Pokazywanie postów oznaczonych etykietą piękno. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą piękno. Pokaż wszystkie posty

8.11.17

Książka, którą każdy powinien przeczytać - 60. "Lirogon" Cecelia Ahern recenzja


Uwielbiam książki pani Cecelii Ahern, jednak sama nie wiem dlaczego, strasznie je sobie dawkuję. Widząc je w księgarni, nie sięgam po nie tak chętnie jak po inne, mimo tego że naprawdę cudownie czyta mi się twórczość tej autorki. Przeczytałam już od niej 3 książki (wiem, nie jest to jakaś ogromna liczba, to właśnie przez to dawkowanie), czyli "Ps. Kocham Cię", która jest moją ulubioną, "Kiedy cię poznałam" (recenzję znajdziecie tutaj) i kilka dni temu skończyłam "Lirogon". Moja koleżanka Angelika (możecie ją kojarzyć z instagrama zaczytana_angelika), bardzo chwaliła tę książkę, więc jak tylko miałam możliwość to poprosiłam o nią wydawnictwo. Jednak w chwili, gdy do mnie dotarła, chęć jej przeczytania jakoś opadła. Sama nie wiem dlaczego. Wcześniejsze książki autorki niesamowicie mi się podobały, Cecelia pisze w niezwykły sposób, potrafi z pozoru prostego pomysłu stworzyć coś, co albo wyrwie ci serce, albo nim zawładnie. 


Także "Lirogon" leżał i czekał na swoją kolej. Trochę to zajęło, za co z góry przepraszam. Jednak nie żałuję, że przeczytałam go kilka dni temu. Wydaje mi się, że jesień jest idealną porą do zagłębienia się w tę książkę. Mam wrażenie, że gdybym przeczytała ją wcześniej, to nie byłaby ona tak klimatyczna. Mogę się mylić, jednak jak dla mnie, jest ona wprost idealna na jesienne wieczory, polecam z czymś słodkim i ulubioną herbatą. Skoro już mówię o herbacie, to uwierzcie mi, podczas tej książki wypiłam jej naprawdę ogromną ilość. Jestem ogromną fanatyczką herbaty z cytryną, nie raz potrafię wypić 5-6 kubków dziennie! Wy też tak macie? A może pijecie coś innego?

Ale, wracając do naszego cudownego ptaka. "Lirogon" to niezwykle piękna opowieść. Opowiada ona o Laurze, samotnej młodej kobiecie, która żyje w maleńkim domku, głęboko w lesie południowo-zachodniej Irlandii. Skrywa ona pewien cudowny dar, dar który porusza serca i umysły, tak niezwykły, że ciężko w niego uwierzyć. Jej talent polega na naśladowaniu dźwięków, nie ma takiego, którego by nie powtórzyła. Dźwięki bardzo wiele mówią o jej myślach, o jej uczuciach, są w jej życiu bardzo ważne. Jednak nie do końca zdaje sobie ona sprawę z tego niezwykłego daru. Nagle, za sprawą zaskakującego zbiegu okoliczności staje się ogromną gwiazdą, ukochaną przez miliony. Jednak, czy kobieta poradzi sobie sama w nowym dla siebie otoczeniu? Czy poradzi sobie z trudnościami i niebezpieczeństwami czyhającymi w tym bezwzględnym świecie? I czy nowo poznana wielka miłość pomoże się jej z tym uporać? 

I kolejny raz autorka niesamowicie mnie zaskoczyła. "Lirogon" jest jedną z tych książek, które po przeczytaniu nie opuszczają czytelnika tak łatwo. Dobrym tego przykładem jestem ja. Normalnie po przeczytaniu jakiejś książki, piszę recenzję szybko i bez żadnego problemu. Tutaj jednak mam problem. Ta powieść tak mną zawładnęła, że nie potrafię porządnie poskładać myśli i ich tutaj spisać. A gdy szukam jakiegoś słowa to błyskawicznie mi ono ucieka i w głowie pozostaje pustka. Pamiętam jedynie Laurę, jej niewinność, jej niezwykle dobre serce, delikatność i tą jakby dziecięcość. 

Główna bohaterka ma 26 lat, jednak nie jest taka jak inni. Od maleńkiego skrywana, nikt nie ma pojęcia, że dziewczyna w ogóle istnieje. Teraz mieszka sama, a jedynym jej pocieszeniem są książki, one są jej światem, w nich się zatraca. Uwielbia przyrodę i dźwięki. Naprawdę ciężko jest jej nie polubić. Mimo że na pierwszych stronach możemy odebrać ją jako dzikuskę, małomówną, skrytą w sobie, to później nie raz zaskakuje ona swoim intelektem i niezwykłą inteligencją. Jest niesamowicie łatwowierna i bardzo łatwo można ją zranić. Delikatna, eteryczna, jakby nie z tego świata. Choć na pierwszych 100 stronach nie bardzo ją lubiłam, to później ją pokochałam. Chciałabym kiedyś stać się takim człowiekiem jak ona. Imponowała mi nie tylko wrażliwością, ale także i płochliwością. Laura była jak ptak, niezwykle piękna, zachwycająca, o wspaniałym talencie. Jednocześnie pragnęła jedynie wolności. Jednak bardzo łatwo poddawała się czyjemuś zdaniu. To nie mogło skończyć się dobrze. 

"Zaszłam daleko, ale przede mną jeszcze długa droga. Moje marzenie? Moje marzenie to odlecieć w przyszłość jak na skrzydłach"

Nie chcę wam nic więcej pisać na ten temat, bo zdradzę zbyt wiele, choć szczerze mówiąc, nie sądzę by to wam jakoś bardzo przeszkodziło w czytaniu. A dlaczego tak myślę? Bo tej książki nie czyta się dla fabuły (na początku może tak), a dla przesłania. A ono po prostu zapiera dech w piersiach, chwyta za serce, porusza jakąś strunę gdzieś w głębi czytelnika. Nie potrafię tego wytłumaczyć, musicie się sami przekonać. Ja jestem zachwycona. I jestem pewna, że jeszcze wrócę do tej książki. 

Co do fabuły, nie jest jakoś specjalnie oryginalna, oprócz kilku łamiących serce momentów, jednak jest w niej coś takiego, co każe nam zatrzymać się na dłużej, czytać wolniej, delektować się. Charyzmatyczni bohaterowie, jakaś taka niesamowita lekkość pióra (dosłownie i w przenośni), rozmyślania i zastanawianie się nad sensem tego wszystkiego. Wbrew pozorom "Lirogon" jest powieścią bardzo głęboką, co zauważamy dopiero na ostatnich stronach. Ostatnie rozdziały uskrzydlają. A przynajmniej mnie uskrzydliły i sądzę, że z wami będzie to samo. To było niezwykłe uczucie i szkoda, że książka nie ma więcej stron. 

Zakończenie jest przepiękne, w pełni satysfakcjonujące. Starałam się je przewidzieć, ale mimo wielu pomysłów, ani jeden nie był nawet odrobinę podobny. I bardzo dobrze. Dzięki temu było ono jeszcze bardziej magiczne, przepełnione duchowością i niezwykle subtelne. Gdyby nie to, że naprawdę ciężko mnie skłonić do płaczu przy książce, to sądzę że kilka łez by spłynęło. 

Jednak, jedna rzecz, a raczej bohaterka bardzo mnie irytowała. Mam na myśli Bo. Nie powiem wam kim ona jest, jak tylko zaczniecie czytać, to sami się przekonacie. Denerwowało mnie to, jaka była ona w siebie zapatrzona. Gdyby nie to i jej ślepota z tym związana, to po przeanalizowaniu całej sytuacji, zrozumiałaby jak źle robi. Niby miała takie dobre serce, jednak miałam wrażenie że to tylko przykrywka. W ogóle Bo jest cholernie (wybaczcie mi to stwierdzenie) nie do zniesienia. Każdy rozdział z jej perspektywy przyjmowałam z niechęcią. Za to Solomon, mimo że nie był perfekcyjny, to zaskarbił sobie moje zaufanie i przyjaźń. On jedyny był na tyle otwarty na świat, że od razu zauważył, że pomysł Bo, był bardzo złym pomysłem. On jedyny w pełni rozumiał Laurę, a Bo nawet nie starała się jej zrozumieć. 

A co do wątku miłości, piękny, to prawda, jednak i bez niego by się obyło. Miałam wrażenie, że był on lekko przesadzony. Ale dobrze, przyjmijmy, że to miłość od pierwszego wejrzenia, nie będę się czepiać. 

Podsumowując, "Lirogon" to niesamowita opowieść o znajdowaniu samego siebie, miłości, wrażliwości, o zagubieniu się w nowym świecie. Pokazuje, że czasami, gdy się zagubimy to wystarczy się jedynie cofnąć, spojrzeć w tył i dokładnie wszystko przemyśleć. Powieść ta, niczym australijski ptak, tytułowy Lirogon jest niezwykła, porusza nie tylko umysł, ale także i serce. Opowiada także o niesamowitym talencie, który dobrze wykorzystany łapie za serca, ale jeśli trafimy w złe ręce, to może zniszczyć. Mimo, że porusza ciężki temat, to jest napisana z lekkością, czyta się szybko i z coraz większym zaciekawieniem. Nie brakuje tu tajemnic, które tylko podsycają ciekawość i nie pozwalają się oderwać od książki. Jest to historia, którą każdy człowiek, uznający siebie za czytelnika powinien chociaż raz przeczytać. Pięknie napisana, poruszająca i na długo zapadająca w pamięć. Polecam ją wam z całego serca! Jest warta każdej wydanej na nią złotówki, każdej minuty którą przy niej spędzicie!

Pozdrawiam cieplutko i widzimy się już w piątek! 
Marlena Marszałek

25.7.17

50. "Promyczek" Kim Holden



Po recenzji "Dworu cierni i róż", nadszedł czas na recenzję kolejnej bardzo wychwalanej książki, o której było równie głośno, jak w przypadku dzieła Sarah J. Maas. Zauważyłam, że bardzo specyficznie podchodzę do powieści, które tak często pojawiają się w zasięgu mojego wzroku. Z jednej strony aż kipię z podekscytowania nie mogąc doczekać się, aż po nią sięgnę, cały czas ją śledzę i dosłownie staję się stalkerem, to z drugiej strony, mam pewne obawy w kwestii tego, czy będzie ona tak dobra, czy sprosta ona moim oczekiwaniom. A bądźmy szczerzy, bardzo często książki o których jest głośno, okazują się być nic nie warte, a opinie o nich przesadzone. Stało się tak np. w przypadku "The Call. Wezwanie", którego ja sama jeszcze nie czytałam, ale zauważyłam, że po ogromnej ilości dobrych opinii, blogosferę zalały recenzje przeciwne, negatywne. Tylko dziś przeczytałam dwa takie posty, w których ta książka nie została dobrze oceniona. 

Nie dziwi mnie to. Każdy człowiek ma inny gust i nie każdemu spodoba się to, w czym my się zakochaliśmy. I dlatego doskonale rozumiem was, gdy piszecie mi w komentarzach do moich opinii, że dana książka się wam nie podobała, że nie przypadła wam do gustu. To jest całkowicie normalne. 

I dlatego, mimo że dreszczyk emocji był, to jednak do "Promyczka" podeszłam z dużą dozą dystansu, starając się nie wymagać zbyt wiele, by w razie czego nie czuć się zawiedziona. I stwierdziłam, że będę czytać powoli, skupię się bardziej na treści nie przelatując stron jedna po drugiej. Przyznam się, że ilość stron w tej powieści odrobinę mnie przeraziła (584) i dziwiłam się, jak to możliwe, żeby tak prostą historię (bo nie ukrywajmy, nie jest ona jakoś bardzo skomplikowana i jedyna w swoim rodzaju, niepowtarzalna), rozpisać w prawie 600 stronach! Bałam się, że mogę się przy niej zanudzić i że bardzo możliwe jest, iż tylko stracę te kilkanaście cennych godzin. 

Mimo wszystko, gdy zobaczyłam to tomiszcze w bibliotece szkolnej, to nie wahałam się ani chwili. Odsunęłam swoje obawy w gdzieś w głąb swojego umysłu, oczywiście odrobinkę ich zatrzymując (tak jak wspomniałam wyżej, aby w razie, gdyby okazało się, że książka nie jest tak dobra, nie czuć się aż tak zawiedziona), wypożyczyłam ją i dzień później po skończeniu "Był sobie pies" zaczęłam czytać "Promyczka". 

I zanim przejdziemy do opisu książki, chcę wam powiedzieć tylko, że nie zawiodłam się. Ale o tym później. 

Życie Kate Sedwick nigdy nie było proste. Było pełne problemów, cierpienia, bólu, przepełnione tragediami, których nikt nie chciałby mieć w swoim życiu. Mimo wszystko zachowała pogodę ducha i jej świat wypełniony był barwami. Z tego powodu, jej najlepszy przyjaciel Gus nazywa ją Promyczkiem. Dziewczyna jest niezwykle bystra, pełna życia, zabawna i posiada wybitny talent muzyczny, tak samo jak jej przyjaciel. Mimo tego nigdy nie wierzyła w miłość. Gdy wyjeżdża studiować do San Diego, nawet przez sekundę nie myśli o tym, że może spotkać tam miłość. Nie spodziewa się, że przyjdzie jej pokochać pewnego mężczyznę, Kellera Banksa. 

Oboje to czują, oboje mają powód by z tym walczyć. I oboje skrywają tajemnice.

Jeśli wyjdą one na jaw mogą uzdrowić. Mogą również zniszczyć. Każdy ma tajemnice. 

Już sam opis brzmiał dla mnie niesamowicie zachęcająco. Każdy kocha tajemnice i nie może się doczekać aż je pozna. Ale nie w tej książce. Dosłownie błagałam autorkę w myślach by to nie była prawda. Marzyłam o tym, by nigdy nie poznać tych tajemnic. A dokładniej tajemnicy Kate. Tajemnicy, która złamała mi serduszko i rozdarła na miliony maleńkich kawałeczków, których po prostu nie dało się zebrać później do kupy. I mimo tego, że teraz, po dłuższym czasie odnalazłam większość z nich, to wciąż nie wszystkie. I wątpię bym je znalazła, w szczególności, że przede mną jest lektura kolejnej powieści Kim Holden, można by powiedzieć, że drugiej części "Promyczka", czyli "Gus". 

Bardzo spodobała mi się okładka "Promyczka", jest delikatna, bardzo sugestywna. Czytelnik patrzy na nią i po prostu czuje jakiś taki wewnętrzny spokój i dziwny przymus by wziąć ja w swoje zachłanne łapki. Uwierzcie mi, ilość zdjęć, które wykonałam z tą książką jako głównym bohaterem, jest po prostu ogromna! Nie tylko wygląda ona przepięknie na zdjęciach, ale również i na półce. Przede wszystkim na półce! Aż żałuję, że niedługo będę musiała ją oddać. 

I teraz chcę się wam do czegoś przyznać. Piszę tę recenzję dosłownie dwa miesiące po przeczytaniu książki. Tak, dwa miesiące. Sama nie wiem dlaczego wcześniej jej nie napisałam. Dziwię się sobie do teraz, że tak długo z tym zwlekałam. Może musiałam po niej odetchnąć, co jest bardzo możliwe. Pamiętam, że jak ją kończyłam, to dosłownie umierałam, cierpiałam przeraźliwie mocno, błagając by to nie było prawdą. Przy ostatnich 50 stronach dosłownie brakowało mi słów, a gdy ją skończyłam to przez długi czas miałam książkowego kaca. I wcale nie przesadzam.

Wiele osób płakało przy tej książce. Ja nie. Czytałam trochę jak robot, starając się nie okazać uczuć, z całej siły ściskając sznurek owinięty dookoła mojego ciała i starając się nie rozpaść się na kawałki. I gdzieś w wirze walki ze samą sobą, zabrakło mi już siły na łzy. 

Jednak, jedna spłynęła. Przetoczyła się przez policzek, na chwilę przystanęła i z bardzo cichutkim dźwiękiem, spadła na kartę książki. Jedna jedyna do granic przepełniona smutkiem i goryczą. 

Nie powiem wam, że "Promyczek" jest książką iście diabelsko dobrą, bo to nie prawda. Wyróżnia się ona pośród innych powieści, jednak nie jest ona ponad wszystkimi innymi. Chodzi mi o to, że jak każda książka, również i ta, nie jest idealna i ma wady, które nie są co prawda jakoś mocno rażące, ale mimo wszystko są i niektórych mogą irytować, denerwować, jak zwał, tak zwał. 

A mówiąc to, mam na myśli jedną z tych wad, która po tak długim czasie odkąd przeczytałam tę powieść, zapadła mi w pamięć i myśl o tym nasuwa mi się za każdym razem gdy spojrzę na tom stojący na półce. Książka ta jest przewidywalna. I to aż do bólu. Ja ledwo przeczytałam kilka stron i już przewidziałam zakończenie. Jednak, spokojnie, nie odrzucajcie jej z listy "Must to read". Jest ona co prawda przewidywalna, ale autorka nadrobiła to i to bez żadnego większego problemu. 

Książka jest napisana genialnym językiem, który nie pozwala się oderwać od książki. Ja czytając ją, czułam się tak niezwykle przyjemnie, uśmiech sam wpływał mi na twarz i dosłownie czułam się jakby promienie słońca muskały delikatnie moje ciało. Dziwne porównanie? Może i tak, ale prawdziwe i pochodzące prosto z serca. Możecie mi nie uwierzyć, ale książkę tę czyta się niesamowicie lekko, mimo że porusza ona tematykę, która w prawdziwym życiu przyprawia człowieka jedynie o łzy i ból. Uwierzcie mi, że jeśli już się wciągniecie, to będziecie czytać aż do ostatniej strony bez przerwy. Chyba, że wasze serce tego nie wytrzyma i siłą zmusicie się aby ją odłożyć i zaczerpnąć tchu. 

Mogłabym już zakończyć tę recenzję, ale nie. Pomęczę was jeszcze trochę, a nuż się uda i przeczytacie całość. Zresztą, chcę wam powiedzieć jeszcze coś o bohaterach. Bo cóż co za recenzja, przydługa co prawda, ale bez nawet słowa na temat bohaterów. Nieładnie tak! 

Zakochałam się w sposobie tworzenia bohaterów przez Kim Holden. Dzięki swojemu świetnemu warsztatowi, autorka stworzyła nie tylko postacie literackie. Napisała je ona w taki sposób, że są jak żywe i niezwykle autentyczne. I automatycznie, ledwo czytelnik wgłębi się w lekturę, stają one obok niego i zaskarbiają sobie one jego sympatię. A przynajmniej tak było w moich przypadku. Stworzenie bohaterów, którzy będą żyć także poza książką, to jest wyczyn godny podziwu. Miałam wrażenie, że Kate jest bardziej prawdziwa niż ja. Imponowała mi i sprawiła, że zapragnęłam stać się lepszym człowiekiem. Zastanawiałam się godzinami, jak to możliwe, że osoba, która tyle wycierpiała, jest tak pełna życia i tak mocno świeci. A Kate naprawdę świeciła! Jej blask dosłownie raził w oczy, tak samo jak w chwili gdy spojrzymy w słońce. To było coś niesamowitego i powiem wam, że dla samej tej bohaterki warto sięgnąć po tę książkę. Chociaż w sumie, jest to głupie stwierdzenie, przecież książka jest właśnie o Promyczku. 

Od książki aż bije ciepło, które, czego jestem pewna w 100%, ogrzeje każdą zmarzniętą i pozbawioną nadziei duszę. Ciepło, które cudownie otuli rozdygotane ciało i sprawi, że nawet najgorszy humor w mig się rozpłynie. Jest ona wprost idealna, jeśli mamy gorszy dzień. Jest w niej coś takiego, no sama nie wiem, coś co podnosi na duchu, ofiarowuje nadzieję. Jeśli właśnie to planowała autorka, to wyszło jej to perfekcyjnie i nie mam zamiaru w żaden sposób tego kwestionować. 

Wydaje mi się, że Kim Holden jest jak taki dobry duszek, który obdarzy ciepłem każdego, kto tego potrzebuje. Pomysł na historię był prosty, ale magiczne pióro autorki sprawiło, że wcale się takowym nie stał. Uwielbiam tę autorkę za to, że jak za pomocą różdżki, przemieniła coś tak prostego, w opowieść, która zapiera dech w piersiach i na długo zostaje nie tylko w pamięci, ale także i w sercu. Za to Kim ma u mnie ogromny plus i już nie mogę się doczekać, aż poznam kolejne jej powieści. Jeśli będą równie cudowne, to na pewno dam wam o tym znać! 

Na koniec pragnę dodać, że mimo tego, że przewidziałam zakończenie, to i tak mnie ono zaskoczyło. Kate miała bardzo wielu przyjaciół, była wspaniałą osobą i bardzo wiele dobrego uczyniła w swoim życiu. Nie potrafiłam uwierzyć, że kogoś tak wspaniałego, spotkał tak straszny los. Ale nic nie poradzimy na to, takie sytuacje się zdarzają. I na przykładzie osób, które mnie otaczają, wiem że zdarza się to bardzo często. Czasami osoby o najczystszych sercach spotykają przeraźliwe rzeczy. Nigdy tego nie zrozumiem, ale niestety nie mogę tego zmienić. 

Polecam wam tę książkę z całego serca. Jest jeszcze wiele aspektów, o których nawet słowem nie wspomniałam, ale szczerze mówiąc, nie mam nawet zamiaru o nich wspominać. W końcu muszę zostawić też coś dla was, a jeśli zdradzę wam więcej, to cała recenzja straci sens. Książka ta, mimo kilku wad jest warta przeczytania, bo obfituje w emocje tak prawdziwe, że aż trudno w to uwierzyć. Jest ona jak promyk słońca padający na twarz. A jestem pewna, że każdy z was uwielbia to uczucie! 

Wybaczcie, że tak się rozpisałam! Kocham was <3 

Dajcie mi koniecznie znać jak podobała się wam ta długachna recenzja! I nie zapomnijcie napisać mi jak podobał się wam "Promyczek", jeśli oczywiście ją czytaliście! 

Pozdrawiam cieplutko i życzę wspaniałego zaczytanego dnia, 
Marlena Marszałek


23.7.17

49. "Dwór cierni i róż" Sarah J. Maas



Dziś przychodzę do was z recenzją pierwszego tomu serii, która przewija się wszędzie. Gdzie nie spojrzę tam widzę i słyszę ochy, achy i pełno wszelkiego rodzaju zachwytów. Cały czas ktoś o niej wspomina, wychwala, wiele osób uwielbia tę serię i prawie dosłownie krzyczy na widok kolejnego tomu nie mogąc się doczekać, aż zostanie wydany w Polsce i trafi w ich łapki. Ludzie na facebooku, instagramie, czy na blogach co chwilę o niej wspominają. Jeszcze nigdy nie spotkałam się z takim zachwytem dotyczącym danej serii. Czułam się jakby otoczyły mnie nagi i dźgały swoimi długimi, kościstymi palcami, szepcząc "przeczytaj ją, przeczytaj ją". Szczerze mówiąc, bałam się. Bałam się tego, że przeczytam pierwszy tom serii i się zawiodę. Niemożliwe jest, by książka była tak popularna, tak dobrze oceniana i nie miała żadnych wad. Dlatego też przez długi czas obserwowałam "Dwór cierni i róż" w Empiku, na półkach w bibliotece i na instagramie, nie czyniąc żadnego ruchu w jego stronę. Jednak, gdy obie moje przyjaciółki zaczęły się nad nią zachwycać, nie wytrzymałam. Postanowiłam za wszelką cenę poznać historię i bohaterów, o których wszyscy mówią. I dzięki wydawnictwu Uroboros, mam zaszczyt przybyć dziś do was z recenzją tej głośniej powieści.

Jesteście ciekawi mojego zdania na jej temat? To przygotujcie się na naprawdę długą recenzję i kubek herbaty.  

Główną bohaterką jest Feyra, 19-letnia łowczyni, która opiekuje się swoją rodziną, ojcem i dwiema siostrami. Jako jedyna zapewnia im pożywienie polując w lesie na różne zwierzęta. Pewnego razu podczas srogiej zimny dziewczyna zapuszcza się w pobliże muru, oddzielającego ziemie ludzi, od krainy zwanej Prythianem, zamieszkanej przez pewne magiczne stworzenia, które wieki temu panowały nad światem. Podczas polowania natyka się na olbrzymiego wilka, którego bez skrupułów zabija. Nawet nie zdaje sobie sprawy co uczyniła. 

Nie mija wiele czasu a w jej drzwiach staje fae wysokiego rodu Tamlin, pod postacią złowrogiej bestii, żądając od niej zadośćuczynienia za ten haniebny czyn.  Może albo zginąć w nierównej walce, albo udać się razem z mężczyzną do jego ziem w Prythianie i spędzić tam resztę swoich dni. Dziewczyna nie ma więc wyboru, musi poddać się. Z pozoru dzieli ich wiele, rasa, wiek i nienawiść, która narosła przez wieki między ich rasami. Jednak to tylko pozory. Okazuje się, że bardzo wiele ich łączy i są do siebie bardziej podobni niż może się wydawać. Jednak czy dziewczyna będzie w stanie pokonać swój strach i uprzedzenia? 

I już na początku zdradzę wam, że opis nie oddaje tego, co znajdziecie w książce. Gdy go przeczytałam, to, co prawda, czułam się zachęcona ale jakoś nie wydawało mi się, aby ta książka jakoś szczególnie się dalej rozwinęła. Mam na myśli to, że opis kompletnie nie oddaje emocji jakie czujemy podczas czytania. Ale to zrozumiałe, to tylko zachęta do sięgnięcia po książkę, nie może przecież zawierać streszczenia powieści, bo po prostu odechce nam się czytać skoro wszystko już wiemy. Pisząc o tym, chcę uświadomić was, żebyście w tym przypadku nie kierowali się opisem. Jeśli się wam on nie spodoba, nie zniechęcajcie się. To co jest w środku przewyższy wasze oczekiwania. 

Ale mniejsza z tym, czepiam się szczegółów. 

Zacznijmy od okładki. Gdy pierwszy raz ją zobaczyłam na żywo w księgarni, to po prostu zdębiałam. Sądzę, że nikt z was nie zaprzeczy, że jest ona po prostu przepiękna! Żywa czerwień przyciąga wzrok, ciernie zaczepiają się o nasze ubranie nie pozwalając się oderwać, ale największe wrażenie zrobił na mnie rysunek, tak jak podejrzewam, przedstawiający Feyrę. Nie widzimy całej jej twarzy, ale już tylko po tym wiadomo, że dziewczyna jest przepiękna. I zdradzę wam mały sekret, ten tatuaż na jej ręce ma większe znaczenie niż może się wydawać, o czym sama dowiedziałam się pod koniec książki. Ale sami musicie odkryć o co z nim chodzi. 

Prawda jest taka, że zanim dostałam książkę od wydawnictwa, zaczęłam czytać ją w ebooku, dzięki zachętom moich przyjaciółek. Niestety, obie zakochane są w Rhysandrze i przez to, że co chwilę mi go wychwalały, to zaczynając czytać nie mogłam zdzierżyć Tamlina. Nie cierpiałam go i czekałam tylko na tego "boskiego Ryśka". Przez to dotarłam tylko do połowy i odłożyłam nie potrafiąc tego wytrzymać. Jednak nie jest to wina książki, a jak wspomniałam wyżej, moich cudownych przyjaciółek.

Jednak, gdy przeczytałam książkę w całości za drugim podejściem, to okazało się, że moje dziwne odczucia co do Tamlina, miały w sobie trochę racji. I zrozumiałam to czytając ostatnie 150 stron. Ale na razie to pomińmy.

Na początku ciężko było mi się wciągnąć w historię. Była ona opisana niezwykle ciekawie i genialnym stylem, jednak jakoś nie mogłam. Pierwsze 100 stron czytałam na siłę. Jednak nie wyciągajcie pochopnych wniosków. Wina leży tylko i wyłącznie po mojej stronie, a to głównie dlatego, że czytałam je drugi raz i pamiętałam co tam się wydarzyło. I byłam ogarnięta manią Ryśkową przez moje przyjaciółki. Jednak szybko się otrząsnęłam i nim się obejrzałam nadeszła ostatnia strona. Kiedy to się stało? Nie miałam zielonego pojęcia. Tak ja na początku nie potrafiłam się wciągnąć, to jak się wciągnęłam to utknęłam wśród cierni, zaczepiły się one o moje ubranie i nie miałam nawet siły by się wyrwać z ich miłosnych objęć. 

Gdy skończyłam czytać "Dwór cierni i róż", co starałam się odwlekać jak najdłużej, co niestety się nie udało, byłam zachwycona. W zachwyt wprawiła mnie jedna rzecz, której wam nie zdradzę, bo byłby to ogromny spojler. Przez całą książkę się nad tym zastanawiałam, głowiłam się jak autorka z tego wybrnie. I wybrnęła po mistrzowsku. Kompletnie się tego nie spodziewałam i dosłownie piałam z zachwytu, czując się cudownie. Przeciągnęłam się jak kot i jeszcze przez długi czas leżałam, i zachwycałam się nad tym, jak genialną fabułę wymyśliła Sarah J. Mass. Jednocześnie zdałam sobie sprawę, że nie tak łatwo będzie mi opuścić Prythian. 

Z tą książką jest tak, że nawet jeśli chcesz ją odłożyć, to po prostu nie da rady. Jeszcze czego! Nie ma tak dobrze. Ostrzegam was, że jeśli po tej recenzji najdzie was ochota zapoznać się z tą historią, to radzę zaplanować sobie cały dzień wolnego i wieczorem wypić kawę. Dzieje się w niej tak dużo, że nie byłam w stanie się oderwać i gwarantuję wam, będziecie mieć tak samo. Nawet gdy oczy mi się już kleiły i myślałam sobie, że jeszcze jeden rozdział i idę spać, to czytałam jeszcze jeden i jeszcze jeden, aż w końcu zasnęłam z książką w ręku. 

Gdy przeczytałam ostatnie zdanie "Dworu cierni i róż" i zamknęłam książkę, mając oczy jak pięć złotych a na ustach głupi rozmarzony uśmieszek, zrozumiałam dlaczego ludzie tak kochają Sarah J. Maas i "Dwory". Tej książki po prostu nie da się nie kochać. Już pierwszy tom powalił mnie na kolana i autentycznie, zaczynam się bać co będzie w drugim. A wielu z was, którzy czytali już drugi tom, mówiło mi, że jest on o niebo lepszy, że jest w nim jeszcze więcej intryg, uczuć, emocji, akcji. Jak dla mnie "Dwór cierni i róż" był idealny. Doskonale wyważone emocje, dawkowane w odpowiedni sposób, miłość, intryga, zagadki. Nic mu nie brakowało. 

I naprawdę, chociaż głowię się i głowię, to nie mogę domyślić się co będzie w drugim tomie. Aż drżę z podekscytowania, nie mogąc doczekać się, co tym razem wymyśliła autorka. Jeśli będzie on jeszcze lepszy niż pierwszy, to w jego recenzji oficjalnie ogłoszę wam "Dwory" moją ulubioną serią.

Mogłabym skończyć już tę recenzję. Ale nie, chcę coś jeszcze dodać w kwestii bohaterów. 

Tak jak wspominałam, nie lubiłam na początku Tamlina. Irytował mnie, wkurzał, jak zwał, tak zwał. Jednak im dalej posuwała się historia, tym większe uczucia zaczynałam do niego żywić. Dosłownie błagałam Feyrę by go zauważyła, by zobaczyła co on do niej czuje. Byłabym skłonna powiedzieć, że go pokochałam. Jednak nie. Jego postawa w ostatnich 200 stronach bardzo mnie rozczarowała. Przyglądał się jak jego ukochana cierpi i nie zrobił nic by jej pomóc. Dosłownie nic! Tak strasznie mnie to irytowało, miałam ochotę uderzyć go w twarz, w jakiś sposób ocucić, sprawić że coś zrobi. Rozumiałam dlaczego tak postępuje, ale nie potrafiłam tego zaakceptować. I dlatego moje uczucia w kwestii tego bohatera są neutralne. I dlatego z otwartym sercem przyjęłam Rhysanda i czekałam na rozwój wydarzeń. 

Co do Feyry, to powiem tylko tyle. Autorka wykreowała ją perfekcyjnie. Nie była jakąś tam przestraszoną lalunią, ale nie zrobiła też nie z niej zatwardziałej wojowniczki. Pokochałam tę dziewczynę za jej niezwykłą wrażliwość na świat i barwy, które ją otaczały. To sprawiło, że była jak żywa, że była autentyczna. I to mi się niesamowicie w niej podobało. Nie dosyć, że walczyła o swoje, to jeszcze dbała o innych. I nie była w żaden sposób irytująca, jak to się często zdarza w książkach o podobnej tematyce. 

Mogłabym mówić i pisać o tej książce godzinami, ale wiem że w końcu by się wam znudziło czytanie tego mojego ględzenia. Więc, na koniec pragnę tylko dodać kilka słów. 

"Dwór cierni i róż" to książka, równie brutalna jak soczysta i romantyczna. Wspaniale napisana, przesycona miłością, krwią, bólem i barwami. Jest nie tylko niezwykle wciągająca, ale też cudownie urzekająca. I jest obowiązkową pozycją dla fanów fantasy. A już w październiku do polskich księgarni trafi 3 tom "A court of wings and ruin", czyli w wolnym tłumaczeniu "Dwór skrzydeł i ruin".

Polecam ją wam z całego serca! Jestem pewna, że się w niej zakochacie, tak samo jak ja się zakochałam. 

Także, nie pozostaje mi już nic więcej, jak przeczytać 2 tom i czekać na 3, a wam życzyć wspaniałego dnia,
Marlena Marszałek

13.7.17

48. "Bilet do szczęścia" Beata Majewska





Po fenomenalnym "Konkursie na żonę", nadeszła pora na "Bilet do szczęścia". Jak tylko skończyłam pierwszy tom, to po prostu nie mogłam się doczekać by poznać ciąg dalszy i cały czas rzucałam okiem na parapet. Na nim stoi góra książek i wśród nich, ta której tak pragnęłam. Nie zaczęłam jej czytać zaraz po zakończeniu pierwszej części, choć bardzo tego chciałam. Najpierw zabrałam się za "Sobowtóra" Ewy Karwan Jastrzębskiej, którego recenzję możecie już znaleźć na blogu. I oczywiście, na wstępie, pragnę was serdecznie zaprosić również i do tej recenzji.

Ale wracając do "Biletu". Pierwszy tom był genialny, jednak główna bohaterka Łucja lekko mnie irytowała. A to dlatego, że nie mogłam się nadziwić jak ślepo jest wpatrzona w Hugona. Miałam ochotę uderzyć ją w twarz i pokazać prawdę. Nie wyczuwałam w tej książce miłości, a jeśli już to jedynie ze strony Łucji. 
Ale do tego jeszcze wrócimy. 

Pierwszy tom zakończył się w bardzo bolesnym momencie. Gdy skończyłam go czytać, to po prostu zabrakło mi oddechu i siłą powstrzymywałam się od sięgnięcia od razu po kolejną część, by dowiedzieć się czy wszystko będzie dobre. 

Łucja, młodziutka dziewczyna, pochłonięta przez uczucia do młodego prawnika z Krakowa, zakochana w nim bez pamięci, przeżywa szok. Dowiaduje się czegoś, co mrozi jej krew w żyłach. Okazuje się, że mężczyzna, który ją uwiódł, który przejął władzę nad jej sercem, zrobił to tylko i wyłącznie dlatego, aby odziedziczyć spadek po wuju. Dziewczyna myśli jedynie o tym, by od razu zerwać związek z Hajdukiewiczem i wrócić w rodzinne strony. Jednak los nie pozwala na to. Jej babka, jedyna opiekunka zastępująca jej matkę i ojca, trafia do szpitala. Łucja z braku innej możliwości decyduje się pozostać w mieszkaniu Hugona na czas rekonwalescencji jej opiekunki. 

Hugo odzyskuje nadzieję, na odzyskanie ukochanej. Okrywa, że naprawdę kocha Łucję i nie może bez niej żyć. Wie, że nie dałby sobie rady bez tej kruszyny. To, co się dzieje, jest ostatnią szansą od losu, by mężczyzna odzyskał dziewczynę. Ale serce kobiety jest złamane. Czy Łucja zdoła uwierzyć, w szczerość jego uczuć? 

Ja pisałam w recenzji pierwszego tomu, od wieków żywię dziwną, niewytłumaczalną niechęć do polskich autorów. I uwierzcie mi, że jeśli już po jakąś sięgam, to nazwanie tego zaszczytem wcale nie jest przesadą. Bardzo wiele oczekiwałam od autorki. Poznałam wiele opinii na ten temat i nie mogłam się doczekać. Czytelnicy wychwalali drugą część, nie raz spotkałam się ze stwierdzeniem, że jest ona jeszcze lepsza od "Konkursu". Podeszłam trochę sceptycznie do tych opinii, przecież każdy z nas ma inny gust i może zdarzyć się tak, że dla mnie będzie wręcz przeciwnie. Pod koniec musiałam przyznać rację zasłyszanym wcześniej słowom. 


Pierwszy tom był świetny, ale drugi był poziom wyżej od pierwszego. Czytałam go z niezwykłą przyjemnością, odrywając się jedynie by pójść coś zjeść, lub by iść z psem na spacer. Co prawda, książkę czytałam dwa dni, ale tylko i wyłącznie dlatego, że musiałam pomagać mamie w kuchni przy przygotowaniu obiadu. Jednak jak już przysiadłam do niej, to nic nie potrafiło mnie od niej oderwać. Nawet krzyki mamy, co przyznaję z lekkim wstydem. 

Nigdy nie lubiłam książek typowo o miłości, może głównie dlatego, że ja mam w niej pecha. A mówiąc to, mam na myśli jej całkowity brak. No cóż, albo miłość, albo książki. Naprawdę, przez całą książkę zazdrościłam Łucji, że będąc w moim wieku znalazła tak wspaniałego mężczyznę. Bo to, jaki był Hugo, sprawiało że często uśmiechałam się głupio do kartek i wyobrażałam tego boskiego prawnika. 

Jest to typ mężczyzny, w który naprawdę ciężko się nie zakochać. To jeden z tych książkowych bohaterów, którzy stają się naszymi książkowymi mężami. Niezwykle męski, przystojny, bogaty, mający w sobie to coś co przyciąga uwagę. 

Ale wracając do książki. Jak tylko zaczęłam ją czytać zdałam sobie sprawę, że autorka naprawdę poczyniła duży postęp. Niesamowicie podobało mi się to, w jaki sposób opisała uczucia Łucji. Wprawiło mnie to nawet w lekkie osłupienie. Miałam wrażenie, jakby pani Beata sama to przeżyła i dzięki temu dała radę tak dobrze to ująć. Strony aż kipiały bólem, smutkiem, bił od nich chłód. Ale jednocześnie wyczuwałam miłość, radość, nadzieję. To było coś pięknego. Bez problemu wtopiłam się w wykreowaną przez autorkę historię i z przyjemnością śledziłam dalsze losy bohaterów (które nawiasem mówiąc nie raz przyprawiały mnie o zawał serca i minę na twarzy jak złota rybka). Byłam jak szpieg, siedziałam obok Łucji na tapczaniku, stałam obok niej gdy trzymała w rękach maleństwo. Patrzyłam się na cierpiącą przyjaciółkę Hugona, Olgę. I to wszystko z bez żadnego skrępowania. 

A skoro poruszyłam już kwestię dziecka, to chcę dodać tylko jedno. Łucja jest wspaniałą matką i aż serce mi rosło, gdy obserwowałam jak cudownie opiekuje się dzieckiem. Mało brakowało a piałabym z zachwytu. 

W książce bardzo podoba mi się postać pani Hani Hajdukiewicz. I jej historia, która w końcu zyskała rozwinięcie i to napisane w cudowny sposób. Nie wiecie nawet jak się ciszyłam, gdy w końcu doszło do tego, do czego doszło. Jeśli chcecie wiedzieć o co chodzi, to nie liczcie na mnie. Nie pisnę ani słówkiem. Nie chcę odbierać wam przyjemności z czytania i poznawania historii samemu, a właśnie to w książkach jest najlepsze.

Książkę czyta się wspaniale. Nie ma momentu, w którym by się dłużyła, cała opowieść płynie gładko i wartko, a ilość stron do przeczytania znika w zatrważającym tempie. Wszystko jest idealnie zgrane i pasuje do siebie idealnie. Każdy element jest dokładnie przemyślany i całość tworzy jedną wielką układankę uczuć. A uwierzcie mi, że jest ich tutaj naprawdę wiele. Tak jak wspominałam wcześniej, pierwszy tom był genialny, ale drugi jest jeszcze lepszy. Istna karuzela uczuć. Po prostu niemożliwe jest nie dać się porwać tej historii i tym bohaterom. Są intrygujący i żywi. Jakby żyli naprawdę. 

Już nie mogę doczekać się kolejnego tomu, a premiera już wkrótce! Oderwanie się od świata Łucji i Hugona przyszło mi z trudnością, w szczególności po tym cudownym zakończeniu. Ostatnia strona prawie przyprawiła mnie o łzy. Łzy szczęścia. 

Także, nie pozostaje mi nic innego, jak z całego serca polecić wam tę książkę. Mogłabym napisać więcej, ale po co? Nie chcę streścić wam całej książki, więc po prostu nie pozostaje wam nic innego, jak ją przeczytać. Do czego z całego serca zachęcam, nie zawiedziecie się. Pani Beata Majewska doskonale wiedziała, jak napisać tę historię.




Za książkę z całego serca dziękuję wydawnictwu Publicat, a was zapraszam do komentowania. Może rozwiniemy jakąś ciekawą dyskusję na temat tej książki? Życzę wam wspaniałego zaczytanego dnia, a ja lecę czytać "Dwór cierni i róż" Sarah J. Maas, recenzja już wkrótce!

I na koniec, chcę dodać jeszcze jedno, nigdy nie skreślajcie autora, tylko dlatego, że jest polakiem. Uwierzcie mi, że nasi rodacy mają naprawdę wiele talentów a pisanie wychodzi im znakomicie!

Marlena Marszałek

29.6.17

46. "Konkurs na żonę" Beata Majewska

Nie wiem dlaczego, ale często omijam książki polskich autorów. A dlaczego? Tego nawet ja sama nie wiem, choć nie raz się nad tym zastanawiałam. Co mnie tak w nich odrzuca, dlaczego tak ciężko jest mi dać im szansę? Może gdzieś głęboko w mojej podświadomości, kryje się chochliczek, który co rusz podrzuca mi do umysłu te myśli. Twierdzi, że ma rację, że on się nigdy nie myli. Szepcze do ucha, że nie warto. 

A prawda jest taka, że przez swoje złudne przekonanie, mogłam ominąć książkę, którą pragnę wam dziś przedstawić. I już na początku pragnę przyznać się, że zostałam przez nią bezprecedensowo wciągnięta i za żadne skarby nie mogłam się z niej wydostać, aż do chwili, gdy przeczytałam ostatnie słowo podziękowań. O rany, nie spodziewałam się nawet, że tak się wciągnę! Gdybym ją ominęła, to nie wybaczyłabym sobie tego. 

Poznajemy Hugona Hajdukiewicza młodego prawnika z Krakowa, który musi jak najszybciej zmienić stan cywilny, inaczej majątek zapisany mu przez jego wuja przypadnie komu innemu. Warunkiem koniecznym, jest ożenek i dziecko, przed ukończeniem przez Hugo 30 roku życia. A do tego momentu pozostało bardzo mało czasu. I tak rozpoczynają się poszukiwania idealnej kandydatki, takiej która będzie mu wierna, będzie inteligentna, skromna, oczytana. I w trakcie poszukiwań, Hugo razem ze swoim przyjacielem Adamem, wpadają na genialny pomysł. I wprowadzają w życie plan pod kryptonimem "Żona". 

I tym sposobem mężczyzna poznaje młodziutką, bo liczącą sobie jedynie 18 lat, nieśmiałą studentkę Łucję. Dziewczyna niczego się nie domyśla, jest zachwycona zainteresowaniem i urokiem niedawno poznanego mężczyzny. Akcja dzieje się bardzo szybko. Wszystko zmierza w dobrym kierunku, do czasu. Misternie przygotowany plan powoli zaczyna się walić i niespodziewanie wymyka się spod kontroli. 

I tutaj zaczyna się cała zabawa. Fałszywa relacja, która łączy Łucję i Hugona, choć ona kompletnie nie zdaje sobie z tego sprawy, powoli przeradza się w coś więcej. Nawet nie wiecie, jak szaleńczo mi się to podobało! Czytałam z zapartym tchem, niecierpliwie czekając na dalsze rozwinięcie się akcji. A stron było coraz mniej i mniej, a ja kompletnie tego nie odczuwałam. Zagłębiłam się w historii jak w morzu. Im głębiej wpłynęłam, tym dłużej zajęło mi wypłynięcie na powierzchnię. I mimo, że momentami brakowało mi tlenu, z nadmiaru emocji (szczególnie przy stronie 219, ale o tym opowiem wam później), nie chciałam wypływać. Nie odłożyłam jej, mimo że serce dosłownie mi się krajało i płakało rzewnymi łzami. Przerwałam jedynie na kilka minut, by pożalić się na instastories.

Bardzo podobało mi się to, z jaką lekkością napisana jest ta książka. Sposób prowadzenia fabuły był istnym majstersztykiem. Autorka prowadziła narrację w interesujący sposób, odpowiednio dawkując czytelnikowi kolejne zwroty akcji. Widać, że autorka przemyślała książkę od początku do końca. Były w niej  momenty, gdy zaczynało delikatnie wiać nudą i wychodziła z tego po mistrzowsku. Może wydawać się, że książka o takiej tematyce nie będzie jakoś szczególnie wciągająca. Jednak wszystko zależy na stylu i sposobie pisania autora. A pani Beata potrafi pisać niesamowicie ujmująco. 

Gdy skończyłam czytać "Konkurs na żonę", dziękowałam Bogu i Wydawnictwu Publicat, że wysłali do mnie również drugi tom "Bilet do szczęścia". Co prawda, nie zaczęłam czytać od razu, przypominam, że wówczas była 4 nad ranem, a ja cztery godziny później musiałam wstać, bo jechałam z babcią na zakupy. Ale uwierzcie mi, po tak satysfakcjonującej lekturze, ciężko było mi zasnąć i nie myśleć o tym co wydarzy się dalej. A już zdążyłam usłyszeć opinie, że drugi tom jest jeszcze lepszy od pierwszego. W takim razie, sądzę że to czas zacząć się bać. 

I teraz wracając do felernej strony 219. Autorka bardzo zgrabnie wplotła tam coś, co przyprawiło mnie dosłownie o zawał serca. Siedziałam na łóżku otwierając usta jak rybka i wgapiałam się jak głupia w to, co tam zobaczyłam. Zaczęłam błagać Boga i autorkę aby to nie była prawda. Ale z drugiej strony wyczułam w tym zagraniu ogromny potencjał i przez kilka minut żałowałam, że autorka nie pociągnęła tego wątku dalej. Czułam, że z nim, książka nabrałaby niezwykłej powagi, głębi, zyskałaby coś niezwykłego. Co prawda byłby to bardzo bolesny wątek, ale i piękny jednocześnie. 

Jednak nie mam żalu o to, że tak się nie stało. A szczerze mówiąc, to niesamowicie mi ulżyło, gdy okazało się to nieprawdą. To byłoby zbyt trudne do opisania, choć nie wątpię w umiejętności pani Beaty i sądzę, że spokojnie by sobie z tym poradziła. Jednak ciężko by mi się to czytało. 

Bardzo polubiłam bohaterów. Autorka wykreowała ich tak, że dosłownie nie mogłam oderwać od nich oczu. Cechy charakteru, które do nich dobrała, ich wygląd, zachowania. To wszystko złożyło się na bohaterów, którzy byli jak z krwi i kości. Profil psychologiczny został tutaj ukazany w cudowny sposób, nic nie zostało pominięte, dzięki czemu bez problemu mogłam się postawić na miejscu nie tylko dwójki głównych bohaterów, ale także i innych postaci. I to sprawiło, że bardziej wsiąknęłam w całą historię. Wsysałam ją w siebie jak gąbką wsysa wodę. Wiem, dziwne porównanie, ale doskonale oddaje to jak się czułam. Czytanie tej książeczki, było czystą przyjemnością, której z radością się oddałam. Poświęciłam nawet własny sen, chociaż bardziej pasuje tutaj stwierdzenie, że zostałam do tego zmuszona, bo od książki po prostu nie da się oderwać. No cóż, takie życie. 

I szczerze mówiąc, nawet nie próbowałam się odrywać. Niebo za oknem coraz bardziej jaśniało, a ja tak się do niej przyssałam, że nawet nie zdałam sobie z tego sprawy. A nawet jeśli na siłę odłożyłabym powieść to i tak bym nie zasnęła. Zbyt wiele myśli kotłowało się w mojej głowie i całkowicie odebrało mi potrzebę snu. 

"Konkurs na żonę", jest kolejną książką, polskiej autorki, która pokazała mi, że "cudze chwalicie, swego nie znacie, sami nie wiecie, co posiadacie". Czyli, ujmując to w kilku zgrabnych słowach. To, że coś jest polskie, wcale nie oznacza, że jest gorsze. I nie można oceniać książek, przez pryzmat ich pochodzenia. Bardzo cieszę się, że miałam możliwość przeczytania tego cudeńka i już nie mogę doczekać się, jak zakończy się ta słodko-gorzka historia. 

Jeśli lubicie czytać książki o miłości, okraszone dobrym humorem, tuzinem emocji i niebanalnymi bohaterami, to "Konkurs na żonę", jest właśnie dla ciebie! Uwierz mi, przeczytanie jej, jest czystą przyjemnością. Także, nie pozostaje ci nic innego, jak sięgnąć po tę pozycję <3 I jeszcze jedno, okładka jest po prostu przepiękna!









Za możliwość przeczytania tej książeczki, z całego serca dziękuję Wydawnictwu Publicat!

Pozdrawiam serdecznie i życzę wspaniałego dnia, 
Marlena Marszałek



20.6.17

44. "Był sobie pies" Bruce Cameron +mała niespodzianka




Odkąd pamiętam kochałam zwierzęta i zawsze pałałam gorącą miłością do książek w których są one głównymi bohaterami. Już raz o tym pisałam, w przypadku recenzji "Paxa" autorstwa Sary Pennypacker, którą możecie przeczytać tutaj, także serdecznie was do niej zapraszam. Pamiętam, że byłam tą książką zachwycona, jednak pół roku później trafiłam na pozycję, którą pokochałam jeszcze mocniej, goręcej. Książkę, którą przeczytałam w jeden dzień nie potrafiąc się powstrzymać. To było dla mnie niespotykane, dawno mi się to nie zdarzyło.  Słowa były jak ziarenka piasku w klepsydrze. Ale w przeciwieństwie do klepsydry upływały, przepływały szybko przed moimi oczami mimo, że nie chciałam tak szybko jej kończyć. Płynęły jak woda w rzece, nieustannie i nieubłaganie. Nic nie mogłam na to poradzić. 

Już samo spojrzenie na okładkę przyprawiło mnie prawie o palpitacje serca, jakby chciało mi powiedzieć, że wielkim krokami zbliża się do mnie miłość. Będąca jedynie na wyciągnięcie ręki. Serce mówiło mi, że pochlebne recenzje tej książki, które co chwila widywałam na blogach, nie są kłamstwem a najszczerszą prawdą. Uwierzcie mi, uwielbiam słodzić książkom, uwielbiam wyrażać swoje zadowolenie i spełnienie po zakończeniu lektury danej książki. Jednak w tym przypadku słowa nie są w stanie opisać tego jak się czułam, gdy ją skończyłam. Albo po prostu starzeję się i zapominam słów. Co jest bardzo możliwe. Gdy zobaczyłam to cudeńko na półce w szkolnej bibliotece, to praktycznie się na nią rzuciłam jakbym zobaczyła tam bon na 5 tysięcy złotych do empiku. Złapałam ją w dłonie i prawie się popłakałam. I mówię tutaj całkowicie poważnie. 

Wiem, że za bardzo się uzewnętrzniam, ale chcę po prostu być szczera. Przytuliłam książkę do siebie i z głupim uśmieszkiem wypożyczyłam. Pani bibliotekarka widząc moje zadowolenie, sama aż się uśmiechnęła i stwierdziła, że to najpiękniejsza książka w bibliotece, na co ochoczo skinęłam głową. Bo to prawda. Książka jest przepiękna. Ledwo powstrzymywałam się przed rozpoczęciem czytania w tej sekundzie. Jak tylko dotarłam na przystanek autobusowy, to zagłębiłam się w lekturze. Miałam ogromne oczekiwania. I wiecie co? Ta książka je przewyższyła. 

Zaczytałam się tak bardzo, że prawie przegapiłam autobus. Nie zwracałam kompletnie uwagi na krzywe spojrzenia ludzi, gdy przez prawie godzinę czytałam w miejscu publicznym książkę. I tutaj pragnę dodać, że nie potrafię zrozumieć krzywych spojrzeń ludzi, gdy widzą kogoś z książką, która jest czymś innym niż podręcznikiem szkolnym. Nie raz się z tym spotkałam i po prostu byłam zdumiona. Dlaczego społeczeństwo reaguje w ten sposób? Chyba napiszę o tym osobny post, co wy na to? Ale wracając do "Był sobie pies" i czytania w miejscu publicznym, to chciałam dodać, że nie przejmowałam się spojrzeniami. Po prostu zagłębiłam się w lekturę. Byłam pod tak wielkim wrażeniem, że świat zewnętrzny kompletnie mnie nie interesował. Uwielbiam to uczucie, gdy książka wciąga mnie tak mocno, że nie zauważyłabym gdyby nagle porwało mnie tornado. Uwierzcie mi od tej książki naprawdę ciężko jest się oderwać. Jeżeli już chcecie po nią sięgnąć, to przygotujcie sobie wolny wieczór i upewnijcie się, że nic wam nie będzie przeszkadzać. 

"Był sobie pies" to urocza opowieść o pewnym cudownym psiaku, który z całego serca kocha swojego chłopca Ethana. Nie odstępuje go nawet na krok, a każda rozłąka, nawet ta najkrótsza, jest dla niego bólem nie do wytrzymania. Jednak każde życie kiedyś się kończy. Bailey także umiera, czuję się spełniony i szczęśliwy, jednak okazuje się, że jego przeznaczenie nie wypełniło się. Pies odradza się, za każdym razem gdy umrze. Najpierw jest Tobym, potem Bailey'em, Emily. Psiak mimo, że stara się to zrozumieć, to nie potrafi. Cierpi, tęskniąc za swoim panem i za swoim dawnym życiem. Pamięta każdy szczegół z dawnych żyć, jednak po jakimś czasie wspomnienia się zacierają. Tęskni za chłopcem, jednak jest bystrym psiakiem i rozumie, że tamten czas minął bezpowrotnie, dlatego stara się żyć mimo bólu rozrywającego jego serce. Jaki jest sens życia Bailey'a? Dlaczego nie może on po prostu odejść? Jakie jest jego przeznaczenie? 

"Był sobie pies" jest książką jedyną w swoim rodzaju. Jest urocza, podnosząca na duchu, cudownie swojska. Czytanie jej jest czystą przyjemnością, mimo iż w niektórych momentach serce aż kraja się z bólu i ledwo wytrzymuje to, co dzieje się w książce. Uwierzcie mi, opis z tyłu książki, nawet w jednej setnej procenta, nie oddaje jej zawartości. Zanim zapoznałam się z tą książką, wiedziałam, że jest poruszająca i niesamowicie piękna w swojej prostocie. Wiele osób przy niej płakało, jednak nie sądziłam, że i ja uronię łzę. Nigdy nie płaczę przy książkach. I to nie tak, że jestem nieczuła, czy brak mi wrażliwości. Jest wręcz przeciwnie. Czasami płaczę z błahych powodów. Ale przy książce? Nigdy. 

Smaczna ta książka!
Mogę na palcach jednej ręki policzyć książki, przy których płakałam. I wśród nich jest właśnie ta piękność, którą wam dziś recenzuję. Płakałam z żalu, z bólu, ze współczucia, ze szczęścia. Co prawda spodziewałam się, że ta powieść mnie poruszy. Jednak łez się nie spodziewałam. I dlatego byłam naprawdę zdumiona, gdy pierwsza łza spłynęła po mojej twarzy. 

Uwielbiam powieści pisane z perspektywy zwierzęcia. Jest w nich coś magicznego, coś co przyciąga i nie pozwala się oderwać. Gdy je czytam, zawsze w sercu czuję pewien rodzaj tęsknoty, którą naprawdę ciężko mi zrozumieć. Zawierają one w sobie pewien rodzaj wolności, powiew wiatru w futrze, tupanie łap na leśnej ścieżce. I bezgraniczną miłość, mocną i twardą jak stal, którą nic nie może przełamać. I dokładnie to podarował mi autor "Był sobie pies". Nie mogłam się nadziwić lekkości, z jaką przyszło mu pisanie. Jego styl ma w sobie pewnego rodzaju urok, który zachwyca. A historia, którą opowiedział, niby zwyczajna, niby nie będąca wielkim odkryciem i czymś co zmieniło cały świat, ma w sobie coś takiego, co sprawia, że ja pokochałam ją z całego serca. 

Naprawdę ciężko jest mi ubrać w słowa moje odczucia wobec tej książki, więc stwierdziłam, że nie będę się bezsensownie rozpisywać. 

Chcę wam powiedzieć, że naprawdę warto. Jest to jedna z tych książek, która na dłużej zostaną w sercu czytelnika. Poruszająca, niepokojąca, prawdziwa. Opowieść o miłości, która przekracza nawet granice śmierci. Psy to nasi przyjaciele. Zawsze o tym wiedziałam. Jednak, gdy przeczytałam tę powieść, spojrzałam na własnego psa całkowicie inaczej. Zrozumiałam, że nawet jeśli czasami mnie irytuje, gdy skacze po mnie i drapie mi całe nogi, albo gryzie w radosnym szale, to jest to oznaka jego miłości. Zrozumiałam, że ja i moja rodzina, jesteśmy wszystkim co ma i że jesteśmy w jego maleńkim, przepełnionym dziką radością i ekscytacją, serduszku, które każdego dnia bije dla nas. 

Polecam wam tę książkę z całego serca. Ona nie tylko porusza, ale zmienia myślenie na pewne tematy. Jest przepiękna i warta każdej spędzonej przy niej chwili. 

Na koniec mam dla was jeszcze kilka zdjęć książki z moim psiakiem Lucky'm, o którym wspominałam w recenzji :) 

Ale obiecujesz, że mnie nie opuścisz?

Dostanę nagrodę tak? O tamtą szyszkę, tak tak!

Och, daj już spokój, pół dnia pozowałem...

I jeszcze inne zdjęcia, które po prostu musiałam dodać <3 




Pozdrawiam serdecznie i życzę wspaniałej psiej lektury
Marlena Marszałek

10.5.17

42. "Eksplozje" Janusz L. Wiśniewski i inni


Jest wiele powieści, które poruszają kobietę. Nas, kobiety bardzo łatwo przekonać, mimo iż może wydawać się, że jest inaczej. Jednak większość z nich pisana jest przez osobę tej samej płci. Jednak są też opowieści pisane przez mężczyzn, które potrafią trafić do naszego serca bardziej niż niejeden romans, niejedna historia miłosna. Nie zdawałam sobie z tego sprawy dopóki w moje ręce nie trafiła książka zawierająca zbiór niesamowitych opowiadań autorstwa Janusza L. Wiśniewskiego i osiem odpowiedzi na nie, napisanych przez znających się na swoim fachu pisarzy. Nim nie przeczytałam tego zbioru, nigdy bym nie powiedziała, że mężczyzna może wczuć się w myśli kobiety, może ją tak dogłębnie zrozumieć. I nie podejrzewałam nawet ile wspaniałych polskich autorów umyka mi każdego dnia. Nie wiedziałam, jak bardzo ignorancja przesłoniła moje oczy. 

Tak jak wspomniałam wyżej "Eksplozje" to zbiór, łącznie, 16 opowiadań, a wśród autorów możemy odnaleźć znanego wielu osobom Alka Rogozińskiego. Opowieści te są na różne tematy, ale główną myślą przewodnią jest miłość. Ukazana tutaj w niezwykły, z pozoru nie mający powiązania sposób. Każda opowieść jest inna, jedne są całkowicie odmienne od siebie, inne idealnie się uzupełniają, grają najczystszą melodię, łączą się w perfekcyjnie zgrany chór głosów, mimo iż pisały je całkowicie dwie różne od siebie osoby. Każdy autor przekazał od siebie coś wyjątkowego, cząstkę jego życia i myśli, cząstkę jego samego. I to jest niesamowite. 

Nie będę opisywać każdej historii, są one zbyt krótkie, by zdradzać nawet odrobinę fabuły. Uważam, że czytelnik sam powinien się z nimi zapoznać. I przeżyć je na swój własny sposób, prawdziwie i odrobinę samolubnie. Tak książka jest jak kwiat, mający 16 płatków. Są ze sobą idealnie zgrane, przepięknie razem wyglądają, ale jeśli wyrwiesz jeden z nich, całość staje się pusta, brzydka. I dlatego nie zdradzę wam o czym są opowiadania. Mogę powiedzieć jedynie tyle, że poruszają one bardzo mocno, mimo że są spokojne, ciche, a jednocześnie grzmią jak grzmoty podczas burzy. 

Zauroczyłam się w stylu pisania pana Janusza. Pisze on w sposób niezwykły, niby nic zwyczajnego, ale nawet kilka zdań potrafi wciągnąć czytelnika i przekonać by został na dłużej. Dawno nie spotkałam się z takim talentem. Nawet najprostsza historia, pod piórem autora rozkwita i przyciąga oko. Prawda jest taka, że mało kiedy możemy spotkać taki styl. Niezwykle zajmujący, poruszający, inteligentny i tak prawdziwie swojski. Nie wiem dlaczego, może właśnie ze względu na styl, opowiadania pana Janusza czytało mi się najlepiej. Oczywiście, nie mogę zapomnieć o reszcie autorów. Spisali się po prostu wspaniale. 

Bardzo podobało mi się to, jak niesamowicie potrafili się zgrać z dziełami, które stworzył prekursor. Czasami ledwo zarysowane przez niego historie, prowadziły do zazębiających się z nimi kolejnych historii. Nigdy wcześniej się z czymś takim nie spotkałam i uwierzcie mi, czasami naprawdę miałam wrażenie, jakby pisała to ta sama osoba. To było wspaniałe doświadczenie. Obserwowanie jak opowieści płyną i łączą się w jeden strumyk. I tak samo płynęły kolejne strony. Strona za stroną, kartka za kartką, ciemność na polu powoli zmieniła się w jasność, słońce zaświeciło mi w oczy, światło lampki stojącej na parapecie było praktyczne niewidoczne. I koniec.

Gdy czytałam czułam się, kurcze naprawdę ciężko to opisać. Czułam się zrozumiana, moje serce łopotało, gdy ukochani bohaterowie, których znałam ledwo od kilku minut, przeżywali swoje rozterki, problemy. Jednak najbardziej poruszyła mnie odpowiedź na opowiadanie "Anorexia Nervosa" Janusza L. Wiśniewskiego, napisana przez Alka Rogozińskiego o tytule "Jeden dzień w Sarajewie." Gdy je skończyłam, moje oczy były szeroko otwarte ze zdumienia, a serce praktycznie złamane na pół. Zaskoczył mnie. I tak tak bardzo, że w najbliższym czasie pójdę do biblioteki i poszukam książki jego autorstwa. Muszę przekonać się, czy zdoła mnie zaskoczyć jeszcze raz. Wiele razy słyszałam o tym autorze, ale nie byłam przekonana. To jedno opowiadanie całkowicie mnie przekonało.

Całość przeczytałam bardzo szybko. Nie ociągałam się, tak jak to często w moim przypadku bywa, gdy czytam książki. Oczywiście, często nie równa się z bardzo często, bądź zawsze. Zdarzają się perełki, które wciągają od pierwszej strony, poruszają najdelikatniejsze struny serca, spędzają sen z powiek, mimo iż wcześniej ledwo stałam i nie mogłam przestać ziewać. "Eksplozje" są jedną z takich perełek, diamentów. Błyszczą jak diament i zapewniam was, są pozycją obowiązkową na waszej półce. Jest ona pełna emocji, miłości, szaleństwa, a w szczególności prawdy. Jest ona jak najpiękniejszy koncert grany tylko dla ciebie. Polecam z całego serca, nie tylko dorosłym paniom i co najważniejsze, nie tylko paniom! Z tej niecodziennej reakcji łańcuchowej zrodziła się opowieść, która przypomina czytelnikowi, co kiedyś czuł, co nadal przeżywa i czego ciągle pragnie. 

Jest to opowieść pełna uczuć, cierpienia, bólu, pragnień i miłości. Boleśnie prawdziwa i boleśnie piękna.

Z każdą kolejną historią, nasze serce zalicza kolejną eksplozję.

Polecam wam tę książkę z całego serca, pozdrawiam i życzę wspaniałego dnia <3
Marlena Marszałek 

13.4.17

41. "Ponad wszystko" Nicola Yoon


Siedzisz całe życie w domu. Wokół Ciebie są białe ściany. Jesteś ubrana na biało. Oddychasz nieskazitelnym filtrowanym powietrzem. Czujesz się biała, twoja dusza taka jest. Nie wiesz jak to jest naprawdę żyć. Cieszysz się tym co masz, ale nie wiesz czym jest prawdziwe życie. Niby żyjesz, ale tak naprawdę to nie można nazwać tego życiem. Wyobraź to sobie. Straszne prawda? Nigdy nie poznać ciepła słońca, nie poczuć wiatru we włosach, nie ujrzeć piękna przyrody, nie czuć zapachu kwiatów, nie słyszeć śpiewu ptaków. Nigdy nie dotknąć trawy, nie zobaczyć sarny biegnącej przez łąkę, ledwie kilkanaście metrów od Ciebie. Nie czuć kropel deszczu na twarzy, śniegu który opada na brwi. 

To nie byłoby życie. 

A Maddy żyje dokładnie tak jak opisałam wyżej. Jest uczulona na wszystko. Choruje na rzadką chorobę, zwaną SCID. Kontakt z czymkolwiek co nie jest odkażone, może zakończyć się ostrą reakcją alergiczną i, nie ma co się okłamywać, co za tym idzie, śmiercią. Dziewczyna nigdy nie opuszcza domu, a jedyne osoby z którymi ma styczność i które widuje, są jej mama i pielęgniarka Carla. Świat zewnętrzny zna jedynie z książek, które są jej jedynym oderwaniem od smutnej rzeczywistości. Jednak gdy do domu obok wprowadza się nowa rodzina, a jednym z jej członków jest niesamowity chłopak Ollie, dziewczyna postanawia zmierzyć się z tym światem. Czy Maddy podejmie największe ryzyko w swoim życiu? Czy chwilowa wolność jest tego warta? Dziewczyna w każdej chwili może umrzeć. Jednak dla prawdziwej wolności, nawet tak ulotnej, warto oddać wszystko. A co jeśli dziewczyna się myli?

Tak, mówię o książce "Ponad wszystko". I oficjalnie stwierdzam, że to jedyna książka, po której skończeniu nie mogłam uwierzyć, że to już koniec i przeczytałam nawet podziękowania. Byłam zdumiona, zdruzgotana, zdziwiona, zasmucona. Zadawałam sobie wiele pytań, akurat niezwiązanych z fabułą, a książką samą w sobie. Ponad 300 stron, kilka dni czytania na przerwach w szkole i w autobusie i to już koniec? Naprawdę? Dlaczego nadszedł on tak szybko, jak to możliwe? Czyżby ktoś przyśpieszył czas?

Jednak fakty były niepodważalne. Przesuwanie na telefonie na kolejną stronę e-booka ukazało brak kolejnych stron. To naprawdę koniec. Ogarnął mnie przeraźliwy niedosyt. Bolesny i przytłaczający. Nie potrafiłam opuścić Maddy i Olliego. Bardzo mocno zżyłam się z bohaterami i naprawdę było mi trudno i szczerze mówiąc, nadal jest. Przecież skończyłam ją ledwie kilka godzin temu, jeśli spojrzeć na dzień w którym piszę tę recenzję, a nie dzień jej dodania. Pokochałam Maddy za optymizm, którym aż kipiała, mimo tego że była więźniem we własnym domu. Za to, że tak samo jak ja, kochała czytać książki i były one dla niej jedną z najważniejszych rzeczy. Za wygląd i pochodzenie. Pokochałam ją za wszystko. A Olliego za to, że z pozoru był jej całkowitym przeciwieństwem, a gdy byli razem, to miałam wrażenie, jakby byli dwoma idealnie pasującymi do siebie połówkami jabłka. To było piękne!



"Czasami czytam ulubione książki od tyłu. Zaczynam od ostatniego rozdziału i przesuwam się ku początkowi. W ten sposób bohaterowie przechodzą od nadziei do rozpaczy, od samoświadomości do zwątpienia. W romansach pary zaczynają jako kochankowie, a kończą jako dwoje obcych sobie ludzi. Książki o dorastaniu stają się powieściami o utracie sensu w życiu. Ożywają ulubieni bohaterowie."



"Ponad wszystko" czy się niesamowicie szybko i lekko. Jestem pewna, że jeśliby przysiąść do niej raz, a porządnie, to spokojnie przeczyta się ją w dzień, no, ewentualnie w półtora, w co jednak wątpię. A dlaczego? Styl pisania autorki jest prosty, ale niech to cię nie zwiedzie! Za tym stylem kryje się ogromna umiejętność przyciągnięcia do siebie czytelnika i zamknięcia go w sieci z liter. I nawet jeśli nie lubicie zniewolenia, to tym razem jest to czysta, powalająca przyjemność. Ciekawi bohaterowie, wyjątkowy styl pisania, szybko rozwijająca się akcja (nie będąca jednocześnie męcząca), przekaz, miłość i wiele wiele więcej, sprawia, że naprawdę ciężko się oderwać. 

Najlepiej sprawdza się czytanie tej książki w e-booku, gdy jedziesz np. autobusem. Jest ona lekka i nie będzie to żadną przeszkodą. Jednak na tym się nie skończy. Już wcześniej chciałam mieć tę książkę w wersji papierowej, ale gdy już ją przeczytałam, to stało się to dla mnie praktycznie koniecznością. Pokochałam tę książkę i nie mogę pozwolić sobie, by mieć tylko wersję elektroniczną. To byłby zniewaga dla jej geniuszu i wyjątkowości. Za bardzo ją polubiłam i mogę wam zagwarantować, że w waszym przypadku będzie tak samo. 

"Ponad wszystko" nie jest powieścią niezwykła, jedyną w swoim rodzaju, wyjątkową i niepowtarzalną, co jednak nie jest w tym przypadku minusem. Nie jest ona jedną z tych książek po których przeczytaniu masz ochotę rzucić wszystko i wyjechać w Bieszczady. Mam przez to na myśli, że wywiera ona chęć do refleksji u czytelnika i skłania do przemyśleń, ale nie są to przemyślenia, które mogą przejść w czyn. Czujemy się podbudowani, podniesienia na duchu, ale jednocześnie czegoś nam brakuje, po książce pozostaje niedosyt, który pojawia się przez zakończenie, które jest otwarte. Nie jest jasno określone jak kończy się historia. Oznacza to, że autorka zostawiła to w kwestii czytelnika. To od niego i jego wyobraźni zależy jak rozwinie się zakończenie historii Maddy i Olliego. I to bardzo mi się spodobało! Jednocześnie, nie ma co się okłamywać, zakończenie jest przewidywalne. Ja od początku książki, podejrzewałam jak się ona zakończy, co jednak nic książce nie ujęło. Choć sądzę, że u Was może być inaczej, każdy jest inny, więc oczywiste jest, że może kogoś to zrazić.

"Jeśli człowiek nie żałuje, znaczy że nie żył."

Książka pozostawia po sobie miłe uczucie ciepła i przyjemności. Jest ona cudownym wyborem do czytania gdy w naszym życiu są problemy, gdy mamy wiele zmartwień, dzięki jej lekkości i delikatności. Jest jak dotyk pióra na skórze, który porusza serce i sprawia, że bije ono szybciej. Uwierzcie mi, że książka jest warta każdej chwili, którą z nią spędzicie. Pokazuje nie tylko jak ważne jest by prawdziwe żyć, ale także i prawdziwie kochać. Ważne jest by unieść się ponad wszystko i po prostu żyć. Czasami może być to niebezpieczne, ale chwila prawdziwego szczęścia jest tego warta.

Serdecznie polecam Wam tę książkę, uważam że jest ona pozycją obowiązkową na liście każdego prawdziwego książkoholika. A jeśli nie wiecie, w czerwcu do kin trafi film na jej podstawie i sądzę, że jest to dodatkowy powód, by zapoznać się z tą cudowną historią. Także do dzieła kochani, czekam na Wasze opinie :)

Życzę wspaniałego zaczytanego dnia i pozdrawiam cieplutko,
Marlena Marszałek


Szablon dla Bloggera stworzony przez Devon.