkę i zakładki z nim. Niestety komiks mnie zawiódł, nie będę tego ukrywać. Jeśli chcecie poznać moje zdanie na jego temat, to niedługo pojawi się jego recenzja :)

I to by było na tyle. Słabo prawda? Ech... Trochę mnie to martwi.


SERIALE I FILMY


W lipcu zaczęłam oglądać serial "Gra o Tron" i kompletnie przepadłam. Nie spodziewałam się, że to jest tak cudownie genialne! Mimo, że nie mam dużo czasu, skończyłam oglądać 1 sezon i zabieram się za drugi. Jeśli jeszcze nie zapoznaliście się z tym serialem, to koniecznie musicie to zrobić. Ja teraz w swoich książkach, które koniecznie muszę kupić sobie pierwszy tom, koniecznie ilustrowaną. Cena nie ma znaczenia. Ten serial jest moim odkryciem lipcowym i wielką miłością. Coś cudownego. 

(Filmy) Obejrzałam: 

- "Koralina" ta bajka jest po prostu cudowna! Dziwię się, ze wcześniej jej nie oglądałam ;)

- "Dom" (bajka animowana od Disney'a), również cudna, wspaniale się ją oglądało. 

- "Jak ukraść księżyc", "Minionki", "Minionki 2", podobało mi się, ale nie jakoś bardzo ;)

- "Hotel Transylwania 2", uwielbiam pierwszą część i druga była równie dobra. 

- "Strażnicy Marzeń", tę bajkę polecam z całego serca, nie dosyć że cudowna historia, to jeszcze pięknie animowana! Cieszy oko :) 

- "Dzieciak rządzi", w tym przypadku podeszłam do tej bajki bardzo ostrożnie. Ale pobiła ona moje najśmielsze oczekiwania! Uśmiałam się jak nigdy i żałowałam, że tak szybko się skończyła. Z tych wszystkich, które obejrzałam, tę polecam wam najbardziej. Jest świetna!

- "Logan", to jedyny film, nie będący animowanym, który obejrzałam w lipcu. Złamał mi serce swoim zakończeniem, ale nie żałuję że go obejrzałam. Cudowny ruch kamery, dobry scenariusz, ani przez sekundę nie było nudno, wszystko idealnie na swoim miejscu. Uwielbiam filmy Marvela, no po prostu uwielbiam <3

Taaa, miały być filmy. I wyszło na to, że taki staruch jak ja, ogląda prawie tylko i wyłącznie bajki. Czy to wstyd, gdy ma się 19 lat? Uważam, że nie, bo dzieckiem powinno się być aż do śmierci. Nie możemy odbierać sobie tej odrobiny dziecka ;)




NOWE KSIĄŻKI (kupione, prezenty, od wydawnictw)

Kupiłam: 
-"Atramentowe serce" Carolina Funke
-"Modni" książka o modzie polskiej

Dostałam od mamy:
-"Pierwszy bal" Danielle Steel
-"Pamięć miłości" Aminatta Forna

Od wydawnictw:
-"Dwór cierni i róż", "Dwór mgieł i furii" Sarah J. Maas (od wyd. Uroboros)
-"Do zobaczenia nigdy" Eric Lindstrom (wyd. Uroboros)
-"Martwe ciało Mavericka" Anna Kapes ( wyd. Novae Res)
-"Lirogon" Cecelia Ahern (wyd. Muza)
-"Odległość między tobą i mną" Jennifer E. Smith (wyd. Bukowy Las)
-"Okrucieństwo" Scott Bergstrom (wyd. Bukowy Las)
-dwie książeczki od wydawnictwa [ze słownikiem], "Czarnoksiężnik z krainy Oz" i "Doktor Dolittle i jego zwierzęta"



TROCHĘ STATYSTYK ;)

Blog:

Przybyło 24 nowe duszyczki <3 (jest was teraz 198!)
Dodałam 9 postów :) 
Przybyło 2,5 tysiąca wyświetleń.

Nowe współprace: 
Uroboros
Bukowy Las
Novae Res
Muza Sa.

Instagram: 


86 nowych obserwacji
6 nowych zdjęć

I to by było chyba na tyle. Nie jestem wprawiona w takich postach, nie wiem co bym tu jeszcze mogła napisać ;) Jeśli coś jeszcze chcielibyście wiedzieć, to nie krępujcie się, piszcie w komentarzach. A wy? Ile książek przeczytaliście w lipcu, ile bajek obejrzeliście, ile nowych książek zasiliło wasze biblioteczki? Piszcie! 

Życzę wam wspaniałego dnia, a sobie życzę burzy, bo dosłownie przyklejam się do klawiatury, tak strasznie jest gorąco. 
Marlena Marszałek

Szablon dla Bloggera stworzony przez Devon.