Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ulubione. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ulubione. Pokaż wszystkie posty

28.2.18

75. Recenzja "Bieg do gwiazd" Dominika Smoleń


Dziś mam dla was bardzo emocjonującą lekturę. Recenzję książki, która była najlepszym, co mnie w tamtym roku spotkało. Wprost nie mogłam się doczekać, by wam o niej opowiedzieć, ale musiałam poczekać. Przeczytałam ją dawno temu i nie jestem pewna, czy uda mi się w opisać te wszystkie emocje, które wtedy mną targały, ale będę się starać jak najlepiej przekazać wam swoje odczucia, co do tej powieści. Jedno mogę wam zdradzić już teraz, jeśli po nią sięgniecie, to nie będziecie w stanie jej zapomnieć. Historia Ady zawładnie waszym sercem, by na koniec je złamać. Oj, to nie będzie łatwa lektura. 

Czy diagnoza lekarska przekreśli marzenia młodej dziewczyny?
Cukrzyca. Słowo, które zmienia życie na zawsze. Choroba, z którą każdy może mieć do czynienia. Błogosławieństwo czy klątwa?
Ada była pewna, że usłyszała wyrok śmierci. Bez wsparcia rodziców i przyjaciół coraz bardziej zamykała się w sobie, popadając w depresję. Po wyjściu ze szpitala psychiatrycznego dostała list od babci, który diametralnie zmienił jej nastawienie do rzeczywistości. Zapragnęła stać się normalną nastolatką, nawet jeśli oznaczałoby to walkę z własnymi słabościami.
Bieg do gwiazd to wstrząsająca historia o dziewczynie, która uczy się żyć na nowo. Historia, obok której nie można przejść obojętnie.

Czytałam ją jako ebook, wtedy jeszcze nie była wydana i wprost nie mogłam się doczekać, aż egzemplarz papierowy w końcu wyląduje w moich rękach. Ten czas upłynął szybciej niż się tego spodziewałam, ale to dobrze. Bo gdy w końcu trafiła w moje ręce, to po prostu się w niej zakochałam. I choć jeszcze nie przeczytałam jej po raz drugi, to na pewno to zrobię. "Bieg do gwiazd" zasługuje na to bardziej niż każda z książek, które przeczytałam do tej pory. Myślę, że porównanie jej do "Promyczka" Kim Holden, "Terapii" Kathryn Perez czy "Present perfect" Alison G. Bailey, którą dosłownie wczoraj przeczytałam, jest jak najbardziej prawdziwe i adekwatne. Ta książka, poruszyła nie tylko moje serce ale i rozum. To jedna z tych książek, które nie są tylko wypełniaczem nudnych chwil w naszym życiu, a stają się nim. W sensie naszym życiem. Sama nie wierzę, że to piszę. Ale tak właśnie jest! 

Polska potrzebuje takich książek, co do tego nie mam wątpliwości. W szczególności napisanych przez naszych polskich autorów! Nigdy wcześniej nie trafiłam na powieść, w której bohaterka walczyłaby z cukrzycą. Bardzo mało się o niej mówi, czasami mam wrażenie, że unika się jej na wszelkie sposoby. Depresja, rak, tak mówmy o nich. Myślimy, cukrzyca, nic takiego. Błąd. Cukrzyca to choroba, która zabija, której nie da się wyleczyć. Przyznam się wam, że mimo iż znałam jej objawy i następstwa z nią związane, to jakoś nie potrafiłam w to uwierzyć. A teraz czuję się jak ignorantka. Zawsze myślałam, że to nic takiego. Ot, wystarczy jedynie pilnować cukru i wszystko jest cacy. 

W mojej rodzinie, dziadzio choruje na tę chorobę już od ponad 30 lat. Babcia od dwóch. Nawet nie wiecie, jak bardzo, po zakończeniu czytania "Biegu do gwiazd" bolało mnie, że nigdy nie brałam tej choroby na poważnie. Dopiero w tamtej chwili otworzyły mi się oczy i spojrzałam na dziadzia całkowicie inaczej. Ujrzałam w nim zmęczonego, chorego człowieka, który każdego dnia wstaje z łóżka, choć jest to dla niego bardzo trudne. Wstaje, bo kocha żyć i nie wyobraża sobie nie wstać i nie spojrzeć babci w oczy. Ledwo chodzi, rany nie chcą mu się goić, jest cały czas zmęczony, ale nie poddaje się. 



I wtedy zdałam sobie sprawę, że naprawdę go podziwiam. Gdybym ja była na jego miejscu, to stałabym się taka sama jak Ada, główna bohaterka powieści. Nie radziłabym sobie sama z sobą, straciłabym chęć do życia i chciałabym jedynie zakończyć to cierpienie. Dziadzio sobie z tym radzi, bo gdy zachorował, był dojrzałym mężczyzną, musiał walczyć by utrzymać rodzinę. Ale co w przypadku Ady, dziewczyny, która zachorowała mają zaledwie 7 lat? W czasie, gdy jej psychika dopiero się kształtowała, a rodzina się od niej odsunęła? Tak jak mówiłam, "Bieg do gwiazd" nie jest łatwą powieścią. Nie przeczytacie jej na jednym tchu, bo po prostu nie dacie sobie rady z cierpieniem, które się z niej wylewa. Oczywiście, są też momenty gdy serce rośnie i uśmiech pojawia się na twarzy. Jednak najczęściej serce prawie pęka na pół, gdy widzimy jak dziewczyna po raz kolejny zamyka się w sobie i chce po prostu odpłynąć. 

Tak, to przerażające. I jednocześnie, równie przerażające jest to, że jest to fikcja, ale realna. Mam na myśli to, że taki scenariusz naprawdę mógł się zdarzyć, sama znałam podobny przypadek, a osoba o której teraz mówię, również ma na imię Ada. I mieszka zaledwie ulicę dalej. Jednak, wracając do powieści. Nie potrafiłam zrozumieć rodziców Ady, miałam ochotę wejść do książki i im coś powiedzieć, zmusić ich by otworzyli oczy i zobaczyli co zrobili. To było dla mnie bardzo przykre, ale wytrzymałam. Czytałam dalej, a smutek mnie nie opuszczał. A w chwili gdy nikłe światełko nadziei na nowo rozbłysło i dało owoce, Dominika szybko je zgasiła, a owoce schowała gdzieś bardzo głęboko. Zakończenie było dla mnie ogromnym zaskoczeniem i na nowo uruchomiło potok łez. 

Nie spodziewałam się, że "Bieg do gwiazd" pozostawi po sobie takie zgliszcza. Wiedziałam, że nie przejdę obok tej historii obojętnie, ale nie sądziłam, że tak mocno mnie ona poruszy. Pozostawiła po sobie ogromnego kaca moralnego i książkowego, do dziś nie mogę o niej zapomnieć i cały czas w głowie przewijają mi się kolejne sceny, kolejne słowa, kolejne obrazy. Zakochałam się w bohaterach, w Adamie, Lenie, Łukaszu, Karolinie, w Adzie. Zostali oni wykreowani doskonale, nie są oni płascy i każda postać ma swoje miejsce w książce i każda coś wnosi. A historia pewnego chłopaka do dziś siedzi mi w głowie.

"Bieg do gwiazd" to niesamowicie głęboka opowieść o chorobie, załamaniu, miłości, potrzebie wsparcia, depresji która pochłania duszę. Mimo swojej tematyki, czyta się lekko i z ogromną przyjemnością. Nie sposób przejść koło niej obojętnie. Nie musicie się martwić także o to, że czegoś nie zrozumiecie. Na końcu książki jest słowniczek, w którym autorka wyjaśnia wszystkie pojęcia związane z cukrzycą, dzięki czemu zrozumienie przyjdzie wam łatwo i bez odrywania się od książki. Wcześniej wspomniałam, że nie da się przeczytać jej na jednym wdechu, co szczerze mówiąc, jest w połowie prawdą. Bo mimo tego, bardzo ciężko jest się oderwać, bo wciąga niemiłosiernie, zajmuje serce i umysł, wypełnia każdy atom ciała i nie pozwala myśleć o czymś innym. 

Jest to zdecydowanie najlepsza książka, jaką przeczytałam w ostatnich latach. Była ona po prostu cudowna, cu-do-wna! I żałuję jedynie tego, że ma tak mało stron i że zapewne nie dowiem się, co stało się dalej, bo zakończenie nie wyjaśnia nam wszystkiego, a pozwala samemu wymyślić co się stało później. Była ona nie tylko wspaniałą lekturą, dzięki niej zrozumiałam wiele rzeczy i na wiele rzeczy inaczej spojrzałam. Zmieniła moje myślenie, za co naprawdę bardzo Ci dziękuję, Dominiko. Nie jestem w stanie wyrazić swoich uczuć, bo po prostu brak mi słów. I to nie dlatego, że piszę tę recenzję jakiś czas po przeczytaniu BDG, tylko dla tego, że tego nie da się opisać. Tę opowieść trzeba przeżyć samemu. Do czego gorąco was zachęcam! 

Mogłabym powiedzieć więcej, mogłabym pisać o niej godzinami, ale po co? Pozwólcie, że posłużę się słowami rekomendacji, które napisałam i które możecie znaleźć w książce, bo to właśnie one najlepiej oddają moje uczucia. 

"Bieg do gwiazd" to opowieść, która już od pierwszych stron chwyta za serce i wiele razy je łamie. To przepięknie napisana historia dziewczyny, która przez własną chorobę i brak wsparcia ze strony rodziny staje się wrakiem człowieka. Nadzieja jednak umiera ostatnia. Poruszająca, bolesna, prawdziwa. Koniecznie przyszykujcie paczkę chusteczek, przydadzą się. 

Polecam z całego serducha, myślę że to czas rozpocząć własny bieg do gwiazd <3
Marlena Marszałek

12.2.18

71. Moje pierwsze spotkanie z Colleen Hoover "Confess"


"Confess" było moim pierwszym spotkaniem z Colleen Hoover. I to całkiem niedawnym, bo zaczęłam czytać tę książkę gdzieś pod koniec grudnia zeszłego roku, a skończyłam dzień po Sylwestrze, gdy już ból głowy odszedł a energia na nowo powróciła do mnie ze zdwojoną siłą. Jednak nie byłam na to gotowa, naprawdę, nawet przez chwilę (mimo iż autorka jest z tego znana), nie przyszło mi do głowy to, że Colleen może złamać moje serducho. I to nie raz. Nie bójcie się, ta opinia nie będzie długa, bo jest to jedna z tych książek, które po prostu trzeba przeczytać samemu. 

Wielu z was pisało mi, że są jeszcze lepsze powieści od tej autorki niż "Confess", takie które dosłownie sprawią, że serce mi eksploduje. I naprawdę, zaczynam się tego bać. Bo jeśli już ta powieść, sprawiła że czułam się naprawdę mocno poruszona i kompletnie nie wiedziałam co myśleć, to ja się boję, co będę czuć np po "Ugly love", które w tej chwili grzecznie czeka sobie na półce, kompletnie gdzieś mając przekroczony o 2 tygodnia termin wypożyczenia tej książki w bibliotece. "Confess" mnie zabiło. I naprawdę nie mam ochoty oddawać tej książki, chyba muszę zaopatrzyć się we własny egzemplarz, bo jestem w tej książce po prostu zakochana. I jednocześnie jestem pod ogromnym wrażeniem. A mówicie, że są lepsze. Ja zaczynam się obawiać o moje biedne serce. 

Bo to, że sięgnę po kolejne, nie jest żadną tajemnicą. 


Znajdź w sobie odwagę, by wyznać… SEKRET 

PRAWDĘ 
MIŁOŚĆ 

Niewypowiedziane pragnienia, bolesna przeszłość i głęboko skrywane grzechy są dla Owena największą inspiracją. Utalentowany malarz kolekcjonuje anonimowe wyznania i przenosi je na płótno. Auburn od kilku lat walczy o odzyskanie normalnego życia i desperacko potrzebuje pieniędzy. Zakochanie się w przystojnym malarzu nie jest częścią jej planu, ale przekorne przeznaczenie stawia na swoim. Dziewczyna odkrywa jednak, że przeszłość ukochanego może odebrać jej to, co dla niej najważniejsze...

Wszystkie wyznania, które przeczytacie w tej powieści, są prawdziwe.


Wiele razy zastanawiałam się, co takiego jest w Colleen, że jest o niej tak głośno i jest tak uwielbiana. Jakoś nie mogłam się skłonić do sięgnięcia po jej twórczość, czego teraz (w momencie, gdy przeczytałam jeszcze "Slammed" z serii "Pułapka uczuć", recenzja we środę!), bardzo żałuję, że tak długo zwlekałam. Niesamowicie mi się spodobała ta historia, nie potrafiłam się oderwać, chociaż momentami bardzo tego potrzebowałam. Tej chwili oddechu, gdy akcja pędziła z zastraszającym tempie. Jednak tutaj muszę zaznaczyć, że akcja nie była jakoś szczególnie wyjątkowa, nie czułam że czytam coś, czego jeszcze nigdy wcześniej nie spotkałam. Mimo tego, było w niej coś takiego, nie jestem pewna jak to określić, coś takiego co poruszało mnie do głębi i nie pozwoliło nawet na sekundę odłożyć powieści. Nawet zamykające się oczy i zaspany umysł nie były dobrym powodem by się oderwać. 

Nie jest to opowieść lekka, chociaż może się taka wydawać. Na początku nie ma tutaj nic niezwyczajnego, mamy tutaj bohaterkę, która jest tajemnicza i nie chce się przed nami otworzyć, mamy malarza, który maluje obrazy na podstawie cudzych wyznań. Mamy pewnego policjanta, który za wszelką cenę chce... A tego wam nie powiem, bo to spojler. Z każdą kolejną stroną, gdy Colleen odkrywa swoje sekrety, "Confess" staje się czymś więcej, niż tylko fikcyjną opowieścią. Z każdą kolejną stroną, coraz bardziej czujemy wylewające się z niej życie, jakby to wszystko było prawdą spisaną na kartach powieści. I właśnie to sprawia, że mogę nazwać ją niezwykłą. Jej realizm, tajemnice które poruszą każdego.

Nie mogę oczywiście nie wspomnieć o przepięknych obrazach w środku powieści, które jeszcze bardziej umilają czytanie. Są tak cudowne, że bardzo dużą ilość czasu spędzałam na przeglądaniu ich i wzdychaniu. Chciałabym mieć taki talent, oj chciałabym. Gdyby nie te obrazy, to wydaje mi się, że całość wiele by straciła, więc cieszę się, że się one pojawiły. I do tego, jak dowiedziałam się, że wyznania z powieści są prawdziwe, nie zmyślone, to mnie zatkało. Z jednej strony, napełniło mnie to podziwem, a z drugiej, bardzo mnie to zasmuciło. A dlaczego? Bo wiele z tych wyznań było bardzo bolesnych. 

Książka naprawdę bardzo mi się podobała, czytało mi się ją niesamowicie przyjemnie i szybko. Styl Hoover jest naprawdę dobry, potrafi ona w bardzo ciekawy sposób opisywać różne zdarzenia i z łatwością tchnęła życie w tę powieść. Jestem naprawdę bardzo zaskoczona, bo nie spodziewałam się tego. A gdy nadszedł czas na ostateczne rozwiązanie akcji i zakończenie, to serce waliło mi tak mocno, że obawiałam się, że zaraz mi wyskoczy. A ostatni rozdział zostawił mnie z bardzo dziwnym uczuciami, których długo później nie mogłam ogarnąć, byłam zdumiona, skonfundowana, dosłownie brakło mi słów, bo nawet przez sekundę wcześniej nie pomyślałam, że coś takiego mogło się tam stać. To było piękne, ale jednocześnie trochę przerażające. Odkrycie tej tajemnicy było dla mnie czymś kolosalnym i nie potrafiłam w to uwierzyć. Jak dla mnie, idealny zabieg, idealnie pasujący do całości. To było coś... Wow. 

Wiele razy emocje prawie we mnie eksplodowały, a moje serce już ledwo wytrzymywało. Ja, która kiedyś nienawidziła takich książek, nie mogłam się oprzeć i oddałam całą siebie tej książce. I nie żałuję. Bo chyba zyskałam autorkę, po której książki będę sięgać chętniej niż po książki innych autorów. Colleen złapała mnie w swoje sidła i coś czuję, że szybko mnie z nich nie wypuści. Jeśli w ogóle to zrobi, a coś czuję, że chyba tak się nie stanie. No cóż, pozostaje mi jedynie czekać na resztę części "Slammed" i zabrać się za "Ugly love". Obserwowanie miłości dwóch głównych bohaterów, przeciwności które stanęły na ich drodze i całej reszty, sprawiło mi ogromną radość i momentami przysporzyło o ból głowy, hahaha. Polecam wam z całego serducha tę książkę, jeżeli lubicie książki pani Hoover a co do tej nie byliście pewni, koniecznie przeczytajcie. Ja jeszcze długo po jej przeczytaniu nie mogłam o niej zapomnieć, co bardzo dobrze o niej świadczy. Jest to naprawdę wspaniała powieści, która nie raz przyprawi was o łzę czy szybsze bicie serca. A jej oprawa sprawi wam jeszcze więcej radości. Ja teraz żałuję, że nie mam tej książki na własność. Pani Hoover naprawdę mi zaimponowała, jest pod ogromnym wrażeniem i nie mogę się doczekać aż poznam jej inne książki! 

Polecam wam "Confess" z całego serducha! A jeżeli czytaliście już wcześniej tę książkę, to dajcie mi koniecznie znać, jak się wam ona podobała ;)
Pozdrawiam i życzę wspaniałego dnia,
Marlena Marszałek

19.1.18

[Recenzja Przedpremierowa] 66. "Kredziarz" C. J. Tudor - Musicie to przeczytać!



Aż drżę z podniecenia, wprost nie mogąc się doczekać, aż podzielę się z wami swoimi przemyśleniami na temat książki, która za granicą zbiera same pochwały, a swoją premierę w Polsce będzie mieć 28 lutego. Dzięki akcji Wydawnictwa Czarna Owca, udało mi się ją zdobyć prawie dwa miesiące przed premierą i jak tylko dostałam ją w swoje lepkie łapki, to przyssałam się do niej, chcąc jak najszybciej ją przeczytać. Czy spełniła moje oczekiwania? Czy jest tak dobra, jak mówiono? Czy jest w ogóle warta waszego czasu i pieniędzy? 

3 razy tak. 

A niżej dowiecie się dlaczego.

Już nigdy nie zetrę kredy z dłoni.


W mrocznych zakamarkach ludzkiego umysłu kryją się najbardziej fascynujące koszmary i tajemnice.

Rok 1986. Eddie i jego przyjaciele dorastają w sennym angielskim miasteczku. Spędzają czas, jeżdżąc na rowerach i szukając wrażeń. Porozumiewają się kodem: rysowanymi kredą ludzikami. Pewnego dnia jeden tajemniczy znak prowadzi ich do ludzkich zwłok. Od tej chwili wszystko zmienia się w ich życiu.

Trzydzieści lat później Eddie i jego przyjaciele dostają listy z wiadomością napisaną tajemniczym kodem z dawnych lat. Uważają, że to żart do momentu, gdy jeden z nich nie ginie w niewyjaśnionych okolicznościach. Do Eddiego dociera, że jedyną drogą do ocalenia siebie przed podobnym losem jest próba zrozumienia, co tak naprawdę stało się przed laty.
Kredziarz to najlepszy rodzaj suspense’u, w którym teraźniejszość doskonale współgra z reminiscencją, każda postać jest wyraźnie zarysowana i interesująca, żadna z zagadek nie pozostawia w czytelniku niedosytu, a zwroty akcji zaskoczą nawet najbardziej doświadczonego czytelnika. 

Jak tylko usłyszałam o tej książce, to wiedziałam, że koniecznie muszę ją przeczytać. Chciałam dowiedzieć się, co sprawiło, że jest o niej tak głośno. Co sprawiło, że poruszyła tak wiele osób i została hitem. Rzadko się zdarza, żeby debiut autora (autorką jest kobieta), był tak dobry, debiutantom bardzo ciężko jest się wybić spośród tysięcy. Ciężko jest też trafić, jeśli chodzi o swoją niszę. Ciężko jest teraz wymyślić coś, czego jeszcze nie było i sprawić, że czytelnik będzie chciał poznać kolejne twoje powieści. I dlatego też, jak pisała wcześniej, jak tylko wyciągnęłam "Kredziarza" z koperty, to pobiegłam do pokoju, wskoczyłam pod kołdrę i zaczęła czytać. 

Nie od razu zapałałam miłością do tej powieści. Wciągnęła mnie już od pierwszych słów, to prawda, ale było w niej coś odpychającego. Przeczuwam, że to jedynie moja własna wyobraźnia. Rzadko czytam takie książki i dlatego czułam się na początku trochę niekomfortowo. Krew, morderstwa, dosyć podejrzane dzieciaki, dziwne sny głównego bohatera wprawiały mnie w lekkie skonfundowanie. Ale nie trwało to długo, z każdą kolejną stroną coraz bardziej zagłębiałam się w fabułę i nie mogłam się doczekać zakończenia i rozwiązania wszystkich tajemnic. Obserwowałam niezbyt rozgarnięte dzieciaki, później dorosłych, którzy wbrew pozorom wcale się nie zmienili, później znów dzieciaki i tak na zmianę. 

Autorka opisuje wydarzenia sprzed 30 lat i czasy obecne, na zmianę, po jednym rozdziale. Często zdarzało się, że gdy kończyłam rozdział z roku 1986 i miałam ogromną ochotę ominąć rozdział 2016 i dowiedzieć się co było dalej w 86. Ale nie omijałam i taką samą sytuację miałam z rozdziałem 30 lat później. A to idealnie świadczy o tym, że nic tutaj nie jest przypadkowe, wszystko jest ze sobą perfekcyjnie połączone. C. J nie skupiła się wyłącznie na samym głównym wątku. Pokazała również relacje chłopców i "normalne" codzienne dni z ich życia, dzięki czemu są o wiele bardziej realni, o wiele bardziej prawdziwi, można ich dotknąć, poznać ich charaktery, uczucia, zrozumieć co nimi kierowało w danych momentach. Jest to naprawdę ogromnym plusem, bo dzięki temu mamy wrażenie, że to wszystko jest zapisem realnych wydarzeń! Uwielbiam takie książki, w których w pewnym momencie czytelnik już sam nie wie, czy to tylko fikcja, czy zapis prawdziwych zdarzeń. I też takie, w których nie wie, w co ma wierzyć i kto tak naprawdę zawinił.

C. J jest subtelna. W jej książce krew nie leje się strumieniami, a czytelnik nie trzęsie się ze strachu przez cały czas. Wszystko jest delikatne subtelne, przychodzi z niezwykłą łatwością i prostotą. Każdy element jest przemyślany i choć na początku może się wydawać, że został tam wrzucony jako zapychacz, to jest wręcz przeciwnie. Jednak, nie myślcie sobie, że "Kredziarz" jest nudny. Nic bardziej mylnego. Akcja nie pędzi, ale również się nie ślimaczy. Jej prędkość moim zdaniem jest idealna, a stopniowanie napięcia bardzo dobrze przemyślane. Nawet przez chwilę nie miałam wrażenia, że coś tu jest nie tak. I do tego, moja czujność została uśpiona, tak bardzo się zaczytałam, że pominęłam wiele istotnych faktów (które później nadrobiłam) i miałam ogromną frajdę, gdy w końcu połączyłam prolog i ostatni rozdział. I dopiero wtedy całe napięcie wybuchło, a mi zrobiło się niedobrze.


Wiem, że brzmi to źle. Ale to jest ogromny komplement, uwierzcie mi. Nawet tylko dla tego jednego uczucia było warto przeczytać tę książkę. Ale plusów jest o wiele więcej, nie tylko zakończenie. Mogłabym pisać o nich godzinami, bo "Kredziarzem" jestem bezgranicznie zachwycona i już mam w planach ponowne przeczytanie go za jakiś czas, by wyłapać wszystko co mogłam pominąć za pierwszym razem. A jako, że czyta się niesamowicie szybko i naprawdę ciężko się oderwać, to nie żal mi czasu. Bardzo rzadko czytam książki więcej niż raz. A tutaj po prostu muszę zrobić wyjątek. Cieszę się, że to cudo zdobi moją półkę, nie dosyć że treść jest po prostu perfekcyjna, boska, świetna itd, to do tego jeszcze ta świetna okładka i grzbiet w którym się po prostu zakochałam. Póki co, uznaję tę książkę za najpiękniejszą wśród wszystkich które mam. I jak na razie, jest to najlepsza książka w tym roku. I coś czuję, że jeszcze długo tak pozostanie.

No cóż, mogę podsumować to jedynie tak. Dzieci również mają swoje sekrety. I to takie, które nawet dorosłej osobie mogą zmrozić krew w żyłach, tak jak sekret Eddiego zmroził moją. Ta książka pozostawiła mnie z dziwnym uczuciem niepokoju i ogromnym zadowoleniem. Nie podejrzewałam o to chłopca, chociaż autorka nie skąpiła wskazówek. To, co odkryłam na końcu powieści, nawet przez sekundę nie przyszło mi wcześniej do głowy. Byłam zniesmaczona, czułam się naprawdę dziwnie. Nie miałam pojęcia co myśleć i gapiłam się tylko na białe kredowe ludziki na grzbiecie i zastanawiałam się nad wieloma nierozwiązanymi sprawami (niby zostały rozwiązane, ale jeśli spojrzeć na to wszystko już po skończeniu powieści, to nagle to spojrzenie jest inne). Wszystko się wyjaśniło, jednak największa tajemnica. No cóż, chyba wolałabym tego nie wiedzieć. Jak przeczytacie to zrozumiecie. Ostatnie kilka stron całkowici to zmieniło, zaczęłam postrzegać ją w ogóle inny sposób i nie ukrywam, przeraziłam się. W jednej chwili brakło mi tchu, a kredowe ludziki rozpoczęły pełen radości taniec.


Ta książka jest po prostu genialna. Pozostawia po sobie ślad kredy, który za cholerę nie chce zejść. Jest w niej coś takiego, co po prostu nie pozwala szybko o niej zapomnieć. Styl autorki jest naprawdę dobry, w szczególności jak na to, że jest to debiut! Przeczytałam trochę debiutów w swoim życiu i żaden nie był tak dobry, jak "Kredziarz". Pomysł na fabułę jest prosty, ale jednocześnie wyjątkowy. Nie brakuje akcji, mroku, tajemnicy. I nawet jeśli chciałabym przytoczyć wam jakieś wady, to po prostu ich nie widzę. No może oprócz momentami zbyt długi opisów, jednak mi to kompletnie nie przeszkadzało. Konieczne musicie zrobić miejsce dla "Kredziarza" na waszej półce. Dajcie mi później znać jak się wam podobało. Ja jestem zachwycona, co pisałam już chyba ze 4 razy.

Jeżeli szukacie czegoś niekonwencjonalnego, co ma w sobie to "coś", to "Kredziarz" będzie doskonałym wyborem. Łatwo o nim nie zapomnicie ;) Zapomniałam jeszcze dodać, że na początku, książka ta bardzo przypominała mi "To" Stephena Kinga, ale to tylko na początku. Później to wrażenie znikło. Obie książki można do siebie porównać, ale nie powinno się tego robić, bo obie są naprawdę dobre.

Perła wśród kryminałów. Nic dodać, nic ująć.

Bardzo dziękuję Wydawnictwu Czarna Owca, za możliwość przeczytania tej powieści.

Pozdrawiam was kochanie serdecznie i życzę wspaniałego dnia!
Marlena Marszałek

8.11.17

Książka, którą każdy powinien przeczytać - 60. "Lirogon" Cecelia Ahern recenzja


Uwielbiam książki pani Cecelii Ahern, jednak sama nie wiem dlaczego, strasznie je sobie dawkuję. Widząc je w księgarni, nie sięgam po nie tak chętnie jak po inne, mimo tego że naprawdę cudownie czyta mi się twórczość tej autorki. Przeczytałam już od niej 3 książki (wiem, nie jest to jakaś ogromna liczba, to właśnie przez to dawkowanie), czyli "Ps. Kocham Cię", która jest moją ulubioną, "Kiedy cię poznałam" (recenzję znajdziecie tutaj) i kilka dni temu skończyłam "Lirogon". Moja koleżanka Angelika (możecie ją kojarzyć z instagrama zaczytana_angelika), bardzo chwaliła tę książkę, więc jak tylko miałam możliwość to poprosiłam o nią wydawnictwo. Jednak w chwili, gdy do mnie dotarła, chęć jej przeczytania jakoś opadła. Sama nie wiem dlaczego. Wcześniejsze książki autorki niesamowicie mi się podobały, Cecelia pisze w niezwykły sposób, potrafi z pozoru prostego pomysłu stworzyć coś, co albo wyrwie ci serce, albo nim zawładnie. 


Także "Lirogon" leżał i czekał na swoją kolej. Trochę to zajęło, za co z góry przepraszam. Jednak nie żałuję, że przeczytałam go kilka dni temu. Wydaje mi się, że jesień jest idealną porą do zagłębienia się w tę książkę. Mam wrażenie, że gdybym przeczytała ją wcześniej, to nie byłaby ona tak klimatyczna. Mogę się mylić, jednak jak dla mnie, jest ona wprost idealna na jesienne wieczory, polecam z czymś słodkim i ulubioną herbatą. Skoro już mówię o herbacie, to uwierzcie mi, podczas tej książki wypiłam jej naprawdę ogromną ilość. Jestem ogromną fanatyczką herbaty z cytryną, nie raz potrafię wypić 5-6 kubków dziennie! Wy też tak macie? A może pijecie coś innego?

Ale, wracając do naszego cudownego ptaka. "Lirogon" to niezwykle piękna opowieść. Opowiada ona o Laurze, samotnej młodej kobiecie, która żyje w maleńkim domku, głęboko w lesie południowo-zachodniej Irlandii. Skrywa ona pewien cudowny dar, dar który porusza serca i umysły, tak niezwykły, że ciężko w niego uwierzyć. Jej talent polega na naśladowaniu dźwięków, nie ma takiego, którego by nie powtórzyła. Dźwięki bardzo wiele mówią o jej myślach, o jej uczuciach, są w jej życiu bardzo ważne. Jednak nie do końca zdaje sobie ona sprawę z tego niezwykłego daru. Nagle, za sprawą zaskakującego zbiegu okoliczności staje się ogromną gwiazdą, ukochaną przez miliony. Jednak, czy kobieta poradzi sobie sama w nowym dla siebie otoczeniu? Czy poradzi sobie z trudnościami i niebezpieczeństwami czyhającymi w tym bezwzględnym świecie? I czy nowo poznana wielka miłość pomoże się jej z tym uporać? 

I kolejny raz autorka niesamowicie mnie zaskoczyła. "Lirogon" jest jedną z tych książek, które po przeczytaniu nie opuszczają czytelnika tak łatwo. Dobrym tego przykładem jestem ja. Normalnie po przeczytaniu jakiejś książki, piszę recenzję szybko i bez żadnego problemu. Tutaj jednak mam problem. Ta powieść tak mną zawładnęła, że nie potrafię porządnie poskładać myśli i ich tutaj spisać. A gdy szukam jakiegoś słowa to błyskawicznie mi ono ucieka i w głowie pozostaje pustka. Pamiętam jedynie Laurę, jej niewinność, jej niezwykle dobre serce, delikatność i tą jakby dziecięcość. 

Główna bohaterka ma 26 lat, jednak nie jest taka jak inni. Od maleńkiego skrywana, nikt nie ma pojęcia, że dziewczyna w ogóle istnieje. Teraz mieszka sama, a jedynym jej pocieszeniem są książki, one są jej światem, w nich się zatraca. Uwielbia przyrodę i dźwięki. Naprawdę ciężko jest jej nie polubić. Mimo że na pierwszych stronach możemy odebrać ją jako dzikuskę, małomówną, skrytą w sobie, to później nie raz zaskakuje ona swoim intelektem i niezwykłą inteligencją. Jest niesamowicie łatwowierna i bardzo łatwo można ją zranić. Delikatna, eteryczna, jakby nie z tego świata. Choć na pierwszych 100 stronach nie bardzo ją lubiłam, to później ją pokochałam. Chciałabym kiedyś stać się takim człowiekiem jak ona. Imponowała mi nie tylko wrażliwością, ale także i płochliwością. Laura była jak ptak, niezwykle piękna, zachwycająca, o wspaniałym talencie. Jednocześnie pragnęła jedynie wolności. Jednak bardzo łatwo poddawała się czyjemuś zdaniu. To nie mogło skończyć się dobrze. 

"Zaszłam daleko, ale przede mną jeszcze długa droga. Moje marzenie? Moje marzenie to odlecieć w przyszłość jak na skrzydłach"

Nie chcę wam nic więcej pisać na ten temat, bo zdradzę zbyt wiele, choć szczerze mówiąc, nie sądzę by to wam jakoś bardzo przeszkodziło w czytaniu. A dlaczego tak myślę? Bo tej książki nie czyta się dla fabuły (na początku może tak), a dla przesłania. A ono po prostu zapiera dech w piersiach, chwyta za serce, porusza jakąś strunę gdzieś w głębi czytelnika. Nie potrafię tego wytłumaczyć, musicie się sami przekonać. Ja jestem zachwycona. I jestem pewna, że jeszcze wrócę do tej książki. 

Co do fabuły, nie jest jakoś specjalnie oryginalna, oprócz kilku łamiących serce momentów, jednak jest w niej coś takiego, co każe nam zatrzymać się na dłużej, czytać wolniej, delektować się. Charyzmatyczni bohaterowie, jakaś taka niesamowita lekkość pióra (dosłownie i w przenośni), rozmyślania i zastanawianie się nad sensem tego wszystkiego. Wbrew pozorom "Lirogon" jest powieścią bardzo głęboką, co zauważamy dopiero na ostatnich stronach. Ostatnie rozdziały uskrzydlają. A przynajmniej mnie uskrzydliły i sądzę, że z wami będzie to samo. To było niezwykłe uczucie i szkoda, że książka nie ma więcej stron. 

Zakończenie jest przepiękne, w pełni satysfakcjonujące. Starałam się je przewidzieć, ale mimo wielu pomysłów, ani jeden nie był nawet odrobinę podobny. I bardzo dobrze. Dzięki temu było ono jeszcze bardziej magiczne, przepełnione duchowością i niezwykle subtelne. Gdyby nie to, że naprawdę ciężko mnie skłonić do płaczu przy książce, to sądzę że kilka łez by spłynęło. 

Jednak, jedna rzecz, a raczej bohaterka bardzo mnie irytowała. Mam na myśli Bo. Nie powiem wam kim ona jest, jak tylko zaczniecie czytać, to sami się przekonacie. Denerwowało mnie to, jaka była ona w siebie zapatrzona. Gdyby nie to i jej ślepota z tym związana, to po przeanalizowaniu całej sytuacji, zrozumiałaby jak źle robi. Niby miała takie dobre serce, jednak miałam wrażenie że to tylko przykrywka. W ogóle Bo jest cholernie (wybaczcie mi to stwierdzenie) nie do zniesienia. Każdy rozdział z jej perspektywy przyjmowałam z niechęcią. Za to Solomon, mimo że nie był perfekcyjny, to zaskarbił sobie moje zaufanie i przyjaźń. On jedyny był na tyle otwarty na świat, że od razu zauważył, że pomysł Bo, był bardzo złym pomysłem. On jedyny w pełni rozumiał Laurę, a Bo nawet nie starała się jej zrozumieć. 

A co do wątku miłości, piękny, to prawda, jednak i bez niego by się obyło. Miałam wrażenie, że był on lekko przesadzony. Ale dobrze, przyjmijmy, że to miłość od pierwszego wejrzenia, nie będę się czepiać. 

Podsumowując, "Lirogon" to niesamowita opowieść o znajdowaniu samego siebie, miłości, wrażliwości, o zagubieniu się w nowym świecie. Pokazuje, że czasami, gdy się zagubimy to wystarczy się jedynie cofnąć, spojrzeć w tył i dokładnie wszystko przemyśleć. Powieść ta, niczym australijski ptak, tytułowy Lirogon jest niezwykła, porusza nie tylko umysł, ale także i serce. Opowiada także o niesamowitym talencie, który dobrze wykorzystany łapie za serca, ale jeśli trafimy w złe ręce, to może zniszczyć. Mimo, że porusza ciężki temat, to jest napisana z lekkością, czyta się szybko i z coraz większym zaciekawieniem. Nie brakuje tu tajemnic, które tylko podsycają ciekawość i nie pozwalają się oderwać od książki. Jest to historia, którą każdy człowiek, uznający siebie za czytelnika powinien chociaż raz przeczytać. Pięknie napisana, poruszająca i na długo zapadająca w pamięć. Polecam ją wam z całego serca! Jest warta każdej wydanej na nią złotówki, każdej minuty którą przy niej spędzicie!

Pozdrawiam cieplutko i widzimy się już w piątek! 
Marlena Marszałek

27.10.17

Krew, pot i łzy. Za dużo emocji. - 59. "Dwór skrzydeł i zguby" Sarah J. Maas


Jeżeli jeszcze tego nie wiecie (ale sądzę, że jednak wiecie), to dwa dni temu swoją premierę miał 3 i zarazem ostatni tom "Dworów" Sarah J. Maas, a dokładniej "Dwór skrzydeł i zguby". Bardzo chciałam zrecenzować wam to cudo przed premierą, ale nie udało się, co naprawdę strasznie mnie zasmuciło, sama nie wiem dlaczego. Z góry, zanim do niej przejdziemy, chcę powiedzieć tylko jedno. Pierwszy tom był lekko dłużącym się wstępem, ciekawym i przyjemnym, nie brakowało w nim akcji, jednak gdy pomyślę sobie o nim teraz, gdy już skończyłam ostatni tom, to odkrywam że jednak nie podobał mi się tak bardzo. Z każdą kolejną książką, zakochiwałam się coraz bardziej. Czytałam z jeszcze większą przyjemnością, wprost nie mogąc opanować ekscytacji. Każdy kolejny tom by lepszy, bogatszy, coraz bardziej wciągał. Jednak, nie będę owijać w bawełnę, nie spodziewałam się że Maas przebije perfekcję "Dworu mgieł i furii". A jednak udało się jej to. 

Feyra powraca do Dworu Wiosny, zdeterminowana by zdobyć informacje o działaniach Tamlina oraz potężnego, złowrogiego króla Hybernii, który grozi, że rozgromi cały Prythian. Jednak by to osiągnąć, musi najpierw rozegrać śmiercionośną, przewrotną grę… Jeden poślizg może zniszczyć nie tylko Feyrę, ale też cały jej świat.
W obliczu wojny, która ogarnia wszystkich, Feyra znów musi decydować, komu może ufać i szukać sojuszników w najmniej oczekiwanych miejscach. Niebawem dwie armie zetrą się w krwawej, nierównej walce o władzę.

opis pochodzi z lubimyczytac.pl

Myślałam, że po genialnym drugim tomie, nic mnie już nie zaskoczy. Ledwo zaczęłam czytać "Dwór skrzydeł i zguby", ledwo przeczytałam kilka stron, wiedziałam że bardzo się myliłam. Książka podzielona jest na trzy księgi "Księżniczka Rozkładu", "Wyzwolicielka" i "Księżna". Najbardziej podobała mi się księga pierwsza (to co Feyra tam odstawiała, było epickie, jak przeczytacie, to zrozumiecie, dlaczego to podobało mi się najbardziej) i trzecia.

Powieść zaczęła się naprawdę mocno, co chwile byłam zaskakiwana. Jednak to dopiero końcówka rozwaliła mnie tak bardzo, jak żadna książka nigdy wcześniej. Kompletnie wybiła mnie z rytmu, wbiła w fotel, przyprawiła o emocje, których bym nawet u siebie nie podejrzewała! Nie sądziłam, że jakakolwiek książka może sprawić, że będę krzyczeć, płakać, że będę siłą powstrzymywać się od rzucenia książką. Nie sądziłam, że mogę się tak mocno zaangażować, nie tylko umysłowo ale też i emocjonalnie. Chciałabym siebie widzieć w tamtej chwili.

Pokochałam wcześniejsze części, ale to dopiero trzecia wzbudziła we mnie najwięcej emocji. Okrywamy wiele tajemnic, układanka łączy się w całość, pojawiają się nowe postacie, które wbrew temu co mogło się nam wydawać gdy czytaliśmy pierwsze dwa tomy, mają ogromne znaczenie. Nagle zdajemy sobie sprawę, że Maas naprowadzała nas na to, dawała wskazówki. To było dla mnie naprawdę ogromnym zaskoczeniem. Przykładem może być  nienawiść braci Luciena do niego, gdy dowiedziałam się dlaczego tak było, oczy prawie że wyskoczyły mi z orbit. I zdałam sobie sprawę, że jeśli bym się nad tym zastanowiłam czytając "Dwór mgieł i furii", to mogłabym sama wpaść na rozwiązanie.


W końcu poznajemy dokładniej postacie, które wcześniej może i były ważne, ale sądzę że Sarah jakoś za bardzo skupiła się na Feyrze i Rhysandzie, zapominając o ich przyjaciołach. Ja dosłownie nie mogłam się doczekać, aż znów będzie więcej o Kasjanie, albo Azrielu. A gdy były takie fragmenty, to dosłownie w jednej chwili brakowało mi tchu. Co prawda, uważam że i tak było tego za mało. Zamiast skupiać się na czasami naprawdę żenujących scen seksu (było ich za dużo i momentami przyprawiały mnie o śmiech), które w większości przypadków były po prostu niepotrzebne, Sarah mogła bardziej zwrócić uwagę na resztę stworzonych przez siebie postaci. Z całego serca pokochałam wyżej wspomnianych Ilyrów  i naprawdę żałowałam, że zamiast poznawać ich muszę czytać jak, a no wiecie o co mi chodzi.

Mimo wszystko, muszę oddać autorce to, że jednak bardziej przybliżyła nam innych bohaterów. W drugim tomie byli, ale jakby ich nie było. W "Dworze skrzydeł i zguby" to się zmieniło. I dzięki Bogu. Naprawdę uwielbiam Rhysa i Feyrę, ale czasami naprawdę można mieć ich dosyć. Jednak nie odebrało mi to przyjemności z czytania, mnie takie rzeczy nie rażą, nie zwracam na to aż tak wielkiej uwagi, bo jest to ledwo ułamek, w genialnej historii, która bez końca zawładnęła moim biednym serduchem. Uwierzcie mi, że gdy ta książka wylądowała w moich rękach, to krzyczałam z radości i jeszcze tego samego dnia się za nią wzięłam. Pochłaniałam ją stopniowo, strona po stronie, starając się na siłę nie przeczytać wszystkiego w dzień. A uwierzcie mi, dałabym radę. Nie chciałam tak szybko się z nią rozstawać, ale wciągnęła mnie tak bardzo, że nawet jeśli jednego dnia się powstrzymałam, to drugiego przeczytałam 250 stron bez żadnej przerwy. Mimo, że stron było ponad 800, to nie odczułam tego. Czytało się szybko i przyjemnie.


Ostatnie 150 stron to były katusze, emocje sięgnęły zenitu i płakałam nawet bez większego powodu. Może przez to, że stron było coraz mniej? Może nie chciałam się z nimi rozstawać? Bardzo możliwe. Sytuacja była beznadziejna, modliłam się o ratunek dla Prythianu. Wiele razy brakło mi tchu, siłą powstrzymywałam się przed rzuceniem tej książki. Zbyt wiele się tam działo, za bardzo rozrywało to moje serce. Maas napisała to w taki sposób, by stopniowo, emocje czytelnika zbierały się w jednym miejscu, skumulowały się i na końcu wybuchnęły. W sumie, może się to wydawać niczym wyjątkowym, w końcu ostatni tom, wojna, to oczywiste że wszystko rozstrzygnie się na końcu, można było to bardzo łatwo przewidzieć. Jednak ona zrobiła to w taki sposób, że to naprawdę było wyjątkowe. Gdy nadeszło te 150 ostatnich stron to i tak byłam zaskoczona. Tego się po prostu nie dało w całości przewidzieć.


Uwierzcie mi, wpadam w przerażenie, panikę. Kiedy ja przeczytałam te 700 stron? Dlaczego stron tak szybko ubywa? Dotarcie do ostatniej strony mnie załamało. Co prawda, zakończenie mnie usatysfakcjonowało i było wprost jak wymarzone, ale świadomość że to już koniec bolała. Bardzo łatwo jest przenieść się do Prythianu i obserwować wszystko z boku, poznawać bohaterów, historię. Jednak opuszczenie go jest naprawdę bolesne. Sarah J. Maas pisze niesamowicie wciągająco, w taki sposób że szybko stajemy się jednym z fae, bardzo angażujemy się w fabułę i zaczynamy darzyć bohaterów wachlarzem uczuć. Żałowałam, że już ją skończyłam.

"Dwór skrzydeł i zguby", jest najlepszą książką jaką przeczytałam w tym roku. I wątpię czy znajdę coś, co go przebije. Na pewno nie w najbliższym czasie. Wiem, że są wśród was tacy, którzy się ze mną nie zgodzą, którzy wytkną "Dworom" wady. Irytującą główną bohaterkę, momentami ciągnącą się fabułę, zignorowanie reszty bohaterów. Tak, zauważyłam to. To nie tak, że ich nie widziałam.Jednak one są zaledwie ziarnkiem piasku w morzu. Ponieważ genialna historia, świetnie wykreowani bohaterowie, cudowny klimat, towarzyszący od pierwszego do ostatniego słowa, są ogromnym plusem, który przyćmiewa wady. Ponieważ stopniowanie napięcia, powolne wprowadzanie czytelnika w zdumienie i osłupienie, bardzo subtelne rozwijanie się miłości między pewnymi bohaterami, sprawiły że dla mnie te wady zniknęły. Pokochałam tę książkę o wiele mocniej niż poprzednie.

Czasami Maas naprawdę przyprawiała mnie o ból głowy, za bardzo skupiła się na parze głównych bohaterów. Nie miałam oczywiście nic przeciwko, jednak czasami ich wynurzenia były lekko irytujące. A przejawiająca się, bardzo rzadko co prawda, ignorancja Feyry, także irytowała. Nie było to jakoś szczególnie rażące. Mimo wszystko fragmenty o Kasjanie i Neście, przyjmowałam z ogromną radością. Bardziej niż Feyrę i Rhysa pokochałam wyżej wspomnianą dwójkę. To co było między nimi, było po prostu przepiękne. Obserwowanie jak dziewczyna się powoli zmienia, było niesamowitym doświadczeniem. Byłam zachwycona! Ich relacje były tak bardzo inne, tak bardzo wyjątkowe.

I przez to, że tak bardzo ich uwielbiałam, końcowe 50 stron prawie mnie zabiło. To właśnie tutaj wybuchnęłam już całkowicie. Nigdy tak bardzo nie płakałam. Nie chciałam odwracać na kolejną stronę bojąc się, że Maas to zrobiła. Nie miałam odwagi czytać dalej, kręciłam głową i dosłownie na głos błagałam by to nie była prawda. Po dłużej chwili odwróciłam stronę.

Chcę jeszcze dodać, że nie spodziewałam się, że stosunki między Dworami są tak napięte. Ich spotkanie mnie przeraziło, sytuacja była masakryczna. W książetach czaiło się tyle bólu, tyle nienawiści. Jednak mimo tego, przyjemnie mi się ich poznawało. Thesan, Tarquin, Beron, Helion i Kalias. Każdy z nich miał wyjątkowy charakter, każdy diametralnie różnił się od drugiego. Jakoś szczególnie ich nie polubiłam, jednak mimo tego, bardzo chętnie poznałabym dokładniej historie każdego z nich. W szczególności Heliona i Kaliasa. Berona również. Wydaje mi się, że jeśli powstałyby o nich nowelki, to nie zastanawiałabym się nawet sekundy i chciałabym od razu je przeczytać.

Jak zwykle, strasznie się rozpisałam. Nie będę już przedłużać, chociaż mogłabym jeszcze pisać i pisać.

Podsumowując. "Dwór skrzydeł i zguby", jest najlepszą częścią Dworów. Jeżeli jeszcze nie znacie tej serii, to koniecznie musicie to zmienić! Pokochacie ją, tylko dajcie jej szansę, początki zawsze są trudne. Dla tego tomu warto. Ta historia jest po prostu niesamowita i nie sposób jej nie pokochać, nie sposób nie pokochać tych książek. To właśnie tutaj, pośród miłości, odkrywamy też ból, cierpienie, wojnę. Czytanie tej serii było największą przyjemnością. To najlepsze książki jakie przeczytałam. Zajmują one honorowe miejsce na mojej półce i jeszcze nie raz do nich wrócę. Jeżeli szukacie książek, które stopniowo zawładną waszym sercem, to "Dwory" są dla was! Nie zawiedziecie się. I będziecie żałować, że nie ma więcej tomów.

Koniecznie musicie ją przeczytać! A mi pozostaje jedynie czekanie na nowelki :(

Pozdrawiam cieplutko i życzę wspaniałego dnia, Marlena Marszałek

24.9.17

Filmowa Niedziela #2 - Hazard, intrygi, krew, czyli "Tazza 2: Hidden Card".


Korea. Dzieli się na Południową i Północną. Piękny kraj podzielony przez dyktatorów. Niestety, wiele osób, gdy słyszy "Korea Południowa", od razu ma złe skojarzenia. Gdy powiedziałam mamie, że chciałabym tam pojechać, zaczęła mówić, że chyba oszalałam, nie pozwoli mi się tam pchać, po co w ogóle miałabym tam jechać. Jednak ciągnie mnie tam, każdego dnia wyobrażam sobie, jak po raz pierwszy stawiam stopę w Seulu. Nie będę się wypowiadać na temat sytuacji politycznej, bo moja przygoda z Koreą Południową jako krajem, dopiero się zaczęła. Co prawda w październiku minie dwa lata jak słucham k-popu, który niejako ją tworzy, to nie interesowałam się niczym poza muzyką. Od niedawna powoli moja miłość przesuwa się też na inne dziedziny koreańskiej kultury. Filmy, książki, sławetne dramy, ubiór czy tradycje. I dziś, jako że mamy filmową niedzielę, to opowiem wam o filmie, którym wczoraj obejrzałam i w którym po prostu się zakochałam, i jak tylko skończę pisać tego posta, to lecę obejrzeć go jeszcze raz.  Opowiem wam o "Tazza 2: Hidden Card" (nie sugerujcie się dwójką w nazwie, nie jest to druga część filmu, a jedynie remaster produkcji która pojawiła się kilka lat wcześniej).


Dae Gil (Choi Seunghyun) to młody mężczyzna, który ma naturalny hazardziany talent. W związku z tym, ze zwykłego dostawcy jedzenia szybko staje się gwiazdą podziemnego światka. Zarabia sporo i cieszy się przy tym uznaniem szefa, dzięki czemu dostaje odpowiedzialne zadanie oszukania pewnej majętnej wdowy. Jednak ostatecznie wszystko kończy się nie tak, jak powinno. Okazuje się, że intryga goni intrygę, a zaufanie komukolwiek może zakończyć się bardzo źle. Zaczyna się ostra jazda bez trzymanki, miłość, krew, pot i łzy, a co najważniejsze hazard. 

Nie oszukujmy się, jako że zawsze staram się być z wami szczera, to już na wstępie chcę się przyznać, dlaczego w ogóle sięgnęłam po ten film. Gdyby nie to, a raczej on, to nawet bym nie spojrzała na tę produkcję. Obejrzałam ją tylko i wyłącznie dla T.O.P (Choi Seunghyun), jednego z członków zespołu BigBang, który uwielbiam tak przeraźliwie mocno, że mogłabym słuchać tylko ich. A sam Seunghyun, jest u mnie na pierwszym miejscu, nie tylko w kwestii piosenkarzy, czy raperów, ale także, jak się wczoraj okazało, także i aktorów. Nie dosyć, że niesamowicie przystojny, o głębokim głosie, który nie raz sprawił że miałam ciarki na całym ciele, to jeszcze genialnie gra. Do tej pory nie wierzyłam, że mogę pokochać go jeszcze bardziej. Błąd, błąd, błąd! Po tym filmie na moim telefonie pojawiło się 70 nowych zdjęć, w tym gify, które po prostu uwielbiam! 


Oczywiście, jak zawsze, za bardzo się rozwodzę. Oprócz wspomnienia o genialności Top jako aktora, nic więcej o samej produkcji wam nie powiedziałam. Zapewne już wiecie, (jeżeli czytaliście moje wcześniej posty), że jestem typem osoby, która jeśli coś się jej spodoba, to potrafi mówić o tym godzinami, a posty nie raz osiągają kolosalną długość i ilość wyrazów. Czasami może za bardzo skupiam się na własnych odczuciach, emocjach które targają moim sercem i umysłem, sprawiając że obijają się one o ściany ciała. Ale sądzę, że gdy mówimy o książkach, bądź filmach, to jest to bardzo ważny aspekt opinii. Ja sama nienawidzę bezpłciowych recenzji, w których jedyne co autor takowej napisze, to opis filmu i że był fajny, bądź nie. To nie oto chodzi. 

Heo Mi-na i Dae Gil
Także, wracając do filmu. Trwa on prawie 2 i pół godziny. Nie wiem dlaczego, ale jak tak teraz o tym piszę, to brzmi to lekko przerażająco. 2 i pół godzinny film o hazardzie? Przecież to będzie nudne, komu by się chciało to oglądać. Nie patrzcie na jego długość i nie sugerujcie się nią. To, że film jest długi, moim zdaniem świadczy tylko i wyłącznie o tym, że historia w nim zawarta, po prostu na to zasłużyła. W tym przypadku nie było nawet sekundy, w której odwróciłabym wzrok, nudząc się podczas jakiejś nijakiej sceny. Uwierzcie mi, jak już zaczniecie oglądać, to cały ten czas zleci wam jak minuta. Ja sama zaczęłam w nocy, coś koło 24.00. Na początku byłam trochę śpiąca, ale wartkość akcji, to co działo się na ekranie momentalnie mnie rozbudziło (i nie mam tu na myśli gołej klaty Seunhgyuna),oglądałam z zapartym tchem i szeroko otwartymi oczami. Były momenty, co dosłownie krzyczałam szeptem, ( w końcu rodzice po powrocie z osiemnastki mojego kuzyna spali sobie grzecznie na parterze, obudzenie ich nie wchodziło w grę) rozpaczając nad losem głównego bohatera, a były też chwile co się uśmiechałam się jak głupia i wpatrywałam się w ekran laptopa z szeroko otwartymi oczami (tak, scena z gołą klatą Seunghyuna). Bardzo przeżywałam ten film i wprost nie mogłam się od niego oderwać. Zachwycałam się nie tylko grą aktorską, ale także pomysłem na fabułę, genialnymi ujęciami i ruchem kamery, czy wszechobecnym dymem, krwią, walką, pięknymi kobietami, pięknymi mężczyznami, hazardem, spojrzeniami pełnymi zacięcia. 


Nie miałam wrażenia, że oglądam film koreański, co specjalnie podkreślam. Po dramach wiem, że koreańskie produkcje filmowe, mają to do siebie, że naprawdę mocno się wyróżniają. Dla mnie to dobrze, bo jestem zapoznana z kulturą tego kraju i uwielbiam to, ale niestety osoby, które nie miały wcześniej z nią styczności, może to odpychać, nie ważne jak świetna będzie dana produkcja. A w przypadku "Tazzy" jest całkowicie inaczej. Widać, że to Korea, ale film jest stworzony w taki sposób, że bardzo przypomina kino amerykańskie, co sądzę że jest w tym przypadku ogromnym plusem. Ten film przyciąga, ma w sobie coś takiego, co do ostatniej sekundy nie pozwala się oderwać. Ukazanie tej ciemnej strony Korei, ciemnej strony człowieka, pragnącego jedynie pieniędzy i który dla nich jest gotów zrobić wszystko, wprawia momentami w osłupienie. To nie jest prosty film.


Muszę przyznać, że jego głębokość momentami sprawiała, że pękało mi serce. Cała akcja prowadzona jest bardzo tajemniczo, każda scena jest przykryta woalem intryg, które sprawiają że musimy się naprawdę mocno skupić, jeżeli chcemy wyłapać istotne szczegóły, mimo że tak naprawdę możemy je ujrzeć bez większego problemu. Nie ma tutaj tajemnicy. Wszystko mamy podane jak na talerzu, nic tylko siadać i zajadać. Jednak, to nie o tajemnicę, a o smak dania się tutaj rozchodzi. Bo mimo, że wygląda ono prosto, to jeżeli je przekroimy i spróbujemy, to odkryjemy ból, smutek, cierpienie, odkryjemy podekscytowanie tym co dzieje się na ekranie. "Tazza" nie jest płytkim filmem, czasami ni z tego, ni z owego, trafimy na moment, który swój początek miał poza ekranem, nie mieliśmy o nim pojęcia i nagle go utracimy (jak obejrzycie, to będziecie wiedzieć o który moment mi chodzi), zaboli nas to bardziej niż mogłoby się wydawać. I dla takich chwil, warto obejrzeć ten film, bo niektóre sceny w nim potrafią poruszyć nas bardziej, niż reszta. Ta jedna scena, o której teraz mówię, niesamowicie mną poruszyła i zasmuciła. Sprawiła, że czułam się jakbym coś straciła. 

Nawet dla niej jednej, warto było obejrzeć tę produkcję. 

Zakochałam się w tym filmie, bezgranicznie i niezwykle mocno. Zaczęłam oglądać dla Choi Seunghyuna, skończyłam go ze świadomością, że był on cholernie dobry. I jestem pewna, że nie raz do niego wrócę. Może to dziwne, ale ten film strasznie mi się kojarzy z "Iluzją". Nie bardzo rozumiem skąd w mojej głowie takie skojarzenie. I trochę mnie to dziwi. Jednak niezaprzeczalnie, z nią właśnie mi się kojarzy. Może to przez końcowe sceny, które były naprawdę ekscytujące i oglądałam je z zapartym tchem (tak, także dlatego że Seunghyun był topless), nie mogąc doczekać się jak rozwinie się akcja. To było niesamowite! 

Każdy z bohaterów ma niezwykły charakter, każdy z nich był idealnie napisany i doskonale zagrany. Strasznie polubiłam Heo Mi-nę (graną przez Shin Se-kyung), która miała naprawdę niezły charakterek i już od samego początku wiedziałam, że odegra jakąś bardzo ważną rolę w fabule. I nie myliłam się. Co do złych bohaterów, którzy zazwyczaj byli bossami hazardzianej mafii (można tak to w ogóle nazwać?), to nienawidziłam ich całym sercem, więc jak widać, spełnili oni swoją rolę. Denerwowało mnie to, że dla pieniędzy (im większych tym lepiej), potrafili zrobić wszystko. Byli do cna zgnici, przeżarci przez hazard. A to, co jeden z nich zrobił Dae Gilowi (główny bohater), sprawiło że ogarnęła mnie przeraźliwa wściekłość i miałam ochotę udusić gnoja gołymi rękami. 

Ogromnym plusem w produkcji jest muzyka. Idealnie dopasowana, nadająca klimatu, momentami wprawiająca w doskonały humor. Jest ona bardzo ważnym aspektem w filmie i bez niej naprawdę wiele by stracił. Do tego, wyżej wspomniani aktorzy, ujęcia, fabuła, akcja i mamy dzieło, które swoją wyjątkowością chwyci nie jedno serce. Moje chwyciło i to wyjątkowo mocno. Jestem pewna, że i wam film się spodoba! Koniecznie musicie go obejrzeć, bo naprawdę warto. Co prawda, jak każdy film, także i ten ma wady, których nie da się ukryć, np. dziwny wątek miłości, która pojawiła się znikąd, bez żadnego powodu, ot tak. Na początku trochę mi to przeszkadzało, nie znali się, a Dae Gil poleciał jedynie na jej piękną twarz, dopiero później bardziej się poznali i zakochali w sobie, z drugiej strony, później zrozumiałam, przyswoiłam ją i pokochałam tę miłość. Mimo wad, film ma w sobie coś takiego, co sprawia że wprost nie można się oderwać (co powtórzyłam już chyba ze 4 razy w całej tej opinii), co w dużym stopniu zawdzięcza aktorom. 

Wiem, że moja opinia to straszna plątanina myśli. Mam jednak nadzieję, że zachęciłam was do obejrzenia tej produkcji, uważam że naprawdę warto, nie ważne czy jesteście zapoznani z Koreą czy nie ;) To istna kwintesencja tego, czego wymagamy od filmów. Niczego mu nie brakuje, możecie spędzić przy nim genialne dwie i pół godziny. Serdecznie go wam polecam! 

Pozdrawiam i ściskam, Marlena Marszałek

13.9.17

Moja ulubiona seria? - 56 "Dwór mgieł i furii" Sarah J. Maas


Ostatnio odnoszę wrażenie, że cały czas tylko chwalę książki. Dziś przychodzę do was z kolejną recenzją, po tytule już wiecie o jakiej książce mowa. Chwaliłam pierwszą część, zakochałam się w niej, słowom zachwytu nie było końca, a sam tekst o niej okazał się rekordowym w kwestii długości i ilości wyrazów. Nie potrafiłam przestać gadać, nie potrafiłam myśleć o czymś innym niż Tamlin, Feyra i tajemniczy Rhysand. I uwaga, dziś znowu usłyszycie (a raczej przeczytacie) pochwały. Chociaż, to co was zaraz czeka, to prędzej istna litania do Sarah J. Maas i "Dworu mgieł i furii". Jeżeli nie czytaliście tomu pierwszego, to zapraszam najpierw do jego recenzji. Ostrzegam was, że i tu będzie długo, i prosto z serca, przez co trochę nieskładnie. Zapraszam serdecznie, nie zapomnijcie o kubku herbaty i czymś do przegryzienia!

Po tym, jak Feyra ocaliła Prythian, mogłoby się wydawać, że baśń dobiega końca. Dziewczyna, bezpieczna i otoczona luksusem, przygotowuje się do poślubienia ukochanego Tamlina. Przed nią długie i szczęśliwe życie.

Sęk w tym, że Feyra nigdy nie chciała być księżniczką z bajki. Zresztą zupełnie nie nadaje się do tej roli. W snach wciąż powracają do niej wymyślne tortury Amaranthy i zbrodnia, którą popełniła, by się od nich uwolnić. Pragnący zapewnić jej bezpieczeństwo Tamlin próbuje zamknąć Feyrę w złotej klatce. W jej nowym nieśmiertelnym ciele drzemią moce, których dziewczyna nie umie opanować. W dodatku o spłatę swojego długu upomina się największy wróg Tamlina - Rhysand, Książę Dworu Nocy. Zwabioną podstępem Feyrę raz w miesiącu okrywa mrok jego niebezpiecznego królestwa. To pewne, że władca ciemności będzie chciał wykorzystać ją do swoich celów. Chyba że... to nie Rhysand jest tym, kogo Feyra powinna się obawiać. Na Dworze Wiosny również bowiem nie jest bezpiecznie, a sam Tamlin ma przed ukochaną coraz więcej tajemnic. Czy rzeczywiście tylko po to, by ją chronić?

Gdy nad Prythian i krainę ludzi nadciąga widmo wojny tak groźnej jak żadna dotąd, Feyra musi zdecydować, komu może ufać. Stawką jest życie jej rodziny i losy całego świata. A w magicznym świecie fae przyjaciele potrafią być bardziej niebezpieczni niż wrogowie.

Czasami wydaje mi się to dziwne. To, że cały czas z moich ust padają tylko komplementy. Ale nic nie poradzę, ostatnio trafiam na same świetne pozycje. Może los, chce mi dobrymi książkami, wynagrodzić mojego pecha (ciągłe zasypianie i spóźnianie się do szkoły, lub ostatnio przecięta ręka i sześć szwów), kto wie. Ja tam nie narzekam, bo uwielbiam ten moment, gdy podczas czytania książki, emocje w mojej duszy i sercu wirują jak szalone, a usta zamykają się i otwierają, jak u złotej rybki. Czasami nawet pojawi się łezka, co u mnie naprawdę rzadko się zdarza. Obiecałam wam, w recenzji pierwszego tomu, że jeżeli tom drugi będzie lepszy, to oficjalnie oznajmię, że "Dwory" to moja ulubiona seria, stojąca na samym szczycie podium. Czy tak się stało? Czy drugi tom jest lepszy? Czy seria ta, stała się moją ulubioną? Trochę was podręczę. Dowiecie się tego dopiero na końcu tej przerażająco długiej recenzji <3 Kocham was!

Jednak, najlepsze jest to uczucie, gdy autorka potrafi sprawić, że w pierwszym tomie kochasz jednego bohatera, a przy drugim nienawidzisz go tak mocno, że masz ochotę zabić nie tylko jego, ale też i autorkę. W jednej chwili na twojej twarzy jest pełen rozmarzenia uśmiech, aż tu nagle ukochana autorka, robi coś takiego, że masz ochotę krzyczeć, łzy same zbierają ci się do oczu, a usta otwierają ze zdumienia. Nie wierzysz w to co się właśnie stało i z jednej strony się cieszysz (tak było w moim przypadku), a z drugiej strony wiesz, że to będzie trudne dla danego bohatera/bohaterów. Z jednej strony masz ochotę rzucić tą książką i do niej nie wracać, a z drugiej czytasz jak najwolniej byle tylko nie opuszczać tak szybko tego cudownego świata. Sarah J. Maas jest w tym mistrzynią. Tę autorkę kocha się i nienawidzi jednocześnie. I jeśli mam takie odczucia po drugim tomie, to trzeci złamie mi serce. I teraz uwaga, może to dziwne, ale błagam Sarah złam mi je, byleby tylko wszystko dobrze się skończyło (pisz jak najszybciej błagam).


Ja tu się rozgadałam, a nawet jeszcze porządnie nie zaczęłam! Tak właśnie działa na mnie twórczość pani Maas; Rhysand, Feyra, Kasjan (kocham go!), Amrena, Azriel, Mor, oni wszyscy działają na mnie, jak energetyk, po którym usta nie potrafią mi się zamknąć. Normalnie jestem cichą i spokojną osobą. Ale jeśli mówimy o "Dworze cierni i róż", czy "Dworze mgieł i furii", to nie potrafię przestać. A to dlatego, że jestem oczarowana i bez pamięci zakochana. Kiedyś zastanawiałam się, dlaczego ludzie tak uwielbiają "Dwory". Nie potrafiłam uwierzyć, że ktoś może tak bardzo przeżywać ich lekturę. Teraz już rozumiem, to musi być jakiś urok, czar, który rzuca na czytelnika autorka. Genialny styl, krwiści bohaterowie, którzy dosłownie wyłaniają się z kartek i patrzą nam w oczy, zwroty akcji, które nie pozwalają się nam nudzić, czy historia miłości, która pobije każde serce, to tylko kilka z jej czarów. 

Zagłębiłam się w tę książkę niczym w najcudowniejszą ciemność przepełnioną blaskiem miliona gwiazd. Jej czytanie było lepsze od najukochańszej herbaty, lepsze od najlepszej czekolady. Burczało mi w brzuchu, była trzecia nad ranem, a ja nie potrafiłam się oderwać. Z szeroko otwartymi oczami śledziłam losy bohaterów, który rozwinęli się, w jakiś sposób dojrzali, dzięki czemu po prostu nie potrafiłam ich nie lubić. Pokochałam nowe postacie, o których wspomniałam wcześniej. Każdy z nich jest wykreowany perfekcyjnie i każda jest idealnie dopasowanym elementem tej skomplikowanej układanki. Nie są oni dodani ot tak, żeby wypełnić lukę, o nie!, mają oni swój wkład w opowieść i to duży, nie są zbędni, a powieść bez nich straciłaby bardzo wiele. Pokochałam bohaterów tak mocno, jak jeszcze nigdy dotąd. I to właśnie dzięki temu, że są wyjątkowi, jedyni w swoim rodzaju, pełni życia i charakteru. Czułam się i nadal tak czuję, jakby łączyła nas więź, mocna, nierozerwalna, ukryta w głębi serca. 

Było cudownie, było przepięknie! Śmiałam się, uśmiechałam, ale nie długo. Jak to jest z Sarah, nagle strzeliła mi prosto w serce. W jednej chwili zdębiałam. Serce przyśpieszyło bieg, oddech zwolnił. Bałam się oddychać w obawie, że pominę jakiś istotny fakt. Szeroko otwarte oczy zapiekły mnie; w końcu mrugnęłam. Sarah ty podstępna kobieto! Trzeba przyznać, że torturowanie czytelników, to chyba ulubione zajęcie pani Maas. Wpierw zachwyca, pokazuje piękno Dworu Nocy, Velaris, powoli i z pasją rozwija wątek miłosny, obdarza odrobiną pikanterii (mówię o pewnej bardzo, hmm, ostrej scenie, w której farba znajduje się chyba wszędzie na ciałach bohaterów, cóż to była za scena!), by potem roztrzaskać wasze serca! Wyrywanie się z tej cudownej ciemności, było dla mnie najgorszą torturą. Chciałam czytać wolniej, starałam się! Ale to niemożliwe. Nie dałam rady, bo akcja tak rwała do przodu, że koniecznie musiałam przeczytać jeszcze jeden rozdział, potem jeszcze jeden. I tak do trzeciej w nocy. Zakochałam się w przepięknych opisach, zakochałam się w Velaris, zakochałam się w Rhysandrze, Kasjanie, Azrielu, Mor, Dworze Nocy. Oderwanie się od tego wszystkiego, było bardziej bolesne niż zszywanie ręki. Moje serce dosłownie pękło i choć skończyłam ją tydzień temu, to nadal na nią patrzę i rozmyślam nad zakończeniem, które to właśnie przyprawiło mnie o wyżej opisany stan. Coś czuję, że zszyć je może jedynie trzeci tom. Chociaż znając Sarah, to prędzej wbije mi jesionowy kołek w serce, rozszarpie na drobne kawałeczki i rzuci dzikim bestiom na pożarcie.

Tyle emocji, ile czułam podczas czytania tej książki, nie czułam już dawno. Byłam tak rozdarta, że naprawdę miałam ochotę rzucić to i zaczerpnąć świeżego powietrza. Dosłownie płakałam! Błagałam w myślach (i nie tylko) autorkę, by tego nie robiła. Mój umysł ją zrozumiał, postąpiła doskonale i innego wyjścia z tamtej sytuacji nie widzę, ale mój narząd pompujący krew, twierdził i nadal twierdzi coś całkowicie przeciwnego. Dlaczego? SARAH! Dlaczego?  Nie dajcie się jej zwieść, uśpi waszą czujność, poprzez wyżej wspomniane rzeczy, a potem sprawi, że kolejny tom będzie dla was jak tlen, którego potrzebujecie do życia. Jeżeli jesteście gotowi na takie cierpienie i szukacie czegoś, po czym kac książkowy jest murowany, "Dwory" są dla was idealną serią! Jeśli nie potrafiliście uwierzyć w pochwały na temat tych książek, to uwierzcie mi, to nie jest czcze gadanie i skoro ktoś tak je wychwala, to naprawdę ma do tego powód.

I teraz uwaga, bo to co teraz powiem, będzie kontrowersyjne. Jak dla mnie, tom pierwszy mógłby nie istnieć. Był cudowny, ale przy drugim jest niczym. "Dwór mgieł i furii" jest cudowny! Czyta się go niezwykle szybko i na długo zapada w pamięć. Jest niesamowity, genialny, wspaniały, boski, jednym słowem perfekcja! Poruszył moim sercem, sprawił że po jego zakończeniu cała zadrżałam. Nigdy, dosłownie nigdy, żadna książka nie sprawiła, że przeszył mnie dreszcz. Nie dreszcz przerażenia, tylko coś innego. Dreszcz podziwu, emocji, które wypłynęły całkowicie, wraz z ostatnim przeczytanym słowem. Nie wiedziałam co myśleć, nie wiedziałam co ze sobą zrobić. Poszłam więc z psem na spacer, by oczyścić myśli. Czy podziałało? Nie! Idąc nie mogłam przestać o niej myśleć, wyciągnęłam telefon i zaczęłam pisać tę opinię. Nagle słowa same pojawiły się w mojej głowie. Moje serce dosłownie się krajało, nawet nie wiecie, jak bardzo pragnę kolejnego tomu. Do jego premiery w Polsce zostało niewiele, 25 październik jest już naprawdę blisko, ale boję się że nie wytrzymam. Gdybym mogła, to wkradłabym się do siedziby Wydawnictwa Uroboros i wykradłabym im egzemplarz trzeciego tomu. Tylko cicho sza, nie mówcie im o tym ;)

Także, podsumowując. Tom drugi jest tysiąc razy lepszy od pierwszego. Czyta się go z ogromną przyjemnością, wciąga tak, że naprawdę ciężko się jest oderwać. Nowe postacie dodają powiewu świeżości, od razu zagarniają sobie sympatię czytelnika, a sama historia nie jest nawet odrobinę nudna. Nawet jeżeli początek może się trochę dłużyć, to końcówka jest tego warta. "Dwór mgieł i furii" czyta się szybko, mimo dużej ilości stron. Uwielbiam takie cegiełki. Serdecznie polecam wam tę książkę, na pewno nie pożałujecie, ale najpierw przeczytajcie tom pierwszy! 

I na koniec. Oficjalnie oświadczam, że seria "Dwór cierni i róż", jest moją ulubioną! I chyba długo się to nie zmieni. 

Tom 3 "Dwór skrzydeł i zguby" już 25 października w księgarniach! Już nie mogę się doczekać. Serdecznie dziękuję Wydawnictwu Uroboros za możliwość przeczytania i zrecenzowania obu książek z serii! 

Pozdrawiam serdecznie i życzę wspaniałego dnia, 
Marlena Marszałek

Ps, Wybaczcie mi tak chaotyczną recenzję, kac po tej książce nadal mi nie przeszedł, a w głowie plątanina myśli ;)


23.7.17

49. "Dwór cierni i róż" Sarah J. Maas



Dziś przychodzę do was z recenzją pierwszego tomu serii, która przewija się wszędzie. Gdzie nie spojrzę tam widzę i słyszę ochy, achy i pełno wszelkiego rodzaju zachwytów. Cały czas ktoś o niej wspomina, wychwala, wiele osób uwielbia tę serię i prawie dosłownie krzyczy na widok kolejnego tomu nie mogąc się doczekać, aż zostanie wydany w Polsce i trafi w ich łapki. Ludzie na facebooku, instagramie, czy na blogach co chwilę o niej wspominają. Jeszcze nigdy nie spotkałam się z takim zachwytem dotyczącym danej serii. Czułam się jakby otoczyły mnie nagi i dźgały swoimi długimi, kościstymi palcami, szepcząc "przeczytaj ją, przeczytaj ją". Szczerze mówiąc, bałam się. Bałam się tego, że przeczytam pierwszy tom serii i się zawiodę. Niemożliwe jest, by książka była tak popularna, tak dobrze oceniana i nie miała żadnych wad. Dlatego też przez długi czas obserwowałam "Dwór cierni i róż" w Empiku, na półkach w bibliotece i na instagramie, nie czyniąc żadnego ruchu w jego stronę. Jednak, gdy obie moje przyjaciółki zaczęły się nad nią zachwycać, nie wytrzymałam. Postanowiłam za wszelką cenę poznać historię i bohaterów, o których wszyscy mówią. I dzięki wydawnictwu Uroboros, mam zaszczyt przybyć dziś do was z recenzją tej głośniej powieści.

Jesteście ciekawi mojego zdania na jej temat? To przygotujcie się na naprawdę długą recenzję i kubek herbaty.  

Główną bohaterką jest Feyra, 19-letnia łowczyni, która opiekuje się swoją rodziną, ojcem i dwiema siostrami. Jako jedyna zapewnia im pożywienie polując w lesie na różne zwierzęta. Pewnego razu podczas srogiej zimny dziewczyna zapuszcza się w pobliże muru, oddzielającego ziemie ludzi, od krainy zwanej Prythianem, zamieszkanej przez pewne magiczne stworzenia, które wieki temu panowały nad światem. Podczas polowania natyka się na olbrzymiego wilka, którego bez skrupułów zabija. Nawet nie zdaje sobie sprawy co uczyniła. 

Nie mija wiele czasu a w jej drzwiach staje fae wysokiego rodu Tamlin, pod postacią złowrogiej bestii, żądając od niej zadośćuczynienia za ten haniebny czyn.  Może albo zginąć w nierównej walce, albo udać się razem z mężczyzną do jego ziem w Prythianie i spędzić tam resztę swoich dni. Dziewczyna nie ma więc wyboru, musi poddać się. Z pozoru dzieli ich wiele, rasa, wiek i nienawiść, która narosła przez wieki między ich rasami. Jednak to tylko pozory. Okazuje się, że bardzo wiele ich łączy i są do siebie bardziej podobni niż może się wydawać. Jednak czy dziewczyna będzie w stanie pokonać swój strach i uprzedzenia? 

I już na początku zdradzę wam, że opis nie oddaje tego, co znajdziecie w książce. Gdy go przeczytałam, to, co prawda, czułam się zachęcona ale jakoś nie wydawało mi się, aby ta książka jakoś szczególnie się dalej rozwinęła. Mam na myśli to, że opis kompletnie nie oddaje emocji jakie czujemy podczas czytania. Ale to zrozumiałe, to tylko zachęta do sięgnięcia po książkę, nie może przecież zawierać streszczenia powieści, bo po prostu odechce nam się czytać skoro wszystko już wiemy. Pisząc o tym, chcę uświadomić was, żebyście w tym przypadku nie kierowali się opisem. Jeśli się wam on nie spodoba, nie zniechęcajcie się. To co jest w środku przewyższy wasze oczekiwania. 

Ale mniejsza z tym, czepiam się szczegółów. 

Zacznijmy od okładki. Gdy pierwszy raz ją zobaczyłam na żywo w księgarni, to po prostu zdębiałam. Sądzę, że nikt z was nie zaprzeczy, że jest ona po prostu przepiękna! Żywa czerwień przyciąga wzrok, ciernie zaczepiają się o nasze ubranie nie pozwalając się oderwać, ale największe wrażenie zrobił na mnie rysunek, tak jak podejrzewam, przedstawiający Feyrę. Nie widzimy całej jej twarzy, ale już tylko po tym wiadomo, że dziewczyna jest przepiękna. I zdradzę wam mały sekret, ten tatuaż na jej ręce ma większe znaczenie niż może się wydawać, o czym sama dowiedziałam się pod koniec książki. Ale sami musicie odkryć o co z nim chodzi. 

Prawda jest taka, że zanim dostałam książkę od wydawnictwa, zaczęłam czytać ją w ebooku, dzięki zachętom moich przyjaciółek. Niestety, obie zakochane są w Rhysandrze i przez to, że co chwilę mi go wychwalały, to zaczynając czytać nie mogłam zdzierżyć Tamlina. Nie cierpiałam go i czekałam tylko na tego "boskiego Ryśka". Przez to dotarłam tylko do połowy i odłożyłam nie potrafiąc tego wytrzymać. Jednak nie jest to wina książki, a jak wspomniałam wyżej, moich cudownych przyjaciółek.

Jednak, gdy przeczytałam książkę w całości za drugim podejściem, to okazało się, że moje dziwne odczucia co do Tamlina, miały w sobie trochę racji. I zrozumiałam to czytając ostatnie 150 stron. Ale na razie to pomińmy.

Na początku ciężko było mi się wciągnąć w historię. Była ona opisana niezwykle ciekawie i genialnym stylem, jednak jakoś nie mogłam. Pierwsze 100 stron czytałam na siłę. Jednak nie wyciągajcie pochopnych wniosków. Wina leży tylko i wyłącznie po mojej stronie, a to głównie dlatego, że czytałam je drugi raz i pamiętałam co tam się wydarzyło. I byłam ogarnięta manią Ryśkową przez moje przyjaciółki. Jednak szybko się otrząsnęłam i nim się obejrzałam nadeszła ostatnia strona. Kiedy to się stało? Nie miałam zielonego pojęcia. Tak ja na początku nie potrafiłam się wciągnąć, to jak się wciągnęłam to utknęłam wśród cierni, zaczepiły się one o moje ubranie i nie miałam nawet siły by się wyrwać z ich miłosnych objęć. 

Gdy skończyłam czytać "Dwór cierni i róż", co starałam się odwlekać jak najdłużej, co niestety się nie udało, byłam zachwycona. W zachwyt wprawiła mnie jedna rzecz, której wam nie zdradzę, bo byłby to ogromny spojler. Przez całą książkę się nad tym zastanawiałam, głowiłam się jak autorka z tego wybrnie. I wybrnęła po mistrzowsku. Kompletnie się tego nie spodziewałam i dosłownie piałam z zachwytu, czując się cudownie. Przeciągnęłam się jak kot i jeszcze przez długi czas leżałam, i zachwycałam się nad tym, jak genialną fabułę wymyśliła Sarah J. Mass. Jednocześnie zdałam sobie sprawę, że nie tak łatwo będzie mi opuścić Prythian. 

Z tą książką jest tak, że nawet jeśli chcesz ją odłożyć, to po prostu nie da rady. Jeszcze czego! Nie ma tak dobrze. Ostrzegam was, że jeśli po tej recenzji najdzie was ochota zapoznać się z tą historią, to radzę zaplanować sobie cały dzień wolnego i wieczorem wypić kawę. Dzieje się w niej tak dużo, że nie byłam w stanie się oderwać i gwarantuję wam, będziecie mieć tak samo. Nawet gdy oczy mi się już kleiły i myślałam sobie, że jeszcze jeden rozdział i idę spać, to czytałam jeszcze jeden i jeszcze jeden, aż w końcu zasnęłam z książką w ręku. 

Gdy przeczytałam ostatnie zdanie "Dworu cierni i róż" i zamknęłam książkę, mając oczy jak pięć złotych a na ustach głupi rozmarzony uśmieszek, zrozumiałam dlaczego ludzie tak kochają Sarah J. Maas i "Dwory". Tej książki po prostu nie da się nie kochać. Już pierwszy tom powalił mnie na kolana i autentycznie, zaczynam się bać co będzie w drugim. A wielu z was, którzy czytali już drugi tom, mówiło mi, że jest on o niebo lepszy, że jest w nim jeszcze więcej intryg, uczuć, emocji, akcji. Jak dla mnie "Dwór cierni i róż" był idealny. Doskonale wyważone emocje, dawkowane w odpowiedni sposób, miłość, intryga, zagadki. Nic mu nie brakowało. 

I naprawdę, chociaż głowię się i głowię, to nie mogę domyślić się co będzie w drugim tomie. Aż drżę z podekscytowania, nie mogąc doczekać się, co tym razem wymyśliła autorka. Jeśli będzie on jeszcze lepszy niż pierwszy, to w jego recenzji oficjalnie ogłoszę wam "Dwory" moją ulubioną serią.

Mogłabym skończyć już tę recenzję. Ale nie, chcę coś jeszcze dodać w kwestii bohaterów. 

Tak jak wspominałam, nie lubiłam na początku Tamlina. Irytował mnie, wkurzał, jak zwał, tak zwał. Jednak im dalej posuwała się historia, tym większe uczucia zaczynałam do niego żywić. Dosłownie błagałam Feyrę by go zauważyła, by zobaczyła co on do niej czuje. Byłabym skłonna powiedzieć, że go pokochałam. Jednak nie. Jego postawa w ostatnich 200 stronach bardzo mnie rozczarowała. Przyglądał się jak jego ukochana cierpi i nie zrobił nic by jej pomóc. Dosłownie nic! Tak strasznie mnie to irytowało, miałam ochotę uderzyć go w twarz, w jakiś sposób ocucić, sprawić że coś zrobi. Rozumiałam dlaczego tak postępuje, ale nie potrafiłam tego zaakceptować. I dlatego moje uczucia w kwestii tego bohatera są neutralne. I dlatego z otwartym sercem przyjęłam Rhysanda i czekałam na rozwój wydarzeń. 

Co do Feyry, to powiem tylko tyle. Autorka wykreowała ją perfekcyjnie. Nie była jakąś tam przestraszoną lalunią, ale nie zrobiła też nie z niej zatwardziałej wojowniczki. Pokochałam tę dziewczynę za jej niezwykłą wrażliwość na świat i barwy, które ją otaczały. To sprawiło, że była jak żywa, że była autentyczna. I to mi się niesamowicie w niej podobało. Nie dosyć, że walczyła o swoje, to jeszcze dbała o innych. I nie była w żaden sposób irytująca, jak to się często zdarza w książkach o podobnej tematyce. 

Mogłabym mówić i pisać o tej książce godzinami, ale wiem że w końcu by się wam znudziło czytanie tego mojego ględzenia. Więc, na koniec pragnę tylko dodać kilka słów. 

"Dwór cierni i róż" to książka, równie brutalna jak soczysta i romantyczna. Wspaniale napisana, przesycona miłością, krwią, bólem i barwami. Jest nie tylko niezwykle wciągająca, ale też cudownie urzekająca. I jest obowiązkową pozycją dla fanów fantasy. A już w październiku do polskich księgarni trafi 3 tom "A court of wings and ruin", czyli w wolnym tłumaczeniu "Dwór skrzydeł i ruin".

Polecam ją wam z całego serca! Jestem pewna, że się w niej zakochacie, tak samo jak ja się zakochałam. 

Także, nie pozostaje mi już nic więcej, jak przeczytać 2 tom i czekać na 3, a wam życzyć wspaniałego dnia,
Marlena Marszałek

Szablon dla Bloggera stworzony przez Devon.