Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fantastyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fantastyka. Pokaż wszystkie posty

2.2.18

69. Trylogia "Wolne Miasto Rades" "Przeklęta" i "Przebudzona" Iga Wiśniewska


Dziś opowiem wam o dwóch książkach, pierwszym i drugim tomie trylogii "Wolne Miasto Rades". Książki bardzo długo czekały (hmm, chyba w końcu powinnam zacząć czytać książki od razu jak do mnie docierają), aż się za nie zabiorę. I znowu głupia ja, czekała nie wiadomo na co, zamiast po prostu wziąć je z półki i przeczytać. Czy żałuję, że tak długo zwlekałam? Tak. Ale to już chyba nie powinno was dziwić. Jaki był powód tego mojego ociągania się? Wydaje mi się, że po prostu obawiałam się zawodu. Obawiałam się, że czas, który spędzę przy tych książkach będzie straconym i nic one do mojego życia nie wniosą. Jednak, już wiele razy przekonałam się, że polskie nie oznacza złe. To, że coś jest polskie, nie oznacza, że nie warto się z tym zapoznać. I "Przeklęta" i "Przebudzona" tylko mnie utwierdziły w tym przekonaniu. Dowiodły, że nie mam racji. Cóż to była za lektura, pełna emocji, akcji, mitologii, magii, miłości! Kompletnie się tego nie spodziewałam i jestem pod naprawdę ogromnym wrażeniem. Jednak, po kolei. 


"Włóczenie się nocą po Wolnym Mieście Rades nigdy nie było bezpieczne, nie kiedy w mroku czaiły się paranormalne istoty. Gdy coś zaczyna bezlitośnie wybijać zmiennokształtnych, którzy do tej pory uważali się za nietykalnych, zaczyna się wyścig z czasem. 
Kim lub czym jest morderca? Groźny władca zmiennokształtnych, tajemnicza kobieta, sympatyczny Rosjanin, zakręcony naukowiec i medium połączą siły, by rozwiązać tę zagadkę.
Zegar tyka." tom 1

"Gdy nad Wolnym Miastem Rades pojawia się księżyc w pełni, ulice pustoszeją. Ani zwykli, ani paranormalni mieszkańcy nie mogą czuć się bezpieczni. Tajemnicza bestia przez kilka dni w miesiącu poluje na ludzi, a brutalny morderca wybija kolejnych paranormalnych, nie zważając na fazy księżyca. David, władca zmiennokształtnych, musi ustalić, czy obie sprawy jakoś się ze sobą łączą, zabić bestię i złapać mordercę. Wszystko przed kolejną pełnią.
Żeby wygrać wyścig z czasem, będzie zmuszony poprosić o pomoc nie tylko nierozgarniętego naukowca i medium, lecz także kobietę, która powinna być martwa." tom 2



Mamy tutaj tajemnicę, nietuzinkowych bohaterów, którzy bardzo się wyróżniają na tle innych książek, mamy akcję, która wciąga bez reszty, mamy walkę, krew, miłość. Czegoż więcej potrzeba? Uwierzcie mi, jestem pod tak ogromnym wrażeniem, że po prostu nie mogę się otrząsnąć. Nie spodziewałam się czegoś tak dobrego i dosłownie brak mi słów. Staram się cokolwiek napisać, ale jest naprawdę ciężko. Musicie sami przeczytać te książki, ja nie jestem w stanie wam ich opisać. Mogę mówić, że ohoho, jakie fajne, podoba mi się, polecam, kupcie je jeszcze jutro. Nie o to tutaj chodzi. Sądzę, że choćbym spisała się na 6 tysięcy słów, choćbym krok po kroku opisała wam moje odczucia  to i tak nie zrobiłabym tego dostatecznie dobrze. Jestem po prostu bardzo pozytywnie zaskoczona i nie mogę się wyrwać z tego świata, wciąż przed oczami widzę Miriam, bohaterkę o której tak w sumie są te książki, bohaterkę niezwykle tajemniczą, pewną siebie, wyjątkową i bardzo mocno zapadającą w pamięć.

Na początku jej nie lubiłam, Miriam w sensie. Ale im dalej szłam, im bardziej ją poznawałam, tym bardziej ludzka i namacalna się stawała. W pierwszym tomie, przez pierwszą jego połowę straszliwie mnie irytowała, bo nie potrafiłam jej zrozumieć, nie potrafiłam zrozumieć jej zachowania, jej myśli, była dla mnie bardzo odstręczająca. Ale, cholera, im bardziej zgłębiałam się w perypetie Radesu, zmiennokształtnych, tajemniczego Rosjanina Iwana, Davida, Vivien, Bena i reszty, tym bardziej wsiąkałam w tę, sądzę że mogę tak to określić, niesamowitą opowieść, tym bardziej zaczęłam lubić Miriam. A gdy pod koniec pierwszego tomu, stało się co się stało, o jeny, byłam w takim szoku, że głowa mała, oczywiście jak to ja, usta jak złota rybka i wpatrywałam się w książkę z szeroko otwartymi oczami. Co, ale że jak? Nie to nie mogło się stać!

Jest to jedna z wielu zalet twórczości Igi Wiśniewskiej. Jest ona mistrzynią jeśli chodzi o zakończenia. Jakby chciała powiedzieć czytelnikowi "I co? Zatkało kakało?" (błąd jest celowy). I co jak co, jeśli tak miało być, to gratulacje, udało się. Nie mogło tam być lepszego zakończenia, naprawdę. Było ono tak perfekcyjnie perfekcyjne, że już bardziej perfekcyjne już nie mogło być. Ale oczywiście, nie jest to jedyna zaleta, ale nie zdradzę wam każdej z nich, sami się musicie przekonać! Jednak, nie obyło się też bez wad, jednak z perspektywy czasu nie nazwałabym ich w ten sposób. Na początku, trudno było mi się przyzwyczaić do sposobu prowadzenia narracji. Mam na myśli, że narratorów jest bardzo wielu i nie są to tylko główni bohaterowie, ale też czasami osoby postronne, które występują dosłownie na jeden rozdział. Raziło mnie to i wybijało z fabuły, ale tylko przez jakieś 100 stron pierwszego tomu. Potem się przyzwyczaiłam i wprost cieszyłam się, że możemy poznać myśli prawie każdego ważniejszego bohatera na temat jednego wydarzenia. To bardzo ułatwiało zrozumienie niektórych zachowań, których bez tego byśmy nie zrozumieli. I dzięki temu łatwiej można polubić innych bohaterów.


Kolejną zaletą jest to, że styl Igi jest naprawdę prosty i wciągający. Choć początki mogą być trudne, to jak już się wciągniecie, to amen w pacierzu, nie oderwiecie się tak łatwo. Czyta się szybko, przyjemnie, momentami aż drży się z niepokoju i niecierpliwości. Odkrywanie tajemnic razem z naszymi bohaterami jest naprawdę ekscytujące! I same tajemnice, morderstwa z którymi przyjdzie nam się spotkać, dzięki mitologii są jeszcze lepsze, bogatsze, bardziej soczyste. Jeśli są wśród was miłośnicy mitologii, to śmiało możecie sięgnąć po "Przeklętą" i "Przebudzoną", będziecie zachwyceni, mimo że nie od początku jest jasno powiedziane, że jest tutaj taki wątek. Możecie mi podziękować, wiecie to dzięki mnie, haha.

Do tego jeszcze umiejętnie wpleciony wątek miłosny, a raczej wątki. Nie ma ich za dużo, dzięki czemu nie przyćmiewają głównego wątku, co mnie bardzo cieszy. Jednak nie ma ich też za mało, dodają pewnego dreszczyku, są kropką nad i! I oczywiście sprawiają, że całość jest jeszcze bardziej realistyczna, jeszcze bardziej prawdziwa. I to mi się podoba!

Oczywiście, nie ukrywam, że jak skończyłam "Przeklęta", to prawie że rzuciłam się na "Przebudzoną".  Zakończenie pierwszego tomu bardzo podniosło moją ocenę na jego temat. Podobał mi się on, a jakże, ale nie było w nim nic szczególnie specjalnego, oprócz boskiego zakończenia. Co nie oznacza, że był nudny i kompletnie beznadziejny! Czytało mi się go naprawdę niesamowicie przyjemnie, jednak czegoś mi tutaj zabrakło. Za to drugi tom, toż to był miód na moje serce! Wątki z pierwszego tomu rozwinęły się, całość była doskonale zgrana, doskonale opisana, jeszcze więcej akcji, na której rozwinięcie nie musiałam długo czekać. To było coś wyśmienitego, widać ogromny postęp jeśli chodzi o styl pisania. W "Przeklętej" było dobrze, w "Przebudzonej" jest bardzo dobrze, jeśli trzeci tom będzie jeszcze lepszy, to chyba się będę rozpływać w jego recenzji. Iga stworzyła coś nowego, coś niesamowitego. Jak przeczytacie, to zrozumiecie. Pośród całej tej otaczającej nas fantastyki, pełnej schematów i podobieństw, to właśnie jej udało się wyjść przed wszystkie te książki i pokazać, że można stworzyć coś innego, a jednocześnie tak dobrego!

Jeśli o mnie chodzi, jestem po prostu zachwycona! Nie zabrakło tutaj niczego, mamy wszystko, co sprawia, że czytelnik na długo nie zapomni o tych książkach i będzie je miło wspominał jeszcze długi czas. Jeśli jesteście odważni i szukacie czegoś innego, czegoś co ma w sobie to coś, to dobrze trafiłeś. Mogłabym gadać i gadać, ale najważniejsze kwestie już omówiłam. Niezwykle przyjemne, wyjątkowe i jedyne w swoim rodzaju. Takie właśnie są te książki. Oj, już nie mogę się doczekać powrotu do "przygód" (nie wiem czy mogę tak to nazwać) Miriam i spółki. I nie mogę się doczekać rozwinięcia wątku miłosnego między Miriam a pewnym zmiennokształtnym. Totalnie wsiąkłam w ten świat i kompletnie nie mam ochoty go opuszczać.

I kto by przypuszczał, że tak surowo oceniłam te książki nie początku. Głupia ja, no po prostu głupia. Cieszę się, że w końcu je przeczytałam i żałuję, że tyle to trwało. Nie żałuję żadnej chwili spędzonej przy tych książkach. I cieszę się, że książki Igi, wbiły mi w końcu do głowy, że polskie, nie oznacza gorsze. Zapamiętajcie to sobie, ja postaram się już o tym nie zapomnieć.

Żałuję tylko, że było ich tak mało.

Pozdrawiam serdecznie, ściskam i całuję w szczególności Igę, której przysporzyłam pewnie nie jeden raz bólu głowy, wybacz kochana <3
Marlena Marszałek




13.9.17

Moja ulubiona seria? - 56 "Dwór mgieł i furii" Sarah J. Maas


Ostatnio odnoszę wrażenie, że cały czas tylko chwalę książki. Dziś przychodzę do was z kolejną recenzją, po tytule już wiecie o jakiej książce mowa. Chwaliłam pierwszą część, zakochałam się w niej, słowom zachwytu nie było końca, a sam tekst o niej okazał się rekordowym w kwestii długości i ilości wyrazów. Nie potrafiłam przestać gadać, nie potrafiłam myśleć o czymś innym niż Tamlin, Feyra i tajemniczy Rhysand. I uwaga, dziś znowu usłyszycie (a raczej przeczytacie) pochwały. Chociaż, to co was zaraz czeka, to prędzej istna litania do Sarah J. Maas i "Dworu mgieł i furii". Jeżeli nie czytaliście tomu pierwszego, to zapraszam najpierw do jego recenzji. Ostrzegam was, że i tu będzie długo, i prosto z serca, przez co trochę nieskładnie. Zapraszam serdecznie, nie zapomnijcie o kubku herbaty i czymś do przegryzienia!

Po tym, jak Feyra ocaliła Prythian, mogłoby się wydawać, że baśń dobiega końca. Dziewczyna, bezpieczna i otoczona luksusem, przygotowuje się do poślubienia ukochanego Tamlina. Przed nią długie i szczęśliwe życie.

Sęk w tym, że Feyra nigdy nie chciała być księżniczką z bajki. Zresztą zupełnie nie nadaje się do tej roli. W snach wciąż powracają do niej wymyślne tortury Amaranthy i zbrodnia, którą popełniła, by się od nich uwolnić. Pragnący zapewnić jej bezpieczeństwo Tamlin próbuje zamknąć Feyrę w złotej klatce. W jej nowym nieśmiertelnym ciele drzemią moce, których dziewczyna nie umie opanować. W dodatku o spłatę swojego długu upomina się największy wróg Tamlina - Rhysand, Książę Dworu Nocy. Zwabioną podstępem Feyrę raz w miesiącu okrywa mrok jego niebezpiecznego królestwa. To pewne, że władca ciemności będzie chciał wykorzystać ją do swoich celów. Chyba że... to nie Rhysand jest tym, kogo Feyra powinna się obawiać. Na Dworze Wiosny również bowiem nie jest bezpiecznie, a sam Tamlin ma przed ukochaną coraz więcej tajemnic. Czy rzeczywiście tylko po to, by ją chronić?

Gdy nad Prythian i krainę ludzi nadciąga widmo wojny tak groźnej jak żadna dotąd, Feyra musi zdecydować, komu może ufać. Stawką jest życie jej rodziny i losy całego świata. A w magicznym świecie fae przyjaciele potrafią być bardziej niebezpieczni niż wrogowie.

Czasami wydaje mi się to dziwne. To, że cały czas z moich ust padają tylko komplementy. Ale nic nie poradzę, ostatnio trafiam na same świetne pozycje. Może los, chce mi dobrymi książkami, wynagrodzić mojego pecha (ciągłe zasypianie i spóźnianie się do szkoły, lub ostatnio przecięta ręka i sześć szwów), kto wie. Ja tam nie narzekam, bo uwielbiam ten moment, gdy podczas czytania książki, emocje w mojej duszy i sercu wirują jak szalone, a usta zamykają się i otwierają, jak u złotej rybki. Czasami nawet pojawi się łezka, co u mnie naprawdę rzadko się zdarza. Obiecałam wam, w recenzji pierwszego tomu, że jeżeli tom drugi będzie lepszy, to oficjalnie oznajmię, że "Dwory" to moja ulubiona seria, stojąca na samym szczycie podium. Czy tak się stało? Czy drugi tom jest lepszy? Czy seria ta, stała się moją ulubioną? Trochę was podręczę. Dowiecie się tego dopiero na końcu tej przerażająco długiej recenzji <3 Kocham was!

Jednak, najlepsze jest to uczucie, gdy autorka potrafi sprawić, że w pierwszym tomie kochasz jednego bohatera, a przy drugim nienawidzisz go tak mocno, że masz ochotę zabić nie tylko jego, ale też i autorkę. W jednej chwili na twojej twarzy jest pełen rozmarzenia uśmiech, aż tu nagle ukochana autorka, robi coś takiego, że masz ochotę krzyczeć, łzy same zbierają ci się do oczu, a usta otwierają ze zdumienia. Nie wierzysz w to co się właśnie stało i z jednej strony się cieszysz (tak było w moim przypadku), a z drugiej strony wiesz, że to będzie trudne dla danego bohatera/bohaterów. Z jednej strony masz ochotę rzucić tą książką i do niej nie wracać, a z drugiej czytasz jak najwolniej byle tylko nie opuszczać tak szybko tego cudownego świata. Sarah J. Maas jest w tym mistrzynią. Tę autorkę kocha się i nienawidzi jednocześnie. I jeśli mam takie odczucia po drugim tomie, to trzeci złamie mi serce. I teraz uwaga, może to dziwne, ale błagam Sarah złam mi je, byleby tylko wszystko dobrze się skończyło (pisz jak najszybciej błagam).


Ja tu się rozgadałam, a nawet jeszcze porządnie nie zaczęłam! Tak właśnie działa na mnie twórczość pani Maas; Rhysand, Feyra, Kasjan (kocham go!), Amrena, Azriel, Mor, oni wszyscy działają na mnie, jak energetyk, po którym usta nie potrafią mi się zamknąć. Normalnie jestem cichą i spokojną osobą. Ale jeśli mówimy o "Dworze cierni i róż", czy "Dworze mgieł i furii", to nie potrafię przestać. A to dlatego, że jestem oczarowana i bez pamięci zakochana. Kiedyś zastanawiałam się, dlaczego ludzie tak uwielbiają "Dwory". Nie potrafiłam uwierzyć, że ktoś może tak bardzo przeżywać ich lekturę. Teraz już rozumiem, to musi być jakiś urok, czar, który rzuca na czytelnika autorka. Genialny styl, krwiści bohaterowie, którzy dosłownie wyłaniają się z kartek i patrzą nam w oczy, zwroty akcji, które nie pozwalają się nam nudzić, czy historia miłości, która pobije każde serce, to tylko kilka z jej czarów. 

Zagłębiłam się w tę książkę niczym w najcudowniejszą ciemność przepełnioną blaskiem miliona gwiazd. Jej czytanie było lepsze od najukochańszej herbaty, lepsze od najlepszej czekolady. Burczało mi w brzuchu, była trzecia nad ranem, a ja nie potrafiłam się oderwać. Z szeroko otwartymi oczami śledziłam losy bohaterów, który rozwinęli się, w jakiś sposób dojrzali, dzięki czemu po prostu nie potrafiłam ich nie lubić. Pokochałam nowe postacie, o których wspomniałam wcześniej. Każdy z nich jest wykreowany perfekcyjnie i każda jest idealnie dopasowanym elementem tej skomplikowanej układanki. Nie są oni dodani ot tak, żeby wypełnić lukę, o nie!, mają oni swój wkład w opowieść i to duży, nie są zbędni, a powieść bez nich straciłaby bardzo wiele. Pokochałam bohaterów tak mocno, jak jeszcze nigdy dotąd. I to właśnie dzięki temu, że są wyjątkowi, jedyni w swoim rodzaju, pełni życia i charakteru. Czułam się i nadal tak czuję, jakby łączyła nas więź, mocna, nierozerwalna, ukryta w głębi serca. 

Było cudownie, było przepięknie! Śmiałam się, uśmiechałam, ale nie długo. Jak to jest z Sarah, nagle strzeliła mi prosto w serce. W jednej chwili zdębiałam. Serce przyśpieszyło bieg, oddech zwolnił. Bałam się oddychać w obawie, że pominę jakiś istotny fakt. Szeroko otwarte oczy zapiekły mnie; w końcu mrugnęłam. Sarah ty podstępna kobieto! Trzeba przyznać, że torturowanie czytelników, to chyba ulubione zajęcie pani Maas. Wpierw zachwyca, pokazuje piękno Dworu Nocy, Velaris, powoli i z pasją rozwija wątek miłosny, obdarza odrobiną pikanterii (mówię o pewnej bardzo, hmm, ostrej scenie, w której farba znajduje się chyba wszędzie na ciałach bohaterów, cóż to była za scena!), by potem roztrzaskać wasze serca! Wyrywanie się z tej cudownej ciemności, było dla mnie najgorszą torturą. Chciałam czytać wolniej, starałam się! Ale to niemożliwe. Nie dałam rady, bo akcja tak rwała do przodu, że koniecznie musiałam przeczytać jeszcze jeden rozdział, potem jeszcze jeden. I tak do trzeciej w nocy. Zakochałam się w przepięknych opisach, zakochałam się w Velaris, zakochałam się w Rhysandrze, Kasjanie, Azrielu, Mor, Dworze Nocy. Oderwanie się od tego wszystkiego, było bardziej bolesne niż zszywanie ręki. Moje serce dosłownie pękło i choć skończyłam ją tydzień temu, to nadal na nią patrzę i rozmyślam nad zakończeniem, które to właśnie przyprawiło mnie o wyżej opisany stan. Coś czuję, że zszyć je może jedynie trzeci tom. Chociaż znając Sarah, to prędzej wbije mi jesionowy kołek w serce, rozszarpie na drobne kawałeczki i rzuci dzikim bestiom na pożarcie.

Tyle emocji, ile czułam podczas czytania tej książki, nie czułam już dawno. Byłam tak rozdarta, że naprawdę miałam ochotę rzucić to i zaczerpnąć świeżego powietrza. Dosłownie płakałam! Błagałam w myślach (i nie tylko) autorkę, by tego nie robiła. Mój umysł ją zrozumiał, postąpiła doskonale i innego wyjścia z tamtej sytuacji nie widzę, ale mój narząd pompujący krew, twierdził i nadal twierdzi coś całkowicie przeciwnego. Dlaczego? SARAH! Dlaczego?  Nie dajcie się jej zwieść, uśpi waszą czujność, poprzez wyżej wspomniane rzeczy, a potem sprawi, że kolejny tom będzie dla was jak tlen, którego potrzebujecie do życia. Jeżeli jesteście gotowi na takie cierpienie i szukacie czegoś, po czym kac książkowy jest murowany, "Dwory" są dla was idealną serią! Jeśli nie potrafiliście uwierzyć w pochwały na temat tych książek, to uwierzcie mi, to nie jest czcze gadanie i skoro ktoś tak je wychwala, to naprawdę ma do tego powód.

I teraz uwaga, bo to co teraz powiem, będzie kontrowersyjne. Jak dla mnie, tom pierwszy mógłby nie istnieć. Był cudowny, ale przy drugim jest niczym. "Dwór mgieł i furii" jest cudowny! Czyta się go niezwykle szybko i na długo zapada w pamięć. Jest niesamowity, genialny, wspaniały, boski, jednym słowem perfekcja! Poruszył moim sercem, sprawił że po jego zakończeniu cała zadrżałam. Nigdy, dosłownie nigdy, żadna książka nie sprawiła, że przeszył mnie dreszcz. Nie dreszcz przerażenia, tylko coś innego. Dreszcz podziwu, emocji, które wypłynęły całkowicie, wraz z ostatnim przeczytanym słowem. Nie wiedziałam co myśleć, nie wiedziałam co ze sobą zrobić. Poszłam więc z psem na spacer, by oczyścić myśli. Czy podziałało? Nie! Idąc nie mogłam przestać o niej myśleć, wyciągnęłam telefon i zaczęłam pisać tę opinię. Nagle słowa same pojawiły się w mojej głowie. Moje serce dosłownie się krajało, nawet nie wiecie, jak bardzo pragnę kolejnego tomu. Do jego premiery w Polsce zostało niewiele, 25 październik jest już naprawdę blisko, ale boję się że nie wytrzymam. Gdybym mogła, to wkradłabym się do siedziby Wydawnictwa Uroboros i wykradłabym im egzemplarz trzeciego tomu. Tylko cicho sza, nie mówcie im o tym ;)

Także, podsumowując. Tom drugi jest tysiąc razy lepszy od pierwszego. Czyta się go z ogromną przyjemnością, wciąga tak, że naprawdę ciężko się jest oderwać. Nowe postacie dodają powiewu świeżości, od razu zagarniają sobie sympatię czytelnika, a sama historia nie jest nawet odrobinę nudna. Nawet jeżeli początek może się trochę dłużyć, to końcówka jest tego warta. "Dwór mgieł i furii" czyta się szybko, mimo dużej ilości stron. Uwielbiam takie cegiełki. Serdecznie polecam wam tę książkę, na pewno nie pożałujecie, ale najpierw przeczytajcie tom pierwszy! 

I na koniec. Oficjalnie oświadczam, że seria "Dwór cierni i róż", jest moją ulubioną! I chyba długo się to nie zmieni. 

Tom 3 "Dwór skrzydeł i zguby" już 25 października w księgarniach! Już nie mogę się doczekać. Serdecznie dziękuję Wydawnictwu Uroboros za możliwość przeczytania i zrecenzowania obu książek z serii! 

Pozdrawiam serdecznie i życzę wspaniałego dnia, 
Marlena Marszałek

Ps, Wybaczcie mi tak chaotyczną recenzję, kac po tej książce nadal mi nie przeszedł, a w głowie plątanina myśli ;)


23.7.17

49. "Dwór cierni i róż" Sarah J. Maas



Dziś przychodzę do was z recenzją pierwszego tomu serii, która przewija się wszędzie. Gdzie nie spojrzę tam widzę i słyszę ochy, achy i pełno wszelkiego rodzaju zachwytów. Cały czas ktoś o niej wspomina, wychwala, wiele osób uwielbia tę serię i prawie dosłownie krzyczy na widok kolejnego tomu nie mogąc się doczekać, aż zostanie wydany w Polsce i trafi w ich łapki. Ludzie na facebooku, instagramie, czy na blogach co chwilę o niej wspominają. Jeszcze nigdy nie spotkałam się z takim zachwytem dotyczącym danej serii. Czułam się jakby otoczyły mnie nagi i dźgały swoimi długimi, kościstymi palcami, szepcząc "przeczytaj ją, przeczytaj ją". Szczerze mówiąc, bałam się. Bałam się tego, że przeczytam pierwszy tom serii i się zawiodę. Niemożliwe jest, by książka była tak popularna, tak dobrze oceniana i nie miała żadnych wad. Dlatego też przez długi czas obserwowałam "Dwór cierni i róż" w Empiku, na półkach w bibliotece i na instagramie, nie czyniąc żadnego ruchu w jego stronę. Jednak, gdy obie moje przyjaciółki zaczęły się nad nią zachwycać, nie wytrzymałam. Postanowiłam za wszelką cenę poznać historię i bohaterów, o których wszyscy mówią. I dzięki wydawnictwu Uroboros, mam zaszczyt przybyć dziś do was z recenzją tej głośniej powieści.

Jesteście ciekawi mojego zdania na jej temat? To przygotujcie się na naprawdę długą recenzję i kubek herbaty.  

Główną bohaterką jest Feyra, 19-letnia łowczyni, która opiekuje się swoją rodziną, ojcem i dwiema siostrami. Jako jedyna zapewnia im pożywienie polując w lesie na różne zwierzęta. Pewnego razu podczas srogiej zimny dziewczyna zapuszcza się w pobliże muru, oddzielającego ziemie ludzi, od krainy zwanej Prythianem, zamieszkanej przez pewne magiczne stworzenia, które wieki temu panowały nad światem. Podczas polowania natyka się na olbrzymiego wilka, którego bez skrupułów zabija. Nawet nie zdaje sobie sprawy co uczyniła. 

Nie mija wiele czasu a w jej drzwiach staje fae wysokiego rodu Tamlin, pod postacią złowrogiej bestii, żądając od niej zadośćuczynienia za ten haniebny czyn.  Może albo zginąć w nierównej walce, albo udać się razem z mężczyzną do jego ziem w Prythianie i spędzić tam resztę swoich dni. Dziewczyna nie ma więc wyboru, musi poddać się. Z pozoru dzieli ich wiele, rasa, wiek i nienawiść, która narosła przez wieki między ich rasami. Jednak to tylko pozory. Okazuje się, że bardzo wiele ich łączy i są do siebie bardziej podobni niż może się wydawać. Jednak czy dziewczyna będzie w stanie pokonać swój strach i uprzedzenia? 

I już na początku zdradzę wam, że opis nie oddaje tego, co znajdziecie w książce. Gdy go przeczytałam, to, co prawda, czułam się zachęcona ale jakoś nie wydawało mi się, aby ta książka jakoś szczególnie się dalej rozwinęła. Mam na myśli to, że opis kompletnie nie oddaje emocji jakie czujemy podczas czytania. Ale to zrozumiałe, to tylko zachęta do sięgnięcia po książkę, nie może przecież zawierać streszczenia powieści, bo po prostu odechce nam się czytać skoro wszystko już wiemy. Pisząc o tym, chcę uświadomić was, żebyście w tym przypadku nie kierowali się opisem. Jeśli się wam on nie spodoba, nie zniechęcajcie się. To co jest w środku przewyższy wasze oczekiwania. 

Ale mniejsza z tym, czepiam się szczegółów. 

Zacznijmy od okładki. Gdy pierwszy raz ją zobaczyłam na żywo w księgarni, to po prostu zdębiałam. Sądzę, że nikt z was nie zaprzeczy, że jest ona po prostu przepiękna! Żywa czerwień przyciąga wzrok, ciernie zaczepiają się o nasze ubranie nie pozwalając się oderwać, ale największe wrażenie zrobił na mnie rysunek, tak jak podejrzewam, przedstawiający Feyrę. Nie widzimy całej jej twarzy, ale już tylko po tym wiadomo, że dziewczyna jest przepiękna. I zdradzę wam mały sekret, ten tatuaż na jej ręce ma większe znaczenie niż może się wydawać, o czym sama dowiedziałam się pod koniec książki. Ale sami musicie odkryć o co z nim chodzi. 

Prawda jest taka, że zanim dostałam książkę od wydawnictwa, zaczęłam czytać ją w ebooku, dzięki zachętom moich przyjaciółek. Niestety, obie zakochane są w Rhysandrze i przez to, że co chwilę mi go wychwalały, to zaczynając czytać nie mogłam zdzierżyć Tamlina. Nie cierpiałam go i czekałam tylko na tego "boskiego Ryśka". Przez to dotarłam tylko do połowy i odłożyłam nie potrafiąc tego wytrzymać. Jednak nie jest to wina książki, a jak wspomniałam wyżej, moich cudownych przyjaciółek.

Jednak, gdy przeczytałam książkę w całości za drugim podejściem, to okazało się, że moje dziwne odczucia co do Tamlina, miały w sobie trochę racji. I zrozumiałam to czytając ostatnie 150 stron. Ale na razie to pomińmy.

Na początku ciężko było mi się wciągnąć w historię. Była ona opisana niezwykle ciekawie i genialnym stylem, jednak jakoś nie mogłam. Pierwsze 100 stron czytałam na siłę. Jednak nie wyciągajcie pochopnych wniosków. Wina leży tylko i wyłącznie po mojej stronie, a to głównie dlatego, że czytałam je drugi raz i pamiętałam co tam się wydarzyło. I byłam ogarnięta manią Ryśkową przez moje przyjaciółki. Jednak szybko się otrząsnęłam i nim się obejrzałam nadeszła ostatnia strona. Kiedy to się stało? Nie miałam zielonego pojęcia. Tak ja na początku nie potrafiłam się wciągnąć, to jak się wciągnęłam to utknęłam wśród cierni, zaczepiły się one o moje ubranie i nie miałam nawet siły by się wyrwać z ich miłosnych objęć. 

Gdy skończyłam czytać "Dwór cierni i róż", co starałam się odwlekać jak najdłużej, co niestety się nie udało, byłam zachwycona. W zachwyt wprawiła mnie jedna rzecz, której wam nie zdradzę, bo byłby to ogromny spojler. Przez całą książkę się nad tym zastanawiałam, głowiłam się jak autorka z tego wybrnie. I wybrnęła po mistrzowsku. Kompletnie się tego nie spodziewałam i dosłownie piałam z zachwytu, czując się cudownie. Przeciągnęłam się jak kot i jeszcze przez długi czas leżałam, i zachwycałam się nad tym, jak genialną fabułę wymyśliła Sarah J. Mass. Jednocześnie zdałam sobie sprawę, że nie tak łatwo będzie mi opuścić Prythian. 

Z tą książką jest tak, że nawet jeśli chcesz ją odłożyć, to po prostu nie da rady. Jeszcze czego! Nie ma tak dobrze. Ostrzegam was, że jeśli po tej recenzji najdzie was ochota zapoznać się z tą historią, to radzę zaplanować sobie cały dzień wolnego i wieczorem wypić kawę. Dzieje się w niej tak dużo, że nie byłam w stanie się oderwać i gwarantuję wam, będziecie mieć tak samo. Nawet gdy oczy mi się już kleiły i myślałam sobie, że jeszcze jeden rozdział i idę spać, to czytałam jeszcze jeden i jeszcze jeden, aż w końcu zasnęłam z książką w ręku. 

Gdy przeczytałam ostatnie zdanie "Dworu cierni i róż" i zamknęłam książkę, mając oczy jak pięć złotych a na ustach głupi rozmarzony uśmieszek, zrozumiałam dlaczego ludzie tak kochają Sarah J. Maas i "Dwory". Tej książki po prostu nie da się nie kochać. Już pierwszy tom powalił mnie na kolana i autentycznie, zaczynam się bać co będzie w drugim. A wielu z was, którzy czytali już drugi tom, mówiło mi, że jest on o niebo lepszy, że jest w nim jeszcze więcej intryg, uczuć, emocji, akcji. Jak dla mnie "Dwór cierni i róż" był idealny. Doskonale wyważone emocje, dawkowane w odpowiedni sposób, miłość, intryga, zagadki. Nic mu nie brakowało. 

I naprawdę, chociaż głowię się i głowię, to nie mogę domyślić się co będzie w drugim tomie. Aż drżę z podekscytowania, nie mogąc doczekać się, co tym razem wymyśliła autorka. Jeśli będzie on jeszcze lepszy niż pierwszy, to w jego recenzji oficjalnie ogłoszę wam "Dwory" moją ulubioną serią.

Mogłabym skończyć już tę recenzję. Ale nie, chcę coś jeszcze dodać w kwestii bohaterów. 

Tak jak wspominałam, nie lubiłam na początku Tamlina. Irytował mnie, wkurzał, jak zwał, tak zwał. Jednak im dalej posuwała się historia, tym większe uczucia zaczynałam do niego żywić. Dosłownie błagałam Feyrę by go zauważyła, by zobaczyła co on do niej czuje. Byłabym skłonna powiedzieć, że go pokochałam. Jednak nie. Jego postawa w ostatnich 200 stronach bardzo mnie rozczarowała. Przyglądał się jak jego ukochana cierpi i nie zrobił nic by jej pomóc. Dosłownie nic! Tak strasznie mnie to irytowało, miałam ochotę uderzyć go w twarz, w jakiś sposób ocucić, sprawić że coś zrobi. Rozumiałam dlaczego tak postępuje, ale nie potrafiłam tego zaakceptować. I dlatego moje uczucia w kwestii tego bohatera są neutralne. I dlatego z otwartym sercem przyjęłam Rhysanda i czekałam na rozwój wydarzeń. 

Co do Feyry, to powiem tylko tyle. Autorka wykreowała ją perfekcyjnie. Nie była jakąś tam przestraszoną lalunią, ale nie zrobiła też nie z niej zatwardziałej wojowniczki. Pokochałam tę dziewczynę za jej niezwykłą wrażliwość na świat i barwy, które ją otaczały. To sprawiło, że była jak żywa, że była autentyczna. I to mi się niesamowicie w niej podobało. Nie dosyć, że walczyła o swoje, to jeszcze dbała o innych. I nie była w żaden sposób irytująca, jak to się często zdarza w książkach o podobnej tematyce. 

Mogłabym mówić i pisać o tej książce godzinami, ale wiem że w końcu by się wam znudziło czytanie tego mojego ględzenia. Więc, na koniec pragnę tylko dodać kilka słów. 

"Dwór cierni i róż" to książka, równie brutalna jak soczysta i romantyczna. Wspaniale napisana, przesycona miłością, krwią, bólem i barwami. Jest nie tylko niezwykle wciągająca, ale też cudownie urzekająca. I jest obowiązkową pozycją dla fanów fantasy. A już w październiku do polskich księgarni trafi 3 tom "A court of wings and ruin", czyli w wolnym tłumaczeniu "Dwór skrzydeł i ruin".

Polecam ją wam z całego serca! Jestem pewna, że się w niej zakochacie, tak samo jak ja się zakochałam. 

Także, nie pozostaje mi już nic więcej, jak przeczytać 2 tom i czekać na 3, a wam życzyć wspaniałego dnia,
Marlena Marszałek

11.4.17

40. "Diabolika" S. J. Kincaid


Dziś chcę Wam opowiedzieć o książce, która mnie zniszczyła. Zniszczyła jako książkocholika, jak czytelnika i fana książek. I jestem pewna, że Was również zniszczy. I wiem, jak to brzmi. Dokładnie tak miało zabrzmieć. I nawet jeśli w to nie wierzycie, to sami to poczujecie, jeśli tylko przeczytacie książkę o której dziś mówię. Nie będziecie tego żałować, każda sekunda spędzona na czytaniu, na przewracaniu kartek, stanie się cudowną przyjemnością, oddacie ją bez żalu i uczucia, że straciliście czas. Ja nie żałuję. I jestem pewna, że mając 80 lat (jeśli dożyję) będą wspominać ją z radością i nostalgią. 

Wiem, że tematyka tej książki, może niektórym wydawać się zbyt... Niepoważna? Nie poruszająca? I nie warta pamiętania po tylu latach. Jednak ja jej nie zapomnę. A dlaczego? Bo poruszyła moje serce bardziej niż każda inna książka, którą przeczytałam w ciągu ostatnich lat, no może oprócz "Zakazanego życzenia", bo ono także było niesamowite. 

Uwierzcie mi, chcecie poznać uczucie, gdy jedyne co masz ochotę zrobić to wyrzucić książkę przez okno, ewentualnie spalić, albo po prostu odłożyć i już więcej do niej nie wracać. Z jednej strony, chcecie tego, z drugiej nie potraficie tego zrobić. Choć serce krwawi załamane tym co się dzieje, umysł jest zdezorientowany i jakby wypchany watą, palce zdrętwiałe od długiego trzymania książki w dłoniach, to nie potraficie się oderwać. I nawet nie próbujecie z tym walczyć. To uczucie jest zbyt cudowne. 


"Diaboliki nie znają litości.
Diaboliki są silne.
Ich przeznaczeniem jest zabijać w obronie człowieka, dla którego zostały wyhodowane.
Nic więcej się nie liczy.

Wyglądamy jak ludzie. Jesteśmy agresywni, zdolni do bezgranicznego okrucieństwa i absolutnej lojalności. Właśnie dlatego jesteśmy strażnikami zamożnych rodzin.

Służę córce senatora, Sydonii, którą traktuję jak siostrę. Zrobiłabym dla niej wszystko. Teraz, aby ją ochronić, muszę udawać, że nią jestem, zachowując w tajemnicy moje zdolności. Wśród bezwzględnych polityków walczących o władzę w imperium odkryłam w sobie cechę, której zawsze mi odmawiano – człowieczeństwo.

Mam na imię Nemezis i jestem diaboliką. Czy mogę zostać iskrą, która rozbłyśnie w mroku imperium?"

Jednak zanim przejdziemy od moich odczuć na temat "Diaboliki", to powiem Wam jedno. Opis z tyłu książki, który właśnie przeczytaliście, nawet w 1% nie oddaje tego, co znajdziecie w środku. Jest to jedynie maleńka cząstka całości, ziarenko w piasku pustyni. Ja, gdy przeczytałam opis, wiedziałam że muszę mieć tę książkę, ale nawet nie spodziewałam się, że będzie ona tak bosko niesamowita! Gdybym wiedziała, co będę przeżywać, to znalazłabym ebooka, byle szybciej się z nią zapoznać. A gdyby nie Anitka z Legendary Booklover i jej BookTour z tą książką, to nie nadeszłoby to tak szybko. 

Moje początki z Nemezis były, szczerze mówiąc dosyć oziębłe. I szczerze mówiąc, z perspektywy czasu, nie dziwi mnie to ani odrobinę. Nie jest ona człowiekiem i choć od pierwszej strony natykamy się na ból i cierpienie diaboliki, mimo że wprowadza to czytelnika w smutek, litość i poczucie niesprawiedliwości, to w moim przypadku doszło do tego jeszcze jedno uczucie, odraza i niechęć. Nie oznacza to oczywiście, że nie polubiłam bohaterki. Polubiłam ją i to bardzo. Ale byłam do niej specyficznie nastawiona. A z drugiej strony nie mogłam znieść tego jak była traktowana. A to sprawiło, że zamknęłam swoje serce na uczucia, które opisałam Wam wyżej. Już w tamtej chwili czułam, że przede mną bolesna przeprawa, pełna emocji i walki o przetrwanie. 

I miałam rację. 

Z każdą kolejną stroną otwierałam się coraz bardziej, czytałam coraz zachłanniej, oczy śledziły wydarzenia coraz szybciej i szybciej. To było coś niesamowitego! Jak autorka wpadła na taki pomysł, skąd u niej taki kunszt? Skąd ten niezwykły talent i umiejętność rozkochania w sobie czytelnika? Pokochałam Tyrusa, Nemezis, nawet Sydonię, której naprawdę strasznie nie lubiłam na początku i także w pewnym momencie fabuły, w którym jej pojawienie się, tak strasznie mnie zirytowało, że miałam ochotę siłą ją wyrwać z kart powieści. 

Czemu jej tak nienawidziłam? Bo kochałam Nemezis (nadal kocham oczywiście). I mimo że Sydonia była wspaniałą dziewczyną, o dobrym sercu, która troszczyła się o swoją diabolikę, to na samą myśl o niej coś mnie ruszało i zaciskałam pięści na kartach książki. Zrozumiecie to uczucie, jeśli tylko sięgniecie po książkę, do czego zachęcam Was z całego serca! I żadnego ale! Każdy z Was musi ją przeczytać, jeśli nie to poleci foch. I mówię całkowicie poważnie. 

Fabuła jest bardziej skomplikowana, niż mogło się na początku wydawać. Podczas czytania, na jaw wychodzą takie rzeczy, że czytelnik naprawdę nie wie co ma pomyśleć. Uwielbiam tajemnice, które zawarła autorka w powieści. Jednocześnie te tajemnice, przyprawiły mnie o uczucia, które opisałam Wam na samym początku. Po skończeniu żałowałam, z całego serca żałowałam, że sięgnęłam po tę książkę, jednocześnie żałowałam że to już koniec. Byłam straszliwie rozdarta i nie potrafiłam od razu odłożyć książki. Trzymałam ją w dłoniach kolejne kilkanaście minut, a w mojej głowie kotłowało się tysiące myśli. Byłam pod wrażeniem. 

Książkę czyta się szybko i zaangażowaniem, oderwanie się od niej, na zwykłe pójście na "siku", jest naprawdę trudne, uwierzcie mi. Czytałam w autobusie, w szkole, w wannie. W każdym możliwym miejscu, które stanęło mi na drodze podczas czytania. 

Pokochałam z całego serca postacie wykreowane przez  S. J Kincaid, świat, a takze historię. A sama Nemezis, cóż za ognista kobieta (diabolika). A wątek miłosny, bo nie mogę pominąć faktu, że takowy się tutaj pojawia, dosłownie zwalił mnie z nóg i stał się moim ulubionym. 

Chciałabym napisać Wam coś więcej, ale mimo że skończyłam tę książkę tydzień temu, to naprawdę ciężko mi zebrać słowa. 

Więc dodam jeszcze tylko jedno ( i od razu przepraszam, za użycie tego słowa, ale w ogromnym stopniu idealnie oddaje ono to, co czułam i czuję, po zakończeniu książki. Może to delikatnie ująć wyrazu opinii, którą wyraziłam wyżej, ale uznaję za konieczność by użyć tego określenia. Jednocześnie nie jest to tylko moje zdanie na temat tej książki).

Diabolika jest zajebista. Nic dodać, nic ująć. 

Pozdrawiam serdecznie z całego serducha i życzę cudownego, słonecznego, zaczytanego dnia!
Marlena Marszałek



27.1.17

35. "Światło w mroku" I.M. Darkss

W nawet największej ciemności, można odnaleźć światło. Może się nam wydawać, że to nie prawda, ale tak właśnie jest. Wystarczy uwierzyć i dać szansę. Żyjemy w przeświadczeniu, że to, co jest światłem jest dobre, najczystsze. Ale czasami "najczystsze" światło, może tak naprawdę być mrokiem, który nas pochłonie i zniszczy. Doskonałym tego przykładem jest powieść "Światło w mroku" autorstwa I.M Darkss. Może i jest to książka fantastyczna, nie jest opisaniem prawdziwych zdarzeń, jednak zawarte w niej przesłanie czyni ją jak najbardziej prawdziwą. 

Nawet najciemniejsze zło, ciemność, może się rozjaśnić, jeśli wniesiemy w nie trochę światła miłości. Jednak czasami tam, gdzie jest najjaśniej, możemy bardziej cierpieć, bo nasze światło, blednie przy tamtym ciemnym świetle. Co mam przez to na myśli? Spójrzmy na to w ten sposób. Jest pewna osoba, chodzi do kościoła, modli się, bardzo mocno wierzy. Ale względem innych ludzi jest potworem, niszczy im życia, upokarza, sprawia, że źle się czują. Najgorsze jest to, że wszyscy sądzą, że jest inaczej, że to iż jest tak bardzo wierząca, czyni z niej najjaśniejszą osobę, której światło bije na wszelkie strony. Jestem pewna, że znacie taką osobę, że każdy z Was, chociaż raz się na kogoś takiego natknął. Ja niestety tak i to ze strony najbliższej rodziny. A znam też osoby, które kiedyś były straszne, niszczyły każdego, ale miały powody. Uważa się je za najgorsze, ale nikt nie spojrzy na to, co przeżyły w młodości. Tak naprawdę, ich serce jest o wiele czystsze od tych, których społeczeństwo uważa za przykład, bo wierzą. 

Wydaje się nam, że światło jest pełne jasności, a mrok ciemności. Ale czy na pewno tak jest? Nie widzimy nic pośrodku i to jest nasz błąd.

Jako, że przybliżyłam Wam już ten problem, to sądzę, że możemy przejść do recenzji tej niesamowitej powieści. Jestem pewna, że każdy z Was, chociaż raz usłyszał o tej książce. Swego czasu było o niej dosyć głośno. Do mnie trafiła dzięki BookTour prowadzonym przez dziewczyny z bloga "Stan: Zaczytany", za co bardzo serdecznie dziękuję. Bo dzięki tej książce, zrozumiałam to, co przekazałam Wam wyżej. Ale przejdźmy do sedna, znam siebie i jak tak dalej pójdzie, to rozpiszę się na 2 tysiące wyrazów. 

Ella jest zwykłą, 17-letnią dziewczyną, która posiada kochającą rodzinę. Nie ma wielu problemów, a jak już jakieś ma, to takie jak każda nastolatka. Żyje w spokoju, od czasu do czasu wychodzi na imprezę, ale to tylko za namową swojej przyjaciółki. Jednak do czasu, gdy ktoś próbuje ją zabić. Jej wybawcą jest niesamowicie seksowny Jack. Dziewczyna jest przerażona, nie chce go słuchać, ale wkrótce wprowadza on ją w świat magii, w którym dobro i zło, toczy ze sobą nieprzerwaną wojnę. Okazuje się, że dziewczyna przynależy do tego świata, tylko o tym nie wiedziała i jest tą, która może ten świat ocalić. W tym świecie istnieją dwa rody. Temeni, czyli ludzie mroku i Lamandi, ludzie światła. Lamandi proponują dziewczynie ochronę, jednak ona odrzuca ich propozycję, ze względu na Jacka, który nienawidzi istot światła. On sam nie należy do żadnego z tych rodów, jest wyrzutkiem, który posiada więcej tajemnic, niż może się wydawać. Przeżył wiele cierpienia i sam go wiele zadał. Jednak te tajemnice, nie przeszkadzają mu się powoli wkradać do serca dziewczyny. Choć sam tego nie chce, przy niej jest inaczej. Czy mają oni szansę na miłość? Co ukrywa Jack i kim tak naprawdę jest? Czy będzie w stanie odwzajemnić uczucia, mimo misji, której się podjął i uczuć które żywi?

Prawdą jest, że podeszłam do tej książki bardzo sceptycznie, jak do każdej książki o miłości i magii. Tytuł brzmi naprawdę niesamowicie i intrygująco, dlatego nie zwlekałam z rozpoczęciem lektury. I choć moje nastawienie było raczej negatywne, po zmieniło się diametralnie po kilku stronach. Spodziewałam się mdłej opowieści o miłości, a dostałam coś całkowicie innego. Z czego bardzo się cieszę. Bohaterowie są genialnie wykreowani, w szczególności Jack. Jest on tak skrajny, że nie wiedziałam, czy mam mu współczuć, czy nienawidzić. Raz był wspaniały, innym razem robił rzeczy, za które zaczynałam go nienawidzić. Potrafił być czuły, troskliwy. Ale nadchodziły też chwile, w których stawał się bezwzględnym (tu wstaw przekleństwo), którego miałam ochotę zamordować gołymi rękami. Przeżył tak wiele, że naprawdę mu się nie dziwię, ale to i tak bolało jak diabli, a nawet go nie znam! 

Ella zaś... Hmm, to cięższy orzech do zgryzienia, Z jednej strony lubiłam ją, ale z drugiej... Nie spodobało mi się jej zachowanie i to jak bardzo łatwowierna jest i jak szybko się zakochuje. Ale okej, rozumiem. Gdybym miała przed sobą takiego seksownego mężczyznę, to sądzę, że sama zakochałabym się równie szybko. Autorka przy tworzeniu Jacka postarała się bardzo, ale mam wrażenie, że przy Elli mniej. Ale mniejsza z tym. 

Ogólny pomysł na powieść jak najbardziej na plus. Głównym wątkiem byli Ella i Jack, ale był też wątek z kamieniem, który miał uratować magiczny świat. I ten wątek był naprawdę strasznie słabo rozwinięty, jakby wciśnięty na siłę. Żałowałam, że nie został bardziej rozbudowany, ale rozumiem. I.M. Darkss chciała się bardziej skupić na relacji głównych bohaterów. To może i lepiej? 

Magia, która biła z każdej strony, rodząca się miłość, cierpienie, ból, mrok, światło, sprawiły że tą książkę, czyta się szybko i z przyjemnością. Nawet jeśli nieświadomie, to poruszyła ona pewien problem, ten który opisałam Wam wyżej. Czasem miłość może rozjaśnić nawet największy mrok! A nie każde światło, naprawdę nim jest. 

Książkę polecam Wam z całego serca. Jest napisana z pasją, co widać już na pierwszych stronach. Bardzo fajnym aspektem jest też to, że autorka zawarła w niej punkt widzenia nie tylko Elli, ale także i Jacka, co naprawdę bardzo mnie ucieszyło i uczyniło tę opowieść bardziej przemawiającą do czytelnika. Jeśli jeszcze nie mieliście styczności z tą książką, to serdecznie zapraszam do zapoznania się z nią. Jestem pewna, że nie pożałujecie. Szykują się też kolejne części i nie mogę się ich już doczekać. Gdy się pojawią, to na pewno je Wam zrecenzuję, jeśli oczywiście będziecie chcieli. 

Jeśli szukacie powieści, która Was poruszy, ale nie będzie męcząca, to "Światło w mroku" jest dla Was. Tutaj nic nie jest takie jak powinno. Światło jest mrokiem, a mrok światłem. 

Pozdrawiam serdecznie i życzę wspaniałej lektury, 
Marlena Marszałek <3

6.7.16

Książkowe zapowiedzi #6 - 10 najciekawszych premier lipca


Witajcie kochani książkoholicy, dziś mam dla was kolejną porcję pyszności, nowości, smakowitości które swoją premierę będą mieć w tym miesiącu! Także, bez zbędnego przedłużania, zapraszam was do zapoznania się z 10-cioma najciekawszymi książkowymi premierami lipca! <3

___________________________________________________________________________

"Powietrze, którym oddycha" Brittainy C. Cherry | Data premiery: 20 lipca 2016 r. | Wydawnictwo: Filia  | Cena: 39,90 zł | Liczba stron: 400

Ostrzegano mnie przed Tristanem Colem. 

„Trzymaj się od niego z daleka”, mówili. „Jest okrutny”. „Jest zimny”. „Życie go nie oszczędzało”. 

Łatwo skreślić człowieka na podstawie jego przeszłości. Właśnie dlatego łatwo dostrzec w Tristanie potwora.
Ale ja nie potrafiłam tego zrobić. Zaakceptowałam spustoszenie, które w nim panowało. Sama czułam się bardzo podobnie. 

Oboje wypełnieni pustką. 
Oboje szukający czegoś innego. Czegoś więcej. 
Oboje pragnęliśmy poskładać roztrzaskane fragmenty naszej przeszłości. 

Może wtedy moglibyśmy nareszcie przypomnieć sobie, jak się oddycha.


___________________________________________________________________________


"Przepisy na miłość i zbrodnię" Sally Andrew | Data premiery: 20 lipca 2016 r.| Wydawnictwo: Otwarte | Cena: 34,90 zł  | Liczba stron: 480

Przepis na zbrodnię. 
Składniki:
dość duży mężczyzna, który znęca się nad żoną, mała krucha żona, średniej wielkości żylasta kobieta zakochana w żonie, dubeltówka, południowoafrykańskie miasteczko kiszące się w sekretach, butelka soku z granatów, łagodny ogrodnik, pogrzebacz, pikantna mieszkanka Nowego Jorku, 7 adwentystów dnia siódmego (odpowiednio przygotowanych na koniec świata), ostra dziennikarka śledcza, łagodna detektyw amator, 2 wytrawnych policjantów, jagnię, garść fałszywych tropów, kilku podejrzanych, szczypta chciwości. 

Wszystko włożyć do dużego garnka i przez kilka lat dusić na małym ogniu, mieszając co jakiś czas drewnianą łyżką. Pod koniec duszenia dodać:3 butelki brandy marki Klipdrift, 3 małe kaczki, garść papryczek chili, i zwiększyć płomień. 

Tannie Maria kocha gotować, rozkoszować się jedzeniem i obdarowywać nim innych. W kuchni mogłaby spędzić całe życie. Prowadzi nawet rubrykę kulinarną w lokalnej gazecie – do czasu gdy okazuje się, że czytelnicy bardziej spragnieni są porad sercowych niż kulinarnych. Wtedy odkrywa, że potrafi znaleźć lekarstwo na kłopoty miłosne niemal każdego. Nie może jednak zapobiec tragedii, która wstrząsa społecznością Karru Małego. Tannie Maria wplątuje się w krwawą intrygę i sprowadza na siebie śmiertelne niebezpieczeństwo. A gdy poznaje komisarza Henka Kannemeyera, wpada jak śliwka w kompot... 

___________________________________________________________________________

"Jak powietrze" Agata Czykierda-Grabowska    | Data premiery: 20 lipca 2016 r. | Wydawnictwo: OMGBooks | Cena: 39,90 zł | Liczba stron: 512

Zwykła dziewczyna, zwykły chłopak, niezwykła miłość. 
Pierwsza polska powieść new adult!

Niektórym może się wydawać, że Oliwii niczego nie brakuje – przystojny chłopak, świetne studia, wieczory spędzane w warszawskich klubach. Ale gdy los stawia na jej drodze Dominika, w jego bursztynowych oczach dziewczyna dostrzega coś, czego nie dał jej wcześniej nikt inny. 

Dominik mieszka w obskurnej kamienicy na Pradze i musi zajmować się młodszym rodzeństwem. W jego życiu nie ma miejsca na rozrywki ani nawet na marzenia. 
Choć pochodzą z dwóch różnych światów, wkrótce okazuje się, że nie mogą bez siebie żyć. On przynosi jej długo oczekiwany spokój, ona jest dla niego jak powietrze. Ale czy taka miłość ma szanse przetrwać?Czy Dominik potrafi odciąć się od bolesnej przeszłości?Czy da się żyć bez powietrza?


___________________________________________________________________________

"Kobiety w kąpieli" Tie Ning   | Data premiery: 6 lipca 2016 r. | Wydawnictwo: Znak Literanova  | Cena: 44,90 zł | Liczba stron: 560

Tiao niebawem wychodzi za mąż za swojego przyjaciela, jednak wcześniejszy romans ze starszym mężczyzną wciąż nie daje jej spokoju. Jej siostra Fan sądzi, że ucieczka do Ameryki rozwiąże każdy problem, a ich dumna przyjaciółka Fei jest gotowa na wszystko, by uwolnić się od pracy w fabryce. Youyou tymczasem marzy tylko o jednym – chce gotować i prowadzić własną restaurację. 

Bohaterki powieści na różne sposoby starają się wziąć przyszłość we własne ręce – nawet kiedy ramy otaczającego je świata okazują się płynne i nieuchwytne jak woda. 

Tie Ning – niewydawana dotąd w Polsce, należąca do grona najbardziej cenionych i najczęściej nagradzanych współczesnych chińskich pisarzy – podgląda swoje bohaterki jak tytułowe "Kobiety w kąpieli". Obserwuje je w najbardziej intymnych sytuacjach, odziera z pozorów i obnaża ich najskrytsze myśli. 



___________________________________________________________________________

"Kontrakt. Tom 1. W ogień" Ewa Seno  | Data premiery: 7 lipca | Wydawnictwo: Feeria  | Cena: 34,90 zł  | Liczba stron: 344

Czasem przyjaźń jest ważniejsza niż wszystko inne.

Emma i Em są nierozłączne już od przedszkola. Nic nie jest w stanie ich rozdzielić, dopóki jedna z nich po śmierci swojego ojca nie musi wyjechać z matką za ocean. W tym czasie drugą dosięga najmocniejszy cios...

Na co byś się zdecydowała, gdyby ogarnęła cię rozpacz czarniejsza niż piekło? Czy dla pomszczenia śmierci przyjaciółki podjęłabyś współpracę z... diabłem?

Em to zrobiła. A potem... wszystko się zmieniło.


___________________________________________________________________________

"Podniebny lot" R. K. Lilley | Data premiery: 7 lipca 2016 r. | Wydawnictwo: Editio | Cena: 39,90 zł  | Liczba stron: 320


Bianca jest wysoką, szczupłą pięknością o jasnozłotych włosach, stewardessą w pierwszej klasie luksusowych linii lotniczych. Jest pewna siebie, wyniosła i chłodna, profesjonalna w każdym calu, nie pozwala nikomu na najmniejszą poufałość. Nawet jeśli ma do czynienia z ludźmi z pierwszych stron gazet, pozostaje uprzejma i niewzruszona — niczym piękny posąg. Tylko jeden mężczyzna przyprawia ją o bicie serca, niepokój i drżenie głosu. Sprawia, że traci panowanie nad sobą, nie umie pozbierać myśli, a w kolanach odczuwa zdradliwą miękkość. James Cavendish. Najprzystojniejszy mężczyzna, jakiego widziała. Najpiękniejsze, turkusowe oczy, w jakie się wpatrywała. Miliarder o zniewalającym głosie i cudownie umięśnionym ciele. Bez wysiłku zyskuje nad Bianką władzę nieograniczoną, uwodząc ją niewypowiedzianą obietnicą dominacji, rozkoszy i bólu, uwalniając najbardziej podstawowe instynkty. Pan Cavendish. Pan Uparty. Pan Perwersyjny. Pan Czarodziej. Pan Dominujący. Pan Zaborczy. Pan Czuły Kochanek. Pan Cavendish. Tę historię przeżyjesz głęboko. Doświadczysz niezwykłych emocji, świdrującego strachu, tęsknoty i słodyczy uległości. Zatracisz się bez reszty w tej fascynującej opowieści o instynkcie, dotyku, pożądaniu i rozkoszy. Pan Cavendish. Jak długo oprzesz się tym turkusowym oczom?

___________________________________________________________________________

"Chłopak na zastępstwo" Kasie Head | Data premiery: 6 lipca 2016 r. | Wydawnictwo: Feeria | Cena: 37,90 zł | Liczba stron: 400

Przez całe liceum Gia była typem szkolnej gwiazdy. A teraz miała jeszcze fajnego, starszego od siebie chłopaka, o którym tyle opowiadała znajomym, i wszyscy wreszcie mieli go poznać. Ale tuż przed balem maturalnym, podczas którego miała nastąpić prezentacja, już na parkingu, Bradley z nią zerwał. Jak on mógł? Jak mógł postawić ją w takiej sytuacji?! I co tu zrobić, żeby wyjść z twarzą?

Nagle Gia wypatruje w jednym z samochodów nieznajomego, a w jej głowie rodzi się sprytny plan. Przecież nikt nie będzie wiedział, że to nie Bradley, a ona nie okaże się kłamczuchą, która tak bardzo chciała mieć chłopaka, że go sobie wymyśliła... 

Co jednak, jeśli przedsięwzięcie wymknie się spod kontroli? W końcu pomysł jest dość ryzykowny...


___________________________________________________________________________

"Wyjątkowi" Meg Wolitzer  | Data premiery: 6 lipca 2016 r. | Wydawnictwo: W.A.B | Cena: 44,90 zł  | Liczba stron: 528

Obejmująca czterdzieści lat opowieść o młodzieńczych marzeniach i dorosłym życiu, istocie talentu, naturze miłości i sile zazdrości. 

Powieść, która spodoba się miłośnikom prozy Jeffreya Eugenidesa, autora Middlesex i Intrygi małżeńskiej. 

Sześcioro nastolatków z Nowego Jorku, którzy zaprzyjaźniają się na letnim obozie dla artystycznie uzdolnionej młodzieży, wkracza w dorosłe życie pełne wyzwań, szans i rozczarowań. 

Obejmująca czterdzieści lat opowieść o marzeniach, istocie talentu, naturze miłości i sile zazdrości, która spodoba się miłośnikom prozy Jeffreya Eugenidesa, autora Middlesex i Intrygi małżeńskiej.

___________________________________________________________________________


"Sny Morfeusza" K.N. Haner | Data premiery: 8 lipca 2016 r. | Wydawnictwo: Editio | Cena: 39,90 zł | Liczba stron: 416

Cassandra Givens od zawsze nie ma szczęścia do facetów. Jej przelotne romanse za każdym razem kończą się złamanym sercem, a wybuchowy charakter, impulsywność oraz zgryźliwe poczucie humoru często wpędzają ją w kłopoty. Przeprowadzka do Miami otwiera nowy rozdział w jej życiu, a rozmowa kwalifikacyjna o pracę marzeń ma stać się drzwiami do lepszego jutra. Niestety, nic nie idzie po jej myśli, a poznanie Adama McKey'a - jej przyszłego szefa - komplikuje wszystko jeszcze bardziej.

Początek tej znajomości staje się źródłem fascynującego romansu, ale i dużych kłopotów. Cassandra traci głowę dla demonicznego Morfeusza. Między tą dwójką wybucha namiętność, nad którą nie potrafią zapanować. Adam vel Morfeusz wciąga Cassandę do gry, której zasady są bardzo proste, ale narażają oboje na ogromne ryzyko.

Jak potoczy się historia, która nigdy nie powinna się wydarzyć?

___________________________________________________________________________

"Never, never" Colleen Hoover, Tarryn Fisher | Data premiery: 3 sierpnia 2016 r.| Wydawnictwo: Otwarte, Moondrive | Cena: 39,90 zł | Liczba stron: 300

Nie kocham cię. Nic a nic. I nie pokocham. Nigdy, przenigdy. 
Czasem wspomnienia mogą być gorsze niż zapomnienie. Charlie i Silas są jak czyste karty. Nie wiedzą, kim są, co do siebie czują, skąd pochodzą ani co wydarzyło się wcześniej w ich życiu. Nie znają swojej przeszłości. Pomięte kartki, tajemnicze notatki i fotografie z nieznanych miejsc muszą im pomóc w odkryciu własnej tożsamości. 
Ale czy można odbudować uczucia? Czy można chcieć przypomnieć sobie... że ma się krew na rękach? A jeśli prawda jest tak szokująca, że tylko zapomnienie chroni przed szaleństwem? Umysły Silasa i Charlie pełne są mrocznych tajemnic. 
On zrobi wszystko, by wskrzesić wspomnienia. 
Ona za wszelką cenę chce je pogrzebać. 
Nigdy nie zapominaj, że to ja jako pierwszy cię pocałowałem. 
Nigdy nie zapominaj, że będziesz ostatnią, którą pocałuję. 
I nigdy nie przestawaj mnie kochać. 
Nigdy...


___________________________________________________________________________

Tak też dotarliśmy do końca! I jak się wam podobało? Jest tu jakaś książka, która przyciągnęła waszą uwagę?

A może w lipcu czekacie na coś w ogóle innego! Piszcie, z chęcią poczytam :)

Pozdrawiam cieplutko, Marlena Marszałek

4.4.16

21. "Cuda i Dziwy Mistrza Haxerlina" Jacek Wróbel

Jest wiele opowiadań osadzonych w świecie fantasy, które przesiąknięte bohaterskimi czynami, magią, potworami, nie mają jednak tego czegoś. A nawet jeśli mają, to bardzo ciężko jest je odnaleźć. Na rynku można znaleźć mnóstwo takich dzieł. Zalewają one księgarnie tak, że nie wiemy do którego świata chcemy się przenieść. Ja sama nie raz mam ogromne problemy z doborem literatury dla siebie. Mocnej, ale też niezwykle wciągającej i zabawnej jednocześnie. Jestem właśnie po to, by pokazać wam po jaką książkę warto sięgnąć, a po którą niekoniecznie. Dziś razem z Wydawnictwem Genius Creations, chcę przedstawić wam niezwykły i warty uwagi zbiór 9 przezabawnych, ironicznych i niesamowicie wciągających opowiadań autorstwa Jacka Wróbla. Jeśli szukacie czegoś niekonwencjonalnego, co mocno wyróżnia się na tle innych książek fantastycznych, to „Cuda i dziwy Mistrza Haxerlina” będą dla was wyborem złowieszczo wspaniałym!

Mistrz Haxerlin jest przedsiębiorcą, a także magiem, a przynajmniej tak mają sądzić ludzie gdy zobaczą jego szatę z emblematem klepsydry. Niestety, z Collegium Magicum został wydalony, więc zajął się czymś innym.  W swoim wozie Cuda i Dziwy, sprzedaje przeróżne „magiczne” artefakty, tajemnicze mikstury, a także jakże prawdziwe certyfikaty. Pulchny, niski, podstarzały, bardzo niepozorny człowieczek, skrywa w sobie mnóstwo ukrytych talentów. Potrafi wyjść z każdej opresji,  jest niezwykle sprytny i przekonujący. Wciśnie ci wszystko, jeśli tylko tego zechce. Ty oddasz mu swoje pieniądze, a w zamian dostaniesz wspaniały magiczny przedmiot (tak naprawdę miałam na myśli bubel, ale poudawajmy jeszcze chwilkę, że Haxerlin jest wspaniałomyślny). Oczywiście zwrotów nie przyjmujemy. A może pragniesz wykopać pewien skarb? Nie ma sprawy, Mistrz Haxerlin sprzeda ci łopatę, która doprowadzi cię do skarbu!

Jednak ma pewien problem. Nasz bohater cały czas wpada w tarapaty. I to nie byle jakie! Raz zajmuje się przemytem szałotrawia i natrafia na podejrzaną epidemię, przez co całe miasto zostaje objęte kwarantanną i zostaje on wciągnięty w próbę odnalezienia przyczyny tajemniczej choroby. Innego razu razem z grupą towarzyszy zostaje wysłany do świeżo otwartej jaskini, by zdobyć znajdujący się w niej skarb. Ale wyprawa ta, wcale nie jest tak prosta, jak by się wydawało. A skarb może zasiać ziarno niepokoju.


Jednak jedyna magia, jaką opanował Haxerlin, była sztuka zamiany bezwartościowych świecidełek w monety.


Haxerlin od pewnego momentu musi użerać się z demonemw ciele 11-letniego chłopca, z którym ciężko wytrzymać, ze względu na ciągłe groźby. Choć z jego ust wychodzą coraz to bardziej niepokojące groźby, ciężko jest brać go na poważnie.

A jakby tego było mało, że musi użerać się z idiotami (barbarzyńca Foxi i nie tylko) Haxerlin cały czas ucieka przed niezadowolonymi klientami. Dlatego też podróżuje po coraz to nowszych krainach i przeżywa coraz to dziwniejsze przygody. 

Dzieło Jacka Wróbla bardzo różni się od książek które znamy. Nie jest to jedna, zwarta historia, a raczej nic nie zmieniające w fabule zabawne epizody, które nie mają na nią większego wpływu. Mamy tutaj bohatera, który o wiele bardziej przypada do gustu, niż bohaterowie innych książek, właśnie dzięki temu że jest tak niesamowicie swojski. Zdobywa sympatię czytelnika już od pierwszej strony, dzięki swojemu charakterowi, wyglądowi, a także wyjątkowej pracy jaką się trudni. Jest to postać ze świata magicznego, a cały czas ma się wrażenie że jest prawdziwy i w każdej chwili może wyjść z kart książki  i stanąć obok. 


To stara prawda, że najlepszym towarzyszem na drodze ku niespełnionym marzeniom jest twardy żołądek.


Wrodzona „zdolność” Haxerlina do wpadania w kłopoty nie raz wznieca wybuch śmiechu. Pozwala się to utożsamić z bohaterem, bardziej wgłębić w jego historię. Z jednej strony, człowiek o niesamowitym pechu, z drugiej niezwykle inteligentny, potrafiący wyjść ze wszelkich tarapatów. Podczas lektury nie raz byłam pełna podziwu, jak w ogóle wpadł na taki, czy owaki pomysł. Nie potrafiłam znaleźć rozwiązania problemu, choć długo się nad nim zastanawiałam, a on pogłówkował chwilę i PYK!, nagle wszyscy są uratowani! 

Prawda jest taka, że gdy czytałam pierwsze opowiadanie, nawet nie podejrzewałam jaki diabeł kryje się w Haxerlinie. Jakież było moje zdziwienie, gdy ten prosty człowieczek wykazał się ogromną pomysłowością i sprytem! 

Ale o tym musicie przekonać się sami!

Świat w którym dzieje się akcja, jest wymyślony przez autora, a czas nie jest bliżej określony. Jednak jest to raczej pomieszanie wszelkich epok, razem z światem magicznym. Można się domyślać, że akcja odbywa się w świecie wzorowanym na średniowiecze, jednak są też elementy śwaita nowoczesnego, jak np. pewien wentylator, który bardzo głęboko zapadł mi w pamięć. 

Opowiadania napisane są prostym i jednocześnie skomplikowanym językiem. Wiem jak to brzmi, ale tak właśnie jest. Okraszone dawką naprawdę dobrego, czasami lekko prymitywnego humoru (co Broń Boże, nie jest wadą, a wręcz przeciwnie!), z dokładnością i dbałością o ciąg fabuły, z bohaterami którzy swoją skrajnością nie raz zadziwią, rozbawią, wprawią w niedowierzenie, albo po prostu zgniotą i zostawią z nas mokrą plamę (o tak, Thuz o tobie mowa i o tych twoich ciętych groźbach, naprawdę nie wiedziałam, czy mam się śmiać, czy bać). 


Haxerlin udawał, że nie słyszy, jak wieczorem chłopak popłakiwał w poduszkę, gdy rozwiały się jego nadzieję o szybkiej, brutalnej zemście.


Jacek Wróbel wie, czym przyciągnąć czytelnika. Widać że przemyślał swoje dzieło i zadbał, aby każdy jego cal był idealny.  Jest to lekki zbiór opowiadań, który wspaniale nadaje się, gdy chcemy poczytać coś przyjemnego, co nie obciąży umysłu, nie będąc jednocześnie kolejną prymitywną książką, których całe stosy już przewinęły się przez półki wszechświata. Jest to coś, co powinien przeczytać każdy fan fantastyki i nie tylko. Bo prawdę mówią, magii w niej jest tyle, ile w magicznych przedmiotach w sklepie Haxerlina. Ale pamiętajcie, nawet rzeczy które z pozoru są zwykłe, mogą mieć w sobie magię. A zawsze spośród bubli, jeśli tylko zechcemy, znajdziemy prawdziwy artefakt! I tak też jest w przypadku „Cudów i dziwów Mistrza Haxerlina”. 

Jednak prawdą jest, że przy kilku opowiadaniach miałam wrażenie, jakoby były niedokończone, co delikatnie mi przeszkadzało czytać kolejne. Cały czas myślałam co mogło być dalej. Jednak najbardziej mam za złe autorowi,(mały spojler) że pozbył się mojego ukochanego Thuza! Mam nadzieję, że w kolejnej części powróci do Haxerlina! Będzie mi bardzo brakowało jego krwawych gróźb i ciętych słów. Żądam jego powrotu.

Jestem tym zbiorem bardzo… Zauroczona? Nie, to złe słowo. Jestem w nim dziko zakochana i odkąd tylko go skończyłam pragnę więcej. Dlatego mam nadzieję, że autor stworzy kolejną część.

Za egzemplarz recenzencki bardzo dziękuję Wydawnictwu Genius Creations! To była świetna lektura, do której na pewno jeszcze nie raz wrócę!

Polecam wam kochani tę antologię z całego serca i życzę całego mnóstwa przepysznych lektur!
Marlena Marszałek  

Szablon dla Bloggera stworzony przez Devon.