Pokazywanie postów oznaczonych etykietą egzemplarz_recenzencki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą egzemplarz_recenzencki. Pokaż wszystkie posty

17.4.18

79. "Do zobaczenia w kosmosie" Jack Cheng


Ziemia jest okrągła, ale to nie znaczy, że każda podróż ma swój kres.

Bohaterem książki jest 11-letni Alex, dumny właściciel Carla Sagana – najmądrzejszego szczeniaka na świecie. Ojciec Alexa od dawna nie żyje, starszy brat mieszka daleko, a matka ma zazwyczaj „ciche dni” i sama wymaga opieki. Alex interesuje się astronomią – na swoim „złotym iPodzie” nagrywa subiektywną, żywiołową relację z życia na Ziemi, którą pewnego dnia planuje wysłać w kosmos, najlepiej w samodzielnie skonstruowanej rakiecie. Alex wyjeżdża na festiwal skupiający podobnych mu miłośników rakiet i astronomii. Ponosi wprawdzie nie jedną porażkę, ale poznaje za to ludzi, z którymi rusza w dalsza drogę, w poszukiwaniu śladów własnego ojca i nie tylko…

Jestem pewna, że nie jedno z was marzyło kiedyś o podróży w kosmos. W szczególności gdy byliśmy młodsi. Wtedy nie ograniczaliśmy się, marzyliśmy do woli, nie ważne jak niemożliwe do zrealizowania były nasze marzenia, to nie zniechęcało nas to. To było wspaniałe, mogliśmy być kimkolwiek tylko chcemy, marzyć o wszystkim i nikt nas nie sforował na nasze chodzenie z głową w chmurach. Później dorośliśmy i przestaliśmy wierzyć, przestaliśmy marzyć, a jeżeli tylko lekko się unieśliśmy do gwiazd, to zaraz zostawaliśmy brutalnie sprowadzani na ziemię. To przykre, że w naszym życiu nie ma już miejsca na tę odrobinę magii, a przecież wyobraźnia nie została nam dana ot tak, bez żadnej przyczyny, prawda? 

Wyobraźnia, marzenia, nadzieja, siła do spełnienia tych nierealnych snów, to wszystko jest naszą osnową. Szkoda, że zapominamy, że wątek, bez osnowy nie może stać się tkaniną. I dlatego się rozpadamy, przestajemy wierzyć w siebie, bo ktoś stara się na siłę przekonać nas, że nasze pragnienia nie mają sensu. Poddajemy się po pierwszej porażce i nie próbujemy ruszyć dalej. Tracimy kolory, stajemy się szarzy i ponurzy, gdy świat dookoła nas kwitnie tysiącem barw. A wystarczy spojrzeć na dziecko. I okazuje się, że dzieci mają nad nami ogromną przewagę. Mają coś, co dorośli już dawno zgubili. Są jak białe płótno, które zapełnia się kolorami nie ważne, że nie zawsze ich dobór jest doskonały. 

Sama nie do końca zdawałam sobie z tego wszystkiego sprawę. Myślałam sobie, ale przecież nie straciłam tego, wciąż jestem jak dziecko, wciąż wierzę w siebie, chodzę z głową w chmurach, oddaję się marzeniom. I dopiero, gdy sięgnęłam po "Do zobaczenia w kosmosie" Jacka Chenga, zrozumiałam jak bardzo się myliłam. Byłam niesamowicie zaskoczona, jak wiele wartości przekazuje nam ta opowieść. Historia, która na początku zapowiada się na kolejną młodzieżówkę, odkrywa swoje kolejne atuty i porusza w czytelniku struny w sercu, o których dawno zapomniał. Można się zastanawiać nad nią godzinami, co sama zresztą zrobiłam. Refleksje, które mnie dopadły gdy przeczytałam ostatnią stronę, długo nie chciały mnie opuścić. Leżałam wtedy na łóżku, gapiąc się w biały sufit, a oczami wyobraźni widziałam gwiazdy. 

"Świadomość jest lepsza od ignorancji. Lepiej jest coś wiedzieć i w najgorszym razie próbować pogodzić się z nieprzyjemną prawdą."

Nie mogło mi się to pomieścić w głowie. To, jak wiele główny bohater zrobił, byle spełnić swoje największe marzenie. Niektórzy mogliby go wyśmiać, jednak on się tym nie przejmował. Zrobił pierwszy krok, nie bał się walczyć o swoje pragnienie, nawet mimo przeciwności losu, które rzucały mu pod nogi kłody większe, niż taki młody chłopak był w stanie przekroczyć. Odnalazł przyjaciół, którzy gotowi byli zrobić dla niego wszystko, pokochali go za tę niesamowitą inteligencję, wrażliwość, mądrość kryjącą się w tym ledwo 11-letnim chłopcu. Nie raz mnie zadziwił i zastanawiałam się, skąd w nim ta siła? Wydaje mi się, że dzieci chyba po prostu tak mają i dzięki temu, są naszym największym skarbem, który za wszelką cenę musimy chronić. 

Mimo, że na lubimy czytać, książka ta zaklasyfikowana jest do gatunku literatury dziecięcej, to nie do końca jest to prawda. Może i bohater ma 11 lat, ale jest niezwykle dojrzały jak na swój wiek i nie jeden raz potrafi zaskoczyć. Przypisanie tej książki do tego gatunku, moi zdaniem jest krzywdzące, bo zmniejsza się przez to grono odbiorców. I dlatego, chcę wam powiedzieć, byście się tym nie kierowali, nie ważne czy macie 8, 12, 20, 30, czy 70 lat, jestem pewna, że każdy znajdzie tutaj coś dla siebie. Stron nie ma dużo, co jest plusem i jednocześnie historia zawiera w sobie niejedno przesłanie. Jest to idealna lektura na jeden wieczór, czyta się szybko, nie sposób się oderwać. Jest coś magicznego w sposobie narracji, nie potrafię tego do końca wytłumaczyć, ale śledzenie tej opowieści, z punktu widzenia głównego bohatera, Alexa, jest hipnotyzujące, niesamowite. Zdumiewające jest to, jak dobrze autor wczuł się w rolę 11-letniego geniusza, który za wszelką cenę chce sięgnąć gwiazd. Kompletnie się tego nie spodziewałam i jestem pod ogromnym wrażeniem. 


"Większość ludzi rezygnuje ze swoich marzeń. Docierają do pierwszej, choćby małej przeszkody i się poddają. Potem starają się niszczyć tych, którzy próbują powtarzać to, co im się nie udało."

Nie zabraknie zwrotów akcji, nieoczekiwanych zdarzeń, mnóstwa emocji, które przeszyją serce na wskroś, a także łez, w momencie gdy wszystko się zawali. Ja sama czytałam w środku nocy, podczas maratonu czytelniczego, z zapartym tchem, nie potrafiąc się oderwać. To przepiękna opowieść, która zasługuje na to, by poznało ją jak najwięcej osób. Mamy tutaj nie tylko wątek walki o marzenia, ale także choroby psychicznej, niesamowitej przyjaźni między chłopcem a psem, a także powstawania i walki o swoje, mimo osiągniętej porażki. Życie Alexa nie jest proste a wszystko zamiast się rozwiązać i dobrze zakończyć, tylko się komplikuje. Nie zdradzę wam wszystkiego, ale te ledwie 284 strony są przepełnione magią, czyta się tę opowieść z uśmiechem na twarzy i mętlikiem w głowie, po jej zakończeniu. Ta książka jest po prostu niesamowita i można ją interpretować na wiele sposobów, zależy to od czytelnika. Jest to prawdziwa, przepełniona wrażliwością i wiarą opowieść o dążeniu do spełnienia swoich marzeń. I nie tylko, ale o tym musicie się już sami przekonać. 


Mogłabym o niej pisać godzinami i coś czuję, że nie zabrakło by mi słów. Jednak, pozwólcie, że tak was pozostawię. Sami zdecydujcie czy chcecie przeczytać "Do zobaczenia w kosmosie". Dajcie jej szansę, a na długo zajmie miejsce w waszym serduchu. Rozgrzeje je i na nowo zapali iskierkę nadziei i wiary. Ja ze swojej strony bardzo polecam! 

Pozdrawiam i życzę miłego dnia! 
Marlena Marszałek




16.4.18

78. "Anatomia skandalu" Sarah Vaughan


Jeden mężczyzna oskarżony o zbrodnię. I trzy kobiety, w których rękach spoczywa jego los.
Ta historia powinna trafić na pierwsze strony gazet.
Ostra i trzymająca w napięciu powieść o skandalu wśród brytyjskich elit oraz o kobietach, które muszą walczyć o prawdę.
Anatomia skandalu stopniowo odkrywa historię małżeństwa z wyższych sfer, które staje w obliczu kryzysu.
James – kochający mąż, świetny tata, wzięty polityk – zostaje oskarżony o przestępstwo.
Jego żona Sophie wierzy, że jej mąż jest niewinny, i desperacko próbuje chronić rodzinę przed kłamstwami, które mogłyby ich zniszczyć.
Prawniczka Kate jest przekonana o winie Jamesa i chce, by za nią zapłacił. Za wszelką cenę dąży do jego ukarania.
I jest jeszcze przyjaciółka Kate, niepozorna Alison, która odkrywa pewien mroczny sekret z przeszłości. Tajemnicę łączącą wszystkie osoby uwikłane w skandal…

Myślałam, że nie jestem jakąś szczególną fanką powieści, w których przewija się prawo, bo w realnym życiu niekoniecznie mnie to interesuje. Nie zagłębiam się w politykę, w rozprawy sądowe, a jedyny serial, który śledziłam, o takowej tematyce, to był paradokument "Sędzia Anna Maria Wesołowska". Nic więcej, nic ponadto. Siedziałam zazwyczaj z babcią i razem oglądałyśmy. Oprócz tego, nie sięgałam nigdy po takie tematy. Nie ważne jak bardzo wychwalane były filmy, książki czy seriale, ja po prostu omijałam je szerokim łukiem, sięgając raczej po fantastykę, czy typowe młodzieżówki. Nie ukrywam i nigdy tego nie ukrywałam, że zazwyczaj nie ciągnie mnie do literatury dla dorosłych, a przecież jestem już jedną z nich, czy tego chcę, czy nie. Mam w sobie coś z dziecka, no dobra, jestem dzieckiem, a 20 urodziny zbliżają się do mnie coraz szybciej, co mnie przeraża. Nie jestem jakąś ogromną  entuzjastką, jeśli chodzi o tematykę gwałtów, można powiedzieć, że nie szkodzą mi one, ale ze względu na moją niezbyt rozwiniętą dojrzałość, unikam tego prawie niczym ognia, choć bardziej pasuje tutaj, prawie niczym pająków. Więc, myślałam, że nie jestem szczególną fanką, okazało się, że jednak jestem. I było to dla mnie zaskoczeniem.

Postanowiłam przełamać się i przeczytać "Anatomię skandalu" choćby nie wiem co, nie tylko dlatego, że w pewnej chwili zrobiło się o niej niesamowicie głośno, gdzie nie spojrzałam każdy się nią zachwycał i moja wrodzona ciekawość powiedziała mi, bierz się za tą książkę, daj jej szansę, ale także dlatego, że chciałam wyjść poza swoją strefę komfortu. Czy pożałowałam swojej decyzji? A może wręcz przeciwnie? No cóż, odpowiedź znajduje się gdzieś pośrodku. 

Nie jest to dla mnie proste, by opisać wam tę powieść. To już moje któreś z kolei podejście i wciąż mam problem jak ująć to w słowa. Więc z góry przepraszam za nieścisłości, gubienie wątku i inne tego typu rzeczy. Jest to ten typ powieści, o którym ciężko się opowiada. Porusza ona bardzo kontrowersyjne treści, szokuje, wzbudza mnóstwo emocji, działa bardzo mocno na czytelnika. Ale gdy przyjdzie cokolwiek o niej opowiedzieć, to jakoś tak w momencie brakuje słów i rozpoczyna się ogromna walka z własnym umysłem (nie no, alem napisała, za dużo Gry o Tron), o kolejne słowa, które nie chcą się pojawić. Co wam mogę powiedzieć o tej powieści? Początki z nią były trudne i nijakie. Mamy tutaj trzy postacie, które są najważniejsze, trzech głównych bohaterów i jedną historię, która połączyła każdego z nich. A niektóre połączenia powstały o wiele wcześniej, niż się tego spodziewaliśmy. Każde z bohaterów skrywa swoje tajemnice, które tak naprawdę odkrywamy na samym końcu i to one robią na nas największe wrażenie, podnosząc opinię po trudnych początkach z tą powieścią.

Wciągnięcie się w tą powieść przyszło mi z ogromnym trudem. I to nie dlatego, że jest napisana niezrozumiale, bo tak nie jest. Całość, mimo kręcenia się w świecie prawa, jest napisana bardzo przystępnym językiem, nawet laik bez problemu by sobie z tym poradził, bez problemu wszystko zrozumiałam. Chodzi raczej o to, że wiało od niej nudą, czytałam, odczuwałam jakąś tam przyjemność z jej czytania, ale nudziła mnie jej monotonność, po wielu bardzo emocjonujących powieściach, było to dla mnie coś dziwnego, potrzebowałam solidnego kopa, czegoś co zwali mnie z nóg. I nic. Nie było tego. Co prawda, później się to zmieniło, ale mniejsza, jeszcze o tym wspomnę. Tutaj akcja nie pędzi, ta książka nie sprawia, że serce bije nam szybciej, oprócz dwóch, czy trzech razów. Tutaj wszystko jest spokojne, powoli, powoli autorka idzie wykreśloną na początku ścieżką, do celu, który sobie wcześniej ustaliła. I to czuć w tej powieści. Nie twierdzę, że brak jej polotu, twierdzę że początek aż raził brakiem pasji, albo tylko ja jej nie czułam.

Na początku miałam wrażenie, że Sarah Vaughan pisała tę książkę na siłę. Brakowało mi tej iskry, a sposób prowadzenia historii też nie był jakoś szczególnie wciągający. Czytałam, przewracałam strony, a myślami byłam całkiem gdzie indziej. Po przeczytaniu opisu nie mogłam doczekać się, aż poznam zawartość, bo całość zapowiadała się naprawdę genialnie. I odrobinę się zawiodłam. Nie potrafiłam wgłębić się w ten całkowicie inny dla mnie świat i przez pierwsze 150 stron bardzo się męczyłam. Było to dla mnie coś nowego, z czym nigdy wcześniej nie miałam do czynienia i dlatego też bardzo sceptycznie do tego podeszłam. 

Wiem, że póki co, to jedynie krytykuję. Mogliście tak to odebrać, a tutaj was zaskoczę. Źle myślcie ;) Akcja może nie pędzi jak szalona, powoli ale idzie do celu, nigdzie nie zbacza, nie ma tutaj odciągających nas od meritum wątków pobocznych, a sam cel jest naprawdę zaskakujący, nawet mimo tego, że przecież znamy go od samego początku. A gdy pani Sarah się rozkręci, a na jaw wyjdą kolejne fakty, kolejne przerażające zdarzenia, to nie jedna szczęka opadnie i dotknie podłogi. Wcześniej wspomniana przeze mnie monotonność jest minusem jedynie z początku, później sprawia ona, że gdy już wsiąkniemy w tę powieść, to każde kolejne zdanie będzie ogromną przyjemnością, a całość swoistym guilty plesure, nie ważne, że tematyka raczej tego nie zwiastuje. Mamy tutaj niesamowicie wyrazistych bohaterów, trudny proces, którego rozwiązania nie przewidzicie do ostatniej strony, a także zdarzenia, które wywrą na nas wiele emocji i to niekoniecznie tych dobrych.

W ogólnym rozrachunku całość prezentuje się  naprawdę dobrze i bardzo miło wspominam całość. Książka ta wzbudziła we mnie ogrom emocji, co mnie zaskoczyło. Zszokowała mnie, wbiła w fotel i wzbudziła uczucia, których się kompletnie u siebie nie spodziewałam. W pewnych momentach krzyczałam w myślach, byłam pełna  nienawiści, złości, kłębiły się one we mnie i nie mogły znaleźć ujścia. I to wszystko z winy głównego oskarżonego w sprawie, której postęp tutaj obserwujemy. Błagałam w myślach, by ktoś go z łaski swojej zamordował, czy coś. I wściekłam się jeszcze bardziej, gdy w autorka na ostatnich stronach powieści, zaskoczyła mnie tym co zrobiła. Oj, początki były nijakie, ale później, ogrom emocji który "Anatomia" we mnie wzbudziła mało co mnie nie rozsadził.

Przeczytanie tej książki, trochę czasu mi zajęło. Nie było to łatwe, ale dałam radę i kurcze, naprawdę niesamowicie mi się podobało! Nie było idealnie, bardzo łatwo zgubić się i po prostu odpuścić sobie tę książkę, jednak mimo tych wad, wydaje mi się, że warto sięgnąć po tę książkę, w szczególności, jeżeli taka tematyka jest czymś co was, że tak to ujmę, jara. Mnie to nie ciągnęło, do chwili gdy przeczytałam ostatnią stronę. Niesamowicie podoba mi się to, jak mocno wgłębiamy się w sprawę, została ona rozłożona na najdrobniejsze części i każda po kolei jest dokładnie i wnikliwie badana. Nic nie zostaje tu pominięte, nawet rzeczy, które z pozoru nie są z tą sprawą związane. Poznajemy przyczynę pewnych zachować, nikt nie jest tutaj zły bez powodu. Ani dobry. Całokształt jest bardzo fascynujący i pozostawia po sobie coś więcej.

Jeżeli dawałabym książkom oceny, to tą oceniłabym na 7/10. Była ona dobra, jednak czegoś tutaj zabrakło. Z mojej strony to tyle, sami zdecydujcie, czy chcecie ją przeczytać czy nie. Życzę wam miłego dnia!
Marlena Marszałek

2.4.18

77. "Okrucieństwo" Scott Bergstrom


Dosyć długo mnie tutaj nie było, ale już powracam i szykujcie się na naprawdę ogromny spam postami. Oczywiście, postaram się by spam ten, tak naprawdę spamem nie był i zawierał merytoryczne treści, które będzie się wam przyjemnie czytało, a i wniosą coś do waszego życia. Nawet jeśli tylko na kilka chwil ;) Także, bez zbędnego gadania, a mam do tego naprawdę ogromne predyspozycje i ciągoty, przejdźmy do meritum. Dziś chcę wam opowiedzieć o książce, o której w sumie było cicho, co jest dla mnie kompletnie nie zrozumiałe, bo zasługuje ona na rozgłos. Przeczytałam ją jakiś czas temu i przez  mój brak czasu, leżała na powiększającej się kupce książek do recenzji. Już dawno chciałam wam o niej co nieco napisać, ale za każdym razem gdy się za to zabierałam, to coś mnie od tego odciągało. To brak weny, bo wbrew pozorom jest ważne przy pisaniu opinii, wołanie mamy, żebym coś pomogła w domu, lub spowodowana zimową aurą senność i otępienie. 

Nadeszła wiosna, słoneczko cudownie świeci, dzień jest dłuższy i jakoś tak inaczej się człowiek czuje. Aż nie do wiary, ile może zrobić odrobina słońca. Niestety, nie wolno mi wyjść na słońce i wygrzewać się w jego promieniach ze względu na świeży tatuaż na łydce, ale jego energia i tak do mnie dociera. To niesamowite uczucie, pojawia się głupawka, humor od razu jest lepszy. Uwielbiam ten stan. 

Ah, tak. Recenzja... Miałam się nie rozgadywać. To wynik kawy i słońca, możecie mi uwierzyć. Postaram się napisać krótko ale z sensem. Zauważyłam, że długie posty (np. 1500 słów) wam nie podchodzą i są męczące, więc postaram się streścić w około 1100. I oczywiście nie zapomnę o zdjęciach, są one bardzo ważne w tego typu postach. 

Gwen Bloom mieszka tylko z ojcem, pracującym w Biurze Bezpieczeństwa Dyplomatycznego. Często podróżuje z nim po świecie, dzięki czemu mówi pięcioma językami i potrafi przetrwać z najbardziej niezbędnym bagażem. Poza tym jest niezłą gimnastyczką i uczy się w nowojorskiej szkole dla dzieci bogaczy i dyplomatów. Jej życie wywraca się do góry nogami, kiedy ojciec znika bez śladu podczas misji w Europie. A córka dowiaduje się, że był agentem CIA.

Oficjalne poszukiwania kończą się fiaskiem. Dziewczyna nie przyjmuje tego do wiadomości i postanawia, że sama odnajdzie ojca. Zmienia tożsamość i rozpoczyna własną krucjatę. Staje się twardą młodą kobietą, wymierzającą sprawiedliwość. Tropy prowadzą ją do paryskich slumsów, nocnych klubów Berlina i wreszcie do siedziby mafijnej rodziny w Pradze. Gwendolyn wie, że aby przeżyć, musi być równie okrutna i bezwzględna jak gangsterzy, na których poluje.

Ta powieść była dla mnie ogromnym zaskoczeniem. I nie mam zamiaru tego ukrywać. Zaskoczyła mnie tak bardzo, bo po prostu nie spodziewałam się tak przyjemnej lektury, która pochłonie mnie na wiele godzin. Nawet mimo upływu czasu, wciąż doskonale pamiętam wszystkie wydarzenia po kolei, pamiętam co czułam podczas czytania, pamiętam wszystko. I wiem, że "Okrucieństwo" mimo swej powtarzalności, jest książką wyjątkową i jedną z tych po które warto sięgnąć, nie tylko dla pędzącej akcji, która niesamowicie wciąga, nie tylko dla dreszczyku i intrygującego wątku szpiegowskiego, ale w szczególności dla głównej bohaterki i jej przemiany. 

Fabuła jest prosta, wydaje się nie być wymagająca. Mamy tutaj dziewczynę, której ojciec zostaje porwany i znika bez śladu, a dziewczyna postanawia ruszyć mu na ratunek. A nie jest to łatwa droga. Nikt z nas nawet nie chce sobie wyobrazić bycia w takiej sytuacji. Trzeba mieć naprawdę silny umysł i wolę, a także być niesamowicie odważnym, by podjąć się takiej misji, która nie ukrywajmy, może okazać się misją samobójczą. Jednak Gwen nie poddaje się, ma silny charakter, który na początku nie daje o sobie znać, a jedynie jego przebłyski dają jej siłę, by wziąć tę sprawę w swoje ręce. Oprócz ojca nie ma nikogo i kocha go z całego serca, więc miłość również mogła być motorem, silnikiem, który po wybudzeniu i odpaleniu, sprawił że mimo wybojów, dziewczyna wciąż parła przed siebie. 

To było dla mnie naprawdę zaskakujące. Kocham swoich rodziców i nie mówię, że nie ruszyłabym im na ratunek, gdyby stało się coś takiego, ale pewnie bym się przełamała i nie dałabym rady, po prostu odpuściłbym i wróciła do swojego pokoju z podkulonym ogonem i złamanym na pół sercem. Człowiek jest istotą słabą, która boi się stracić życie. A może tylko ja tak mam? Może i znajdą się jednostki, które w prawdziwym życiu są prawdziwym kozakami i potrafią bez problemu przełamać strach? Chciałabym tak potrafić, bo co jak co, wydaje mi się to niesamowicie ważną umiejętnością.


Nie będę wam wiele opowiadać o Gwen i innych bohaterach, bo każdy z nich jest wyjątkowy, mocno się wybija i wnosi dużo do tej powieści. Dlatego też, opowiadanie o nich, mogłoby uszczuplić wam przyjemność z ich poznawania. A tego nie chcemy, prawda? Hahahaha, jak tak teraz patrzę na tę książkę, to strasznie korci mnie by jeszcze raz ją przeczytać, co bardzo rzadko się u mnie zdarza. Jestem raczej z tych czytelników, co przeczytają książkę, odkładają ją i nigdy więcej do niej nie wracają. W tym przypadku jest inaczej. Ta książka była świetna i te ponad 400 stron czytało mi się szybko i lekko. Wciągnęłam się niesamowicie i wprost nie mogłam się oderwać.


Co do wydania, to bardzo mi się podoba. Okładka, która oddaje genialny środek, do tego duże litery, które nie męczą oczu i dzięki którym czyta się łatwiej i szybciej. Wydawnictwo Bukowy Las zrobiło doskonałą robotę także przy wyborze powieści, bo "Okrucieństwo" jest po prostu genialną książką! Dynamiczna akcja, idealnie wyważona tak by nie męczyć czytelnika a wręcz przeciwnie, świetnie wykreowana bohaterka, wszystko jest tutaj dopięte na ostatni guzik. Scott Bergstrom ma talent do pisania wciągających, dynamicznych powieści, które mają w sobie coś takiego, co długo nie pozwala o nich zapomnieć. I do tego nie zapomina o tym, że książka przede wszystkim powinna wzbudzać w czytelniku emocje, powinna angażować go nie tylko fizycznie, ale co najważniejsze psychicznie! Co prawda, było tego tutaj za mało, ale było, co jak dla mnie jest ogromnym plusem. 

Często spotykam się z książkami, które czytam i odkładam, jak robot, zero podwyższonego ciśnienia, zero łez, emocji, ah, czegokolwiek! I to nie tak, że jestem bez uczuć (no, może odrobinkę), po prostu wiele książek nie ma mi tego do zaoferowania. W tym przypadku było inaczej i bardzo mocno przejęłam się historią Gwen, dopingowałam jej, drżałam gdy działo się coś złego, nie mogłam doczekać się rozwiązania. A końcówka, no cóż, mam nadzieję, że kolejny tom wyjdzie jak najszybciej, bo nie mogę doczekać się ciągu dalszego. 

Mimo, że jest to tak naprawdę początek historii (nie wiem ile będzie tomów, ale kolejny wyjdzie na pewno, o czym bardzo jasno świadczy zakończenie), to nie jest to powieść, która jedynie wprowadza nas w fabułę. Tutaj się dzieje, nawet przez moment nie jest nudno, a główna bohaterka wiele razy nas zaskakuje. Jej portret się zmienia, a obserwowanie tej przemiany jest bardzo satysfakcjonujące. Nic nie jest dla niej proste, jednak nie poddaje się. Szkoda, że nie jestem bohaterką książki, do której ktoś dopisze szczęśliwe zakończenie. 

Mogę wam polecić tę książkę z czystym sumieniem. Jeżeli szukacie czegoś bardzo młodzieżowego, co jednocześnie nie będzie kolejną płytką historią, to "Okrucieństwo" jest właśnie dla was. Warto po tę książkę sięgnąć  i zagłębić się w tę historię, bo jest niesamowicie wciągająca i po prostu świetnie napisana. Ja, bardzo się cieszę, że miałam możliwość ją przeczytać i z niecierpliwością czekam na kolejny tom. 

8.3.18

76. "Szpilki za milion" Izabela Szylko - miało być fajnie, wyszło jak zwykle

Myślałam, że książka ta będzie miłym zaskoczeniem i będę się bawić przy niej bardzo dobrze. Zapowiadana jako naprawdę świetna komedia kryminalna, zdobyła dosyć dobre opinie, okazała się jednak być całkowitym przeciwieństwem tego, czego się po niej spodziewałam. A jako, że chcę być z szczera, to nie zostawię na niej suchej nitki, bo po prostu nie zasługuje ona na waszą uwagę. I niejedna osoba, która ją przeczytała, może to potwierdzić. 

Naprawdę nie lubię pisać takich opinii. Zawsze staram się być obiektywna i tutaj również postaram się taka być, jednak to naprawdę nie jest proste, w szczególności gdy emocje targają umysłem i przesłaniają grubą watą próby racjonalnego i konstruktywnego myślenia. Nie będę owijać w bawełnę, powiem wam już teraz, że ta książka, to jakaś porażka.

Uczciwy złodziej, perfidna celebrytka i oszukany kochanek – to musi być mieszanka wybuchowa!  Jacek Sparowski tego samego dnia traci pracę, dziewczynę i dach nad głową. Kiedy wynajmuje pokój u ciotki przyjaciela i zostaje zatrudniony w nowej firmie, wydaje się, że pech wreszcie przestanie go prześladować. Ale prawdziwe kłopoty dopiero się zaczynają. Lola Marini – polująca na bogatego męża celebrytka, prywatnie była żona Sparowskiego, która kiedyś perfidnie go wykorzystała – planuje szalony przekręt mający jej przynieść fortunę. Na dodatek zabójczo atrakcyjna i wyrachowana Lola chce wrobić w tę aferę przyjaciela Jacka.  

Jacek postanawia więc go ratować, a przy okazji wyrównać rachunki ze swoją byłą żoną. Zaczyna się walka z czasem, mnożą się niespodzianki, a zagadek do rozwiązania wciąż przybywa. Jak przechytrzyć oszustkę, kiedy największym przeciwnikiem jest własna uczciwość? W tym niełatwym zadaniu pomaga bohaterowi jego gospodyni – emerytowana policjantka, dla której przejście na ciemną stronę mocy również staje się życiowym wyzwaniem.  Dość szybko okazuje się, że w tym wyrafinowanym przekręcie bierze udział ktoś jeszcze, a główną rolę w komedii pomyłek odgrywają… drogocenne szpilki.

Całość zaczęła się dosyć ciekawie, mamy tutaj bardzo mocno wyróżniające się postaci, które popadają ze skrajności w skrajność, dzięki temu naprawdę bardzo łatwo jest na ich rozróżnić i zdobywają naszą sympatię, bądź wbrew przeciwnie. Każdy z nich ma tutaj swoje miejsce i nie wydają się być wrzuceni od tak, jako wypełniacz. Więc co do stworzonych przez Izabelę Szylko postaci, naprawdę nic nie mam. Ich nazwiska są bardzo, hmmm, wyjątkowe, w szczególności imię i nazwisko głównego bohatera, które od razu skojarzyło mi się z pewnym piratem, granym przez Johnny'ego Deppa. Jacek Sparowski - Jack Sparrow. No niestety, Jacek nie jest tak interesującym bohaterem jak nasz ukochany pirat. Niby coś tam się stara zrobić, ale jest strasznie nieporadny w swoich czynach, irytuje, a jedynie jego opowieści o wcześniejszym życiu naprawdę mnie zainteresowały. 

Co do reszty bohaterów, to uważam że zostali troszkę lepiej wykreowani niż Jacek, mają również więcej charakteru, np. Lola Marini, czy Józefina Żbik, którą niesamowicie polubiłam, bo miała w sobie to coś, była bardzo intrygującą i tajemniczą osobą. 

Jednak, co do fabuły i akcji (której tutaj nie ma, naprawdę), to jestem bardzo zawiedziona. Te 350 stron było dla mnie mordęgą. Naprawdę oczekiwałam więcej akcji, czegoś co podniesie mi ciśnienie i sprawi, że nie będę mogła się oderwać. No niestety, pomysł był dobry, a runął jak domek z kart, przez tragiczne wykonanie. Od początku do końca wieje nudą, a oczy same się zamykają, nie mogąc tego znieść. Jak dla mnie za dużo opisów, za mało akcji. Cała historia naprawdę miała potencjał, ale nie udało się. Może jeszcze nie dojrzałam do tego typu powieści. Jednak z drugiej strony, tutaj naprawdę nie ma do czego dojrzewać. Język jest prosty, nieskomplikowany jak sama fabuła, czyta się lekko i pokuszę się o określenie, przyjemnie, ale brakło tutaj jakieś ikry, iskry która wywołałaby jakiekolwiek emocje w czytelniku. 

Uwierzcie mi, że jestem naprawę zawiedziona, bo zanim przeczytałam tę książkę, widziałam kilka naprawdę pozytywnych i pochlebnych opinii i naprawdę chciałabym polecić tę książkę. Czego po prostu nie mogę zrobić, bo to strata czasu, w którym moglibyście przeczytać coś lepszego. Miało być genialnie, śmiesznie i wciągająco, miałam się śmiać, uśmiechać, książka miała mi poprawić humor, po "Present perfect", które złamało moje serducho. A czytając ją czułam tylko smutek, zażenowanie i pustkę. Sięgnęłam po nią bardzo chętnie, miałam duże oczekiwania i zawiodłam się. Uwierzcie mi, że moje wymagania jeśli chodzi o humor, nie są jakieś ogromne. Bardzo często śmieję się z głupot, a jednocześnie te nawet najbardziej wysublimowane żarty są dla mnie czymś co lubię. I do tego uwielbiam czarny humor. Uwielbiam komedie i kryminały. To miało być połączenie perfekcyjne. 

Nie uśmiechnęłam się ani razu. Nie mówię już nawet o śmianiu się. Naprawdę, ani razu. Na początku myślałam, że to ze mną jest coś nie tak, ale jak spytałam koleżanki, czy też tak miała, to potwierdziła, że tak. Ta książka w nas obu nie wzbudziła żadnych pozytywnych emocji, chyba że zalicza się do tego ulga, że już się skończyła. Wiem, jadę po tej książce niemiłosiernie, ale to po prostu są moje odczucia wobec niej. Broń Boże, nie zabraniam wam sięgnąć po nią, macie przecież wolną wolę, ale ostrzegam was, że grono osób, którym przypadnie ona do gustu, raczej nie jest zbyt szerokie. 

No co ja mogę jeszcze o niej powiedzieć? Jakieś zalety? Ciekawi bohaterowie, których raczej nie spotkacie w innych książkach (w sensie wyjątkowi), co prawda na instagramie pisałam, że są płaskie i nijakie, jednak po zastanowieniu się, trochę zmieniłam zdanie, i puenta, która była dla mnie zaskoczeniem i ociepliła moje myślenie o tej książce, podnosząc jednocześnie jej ocenę z 5/10 na 6/10. Do tego wydanie jest prześliczne i bardzo mi się podoba, chociaż nie jestem fanką różowego, to jeśli chodzi o tę oprawę, to naprawdę cieszy oko!

Ta książka jest dla mnie naprawdę twardym orzechem do zgryzienia. Miało być świetnie, a wyszło jak wyszło. Całość jest nudna, bezsensowna, absurd goni absurd, jedynie puenta ją uratowała i wyżej wspomniane postacie. Kompletnie nie potrafiłam się w nią wkręcić, była ona dla mnie bardzo monotonna, bez polotu, nijaka. Jednak, czytałam o wiele gorsze książki niż ta, dlatego nie oceniam jej tak surowo. Miało być lekko, jest lekko. Jako mało wymagające czytadło sprawdza się dobrze, ale nie można od niej oczekiwać zbyt wiele. A decyzja czy przeczytać, czy nie, sądzę że zależy od was. Każdy ma inny gust i może akurat się wam ona spodoba. Mi niestety do gustu nie przypadła i raczej szybko o niej zapomnę.

Pozdrawiam was serdecznie i życzę miłego dnia
Marlena Marszałek

23.2.18

74. "Łowca czterech żywiołów" Agata Adamska


Nie ma co ukrywać, od "Łowcy czterech żywiołów" oczekiwałam naprawdę wiele, wprost nie mogłam się doczekać tej książki, bo przewijała mi się praktycznie wszędzie gdzie spojrzałam. Zresztą, już sam fakt, że autorka jest Polką, był dla mnie jednym z ważniejszych powodów, by zapoznać się z tą powieścią. Czy książka spełniła moje oczekiwania? Czy jest ona warta uwagi? A może wręcz przeciwnie? Na te pytania, może nie dosłownie, ale odpowiem wam w dzisiejszej opinii. Postaram się jak najbardziej streścić, bo nie chcę zdradzić wam zbyt wiele, albo was zanudzić, a wiem, że często mi się to zdarza. "Łowca" jest pierwszym tomem cyklu "Legenda o Seantrze" i jednocześnie debiutem autorki. I tu pojawia się pytanie, czy jest to debiut, po który warto sięgnąć i który na dłużej zostanie w głowie?

Idąc na test zdolności magicznych, Aeryla Valnes jest przekonana, że okaże się, iż podobnie jak jej rodzice nie posiada żadnych predyspozycji. Jakiż szok przeżywa, gdy okazuje się, że ma niespotykane umiejętności panowania nad wszystkimi żywiołami. 

Opis z tyłu książki nie mówi nam wiele i to moim zdaniem bardzo dobrze, bo dzięki temu kompletnie nie wiemy czego się spodziewać. I choć niektórych może to razić, mówię oczywiście o tej oszczędności jeśli chodzi o opis, to ja sądzę, że za dużo też nie można wiedzieć ;) A czasami się zdarza, że zawiera on streszczenie całej książki i zanim ją przeczytamy, już wiemy za wiele. Oj, zdarzało się tak wiele razy. Ale mniejsza z tym. Przejdźmy dalej. 


Tak jak już wcześniej wspominałam, miałam wobec niej naprawdę ogromne oczekiwania. Nie powiem, że oczekiwałam powieści na miarę np. Harry'ego Pottera, czy Dworów, bo naprawdę ciężko im dorównać, ale czegoś co naprawdę mi się spodoba i na długo zostanie w mojej głowie. Co prawda, została w niej, bo choć przeczytałam ją w tamtym roku, to wciąż pamiętam co tam się działo, pamiętam moje odczucia i emocje, które we mnie wzbudziła, dzięki czemu jestem w stanie napisać tę opinię, bez większych problemów. Jednak, niestety, pamiętam też te rzeczy, które mojej oceny nie podniosą, a wręcz przeciwnie. Nie mówię, że książka była zła. Jednak bardzo wiele jej brakowało, co mam nadzieję, zostanie przez autorkę naprawione w przypadku kolejnego tomu, na który czeka z niecierpliwością. Już sam tytuł  tej książki, naprawdę bardzo mnie zaciekawił i bardzo chętnie po nią sięgnęłam (mhm, książka czekała na mnie jakiś czas i na recenzję również), przeczytałam ją szybko i z przyjemnością. Ale nie mogłam wyjść z wrażenia, że coś tu jest nie tak i czegoś tutaj brakuje. Ale nie jestem w stanie jasno określić czego. 

Słyszałam o tej książce naprawdę dobre opinie, na samym lubimyczytać.pl ma ona ocenę 7/10, więc to bardzo dobrze, aż przebierałam nogami z radości, gdy autorka mi ją wysłała. Jednak później to podekscytowanie opadło i książka czekała, hmm 4 miesiące na przeczytanie. I kolejne dwa na opinię. Sama nie wiem dlaczego tak jest, bo nie było to coś, o czym chciałam zapomnieć, bo naprawdę wsiąknęłam w ten świat i chętnie przeczytałabym kolejne tomy. Więc dlaczego? Na to pytanie nie jestem w stanie odpowiedzieć, bo po prostu nie mam pojęcia. Ale najważniejsze, że w końcu wzięłam się w garść i w końcu do niej usiadłam. 

Nie zdradzę wam za wiele, bo jeśli chodzi o fabułę, to skrywa ona w sobie wiele smaczków i sądzę, że przy moim rozpisywaniu się mogłabym przez przypadek powiedzieć za dużo i zniszczyć wam przyjemność z zapoznania się z tą książką. Mogę powiedzieć jedynie tyle, że jeśli chodzi o historię, to jest naprawdę ciekawa, a świat stworzony przez panią Agatę, choć nie doskonały, to zachwyca i bardzo łatwo w niego jest w niego wsiąknąć i sobie go wyobrazić. Akcja, chociaż moim zdaniem odrobinę za wolna, to jest naprawdę satysfakcjonująca  i daje czytelnikowi to, co dobra książka powinna dać. Nie brakuje magii, walki, humoru, klimatu i tajemnicy która dręczy aż do ostatniej strony. A także bohaterów, którzy dodają całości smaczku, w szczególności główna bohaterka Aeryl Valnes, która nie daje sobie w kaszę dmuchać i pewien irytujący elf, który nie raz swoim zachowaniem sprawił, że nie mogłam powstrzymać uśmiechu, który nie zawsze świadczył o rozbawieniu, a o zażenowaniu.



Jeśli chodzi o kreację świata, pomysł na fabułę i bohaterów, to autorka poradziła sobie naprawdę dobrze i zaskoczyła mnie tym. Również jej pióro jest naprawdę dobre, w szczególności jak na pierwszą powieść. Jednak, mimo tego, że całość czyta się lekko i przyjemnie, a książka liczy sobie ledwo 330 stron, to miałam pewne trudności z przebrnięciem przez nią. Nie mylcie tego słowa (przebrnięcia), z przedzieraniem się przez bagno, wiem że mogło tak to zabrzmieć. Chodzi mi raczej o to, że zdarzały się momenty, że naprawdę byłam zdziwiona i nie mogłam ruszyć dalej. I to przez to, że mimo iż książka z Harry'm Potterem nie ma nic wspólnego, oprócz faktu że pojawia się w obu książkach magia, to jakoś nie mogłam pozbyć się wrażenia, że bardzo mi wyżej wspomnianą historię o chłopcu z blizną na czole, ta książka przypomina. I niestety, teraz nie jestem wam w stanie powiedzieć skąd to odczucie.

"Łowca czterech żywiołów" bardzo mi się podobał, jednak czegoś tutaj zabrakło. Pomysł jest naprawdę interesujący i jeśli autorka dobrze poprowadzi opowieść w kolejnych tomach, to może to być cykl naprawdę wart uwagi, który na długo zapadnie w pamięć. Jednak, nie da się nie zauważyć, że jest to debiut i autorka dopiero się rozwija. Zdarzają się dłużyzny, momentami jest nudno, czasami irytująco, co wpływa na całokształt, ale jednak całość odebrałam naprawdę dobrze i wiem, że pani Agata skrywa w sobie ogromny potencjał, którego w pełni nie udało się jej tutaj wykorzystać. Ale jeśli się postara, a na pewno tak będzie, to sądzę, że w kolejnych tomach ujrzymy jak autorka rozkwita. Mam naprawdę ogromną nadzieję, że tak się stanie. Czytało mi się naprawdę przyjemnie, bardzo spodobała mi się ta historia. A po kolejne tomy sięgnę na pewno! 

Jeśli szukacie lekkiej powieści, którą przeczytacie w jeden wieczór i z ciepłem na serduchu odłożycie na półkę, to "Łowca czterech żywiołów". Książka ta nie raz was zaskoczy i choć na długo w głowie nie zostanie, to na pewno wzbudzi w was wiele emocji. Myślę, że mogę ją wam polecić, bo jest to coś innego a takich książek, na naszym rodzimym, polskim rynku nie ma wiele (w sensie napisanych przez rodzimych autorów) i jest ona naprawdę ciekawym doświadczeniem! A do tego okładka naprawdę cieszy oko! 

Pozdrawiam i życzę wam wspaniałego dnia!
Marlena Marszałek

15.2.18

73. "Przełom" Michael C. Grumley - recenzja


Zapraszam dziś was na recenzję książki od Wydawnictwa NieZwykłego. Normalnie nie pisałabym wam tego na początku, ale tym razem, wbrew pozorom, ma to duże znaczenie. A dlaczego? Gdy poznałam to wydawnictwo, na samym początku ich kariery wydawniczej, to bardzo spodobała mi się jego nazwa. Już sama ona sprawia, że w jakiś sposób, chcemy mu zaufać i przekonać się, czy jest ona adekwatna jeśli chodzi o książki. Nie mogłam się doczekać, aż sięgnę po wydane przez to wydawnictwo książki. Od razu obdarzyłam ich pełnym zaufaniem i aż zacierałam ręce, oczekując na ich debiut wydawniczy "Terapię" Kathryn Perez. Jeśli czytaliście moją opinię na temat tej powieści, to wiecie, że była ona strzałem w dziesiątkę. Niesamowicie mi się podobała i byłam pod naprawdę ogromnym wrażeniem. 

I dlatego też, bez wahania sięgnęłam po kolejną książkę wydaną przez to niezwykłe wydawnictwo. Nawet przez sekundę nie wątpiłam, że czeka mnie coś wyjątkowego, że czegoś takiego jeszcze nigdy wcześniej nie czytałam. I się nie myliłam. Wydawnictwo bardzo dba o to, by ich książki były jedyne w swoim rodzaju i by na długo zostawały w pamięci czytelnika. "Przełom" Michaela C. Grumleya już za mną, przede mną "Present perfect" Alison G. Bailey, jednak już teraz mogę powiedzieć, że jak na nowe wydawnictwo radzą sobie naprawdę doskonale, a ich pomysł na siebie jest po prostu perfekcyjny. 

W głębinach Morza Karaibskiego, atomowy okręt podwodny w tajemniczych okolicznościach zostaje nagle zmuszony do przerwania swojej misji. Na jaw zaczynają wychodzić niezwykłe fakty, a ich tropem śledczy, John Clay, dociera do niewielkiej grupy biologów morskich, która niepostrzeżenie znalazła się o krok od historycznego odkrycia. 

Z pomocą potężnego systemu komputerowego, Alison Shaw i jej zespół szykują się do przetłumaczenia pierwszego dialogu z drugim pod względem inteligencji gatunkiem na kuli ziemskiej. Dowiadują się jednak od swoich delfinów znacznie więcej, niż kiedykolwiek się spodziewali, kiedy na dnie oceanu odkryty zostaje tajemniczy obiekt – obiekt, który nigdy nie miał zostać odnaleziony.

Alison była pewna, że już nigdy nie zaufa wojsku. Jednak kiedy nieznana grupa okazuje nagłe zainteresowanie jej pracą, Alison zdaje sobie sprawę, że John Clay to prawdopodobnie jedyna osoba, której może zaufać. Wspólnie muszą rozwiązać niebezpieczną łamigłówkę, a jej najbardziej przerażający element to trzęsienie ziemi na Antarktydzie.

Jakby tego było mało, ktoś z zewnątrz próbuje ich powstrzymać. Czas ucieka... a nasze pojmowanie świata niebawem zmieni się na zawsze.

Dziś chcę wam opowiedzieć co nieco, o "Przełomie". Książka ta bardzo mnie zaskoczyła i byłam pod naprawdę ogromnym wrażeniem. Może się wydawać, że nie jest to tematyka dla każdego. I tutaj jesteście w błędzie. Na początku sama tak myślałam, jednak wystarczyło kilka stron i wiedziałam, że bardzo się myliłam. Pochłonęłam tę książkę we dwa wieczory (choć bardziej tutaj pasuje określenie "dwie noce") i długo nie mogłam się z niej otrząsnąć. 

Mimo, że wprost nie mogłam się doczekać tej książki, to obawiałam się, że ta tematyka może mi nie podejść. O ile wątek z delfinami i komunikacją z nimi od razu napawał mnie optymizmem, to co do reszty nie byłam tego tak pewna. I przyznam, że pierwsze kilka stron było dla mnie bardzo dezorientujące i ciężko było mi się wgryźć w tę wymagającą historię. Jednak bardzo lekki styl autora, pomógł mi przejść przez początek, a później już kompletnie przepadłam. Czytałam w środku nocy i jak na początku bardzo chciało mi się spać, to im dalej brnęłam w odmęty oceanu, tym bardziej nie mogłam wypłynąć na jego powierzchnię. Emocje tak bardzo mną targały, że odechciało mi się spać i siedziałam do 5 rano, chcąc jak najszybciej przekonać się jak to wszystko się rozwiąże. 

Z zapartym tchem śledziłam losy bohaterów, mają wrażenie, że oglądam film. Akcja pędziła jak w hollywodzkim filmie i nawet nie pozwalała na porządne zaczerpnięcie oddechu. Całość sprawiła, że aż drżałam z podniecenia, momentami siłą powstrzymywałam się od krzyku irytacji, bądź złości. Uroniłam nawet łzę, co w moim przypadku bardzo dobrze świadczy o tej książce. Jest bardzo mało książek, które były w stanie wycisnąć ze mnie ten słonawy płyn. 

Widać, że autor włożył w tę powieść dużo serca i pracy. Wszystko jest doskonale dopasowane, rzeczy które wydają się nam kompletnie nie pasować, z biegiem fabuły idealnie odnajdują swoje miejsce, zaskakując czytelnika. Ciężko jest tutaj cokolwiek przewidzieć, co jest ogromnym plusem. Do tego bardzo przyjemny styl, wartka akcja, ciekawi i zapadający w pamięć bohaterowie, plus nowoczesna technologia i ogromna tajemnica, która nurtuje, wwierca się w głowę, dręczy. I najlepsze jest to, że nie wyjaśnia się ona tak od razu, na jednej stronie. Prawdę odkrywamy stopniowo, co jest bardzo dobrym zabiegiem, bo sprawia to, że jeszcze bardziej angażujemy się w opowiadaną historię. 

Jest to książka niepowtarzalna, nigdy wcześniej nie spotkałam się z czymś takim! Nazwanie jej dobrą, jest  niedopowiedzeniem. "Przełom" jest po prostu przefantastyczny. Bohaterowie mają w sobie to coś, co sprawia, że wydają się być prawdziwi. Łatwo zapadają w pamięć i zdobywają sympatię czytelnika. Nie obyło się również bez czarnego charakteru, chociaż nie wiem czy nazwanie go w ten sposób jest adekwatne. Ależ ten gość mnie denerwował, ileż nerwów przez niego zjadłam, miałam ochotę dosłownie rozszarpać go na kawałeczki i rzucić rekinom na pożarcie. Do tego, bohaterowie poboczni, których występuje tutaj całkiem sporo, nie są ograniczeni jedynie do wykonywanych zawód, tylko naprawdę wnoszą coś do historii. Nie są tylko pustym wypełniaczem. I to mi się bardzo podobało. 

Sam pomysł na tę książkę, uważam za naprawdę genialny. Jednak jednocześnie trudny do opisania, a panu Michaelowi udało się to praktycznie bez żadnego wysiłku. Wydaje mi się, że przyszło mu to z ogromną łatwością. Bardzo chciałabym poznać inne jego książki, bo w jego stylu, jest coś takiego, że wyróżnia się spośród tysięcy thrillerów sensacyjnych. Całość jest opowiadana przez trzech bohaterów, Alison, Clay'a i Kathryn. Najbardziej podobały mi się rozdziały Alison i delfinami. Czasami łapałam się na tym, że gdy był rozdział o np. Kathryn, to ja zerkałam dalej, nie mogąc się doczekać by wrócić do części opowieści o Alison. Niesamowicie mi się to podobało, nie tylko powolne odkrywanie mowy delfinów, ale też i komunikacja z nimi i to, co miały do przekazania. A obecność technologii, do której jeszcze wiele nam brakuje, jeszcze bardziej mnie przyciągała do tej książki. 

Nie sądziłam, że będzie to tak fascynujące, aż tak fascynujące! I jestem pod naprawdę ogromnym wrażeniem i nadal nie mogę przestać o niej myśleć. Zawiera ona w sobie pewne przesłanie, które bardzo mnie raziło, w dobrym sposób. Gdy ją skończyłam, to naprawdę ciężko było mi zasnąć, bo bardzo mną wstrząsnęła. A co do wydania, to jestem naprawdę zadowolona. Duża czcionka, świetna okładka, która przyciąga wzrok i świetny styl autora sprawiły, że dosłownie przepłynęłam przez tę powieść. I było to NieZwykłe doświadczenie! Chcę więcej! 

Serdecznie wam polecam "Przełom", nawet jeśli nie jesteście fanami thrillerów sensacyjnych. Wartka akcja, tajemnica, która zmieniła świat, przesymapatyczne delfiny, pełnokrwiści bohaterowie, historia która nie pozwala złapać tchu. Tym właśnie jest ta książka. I to nie wszystko! Koniecznie po nią sięgnijcie, a nie będziecie zawiedzeni. Cieszę się, że miałam możliwość przeczytania jej, bo każda minuta przy niej spędzona, była jak oglądanie doskonałego filmu. Oj, obejrzałabym ekranizację, oj obejrzałabym. Ta książka to czysta perfekcja, nawet gdybym chciała, to nie mam do czego się przyczepić. Wszystko jest jasne, czyta się z ogromną przyjemnością, a po jej skończeniu ciężko ot tak wyrzucić ją z głowy. Ukazuje nam ona nas, ludzi, jako naród, który zbyt pochopnie wyciąga wnioski. Ukazuje nas jako porywczych dzikusów, którzy kompletnie nie przejmują się innymi rasami. Nie mogę wam dokładnie wyjaśnić o co chodzi, ale jak przeczytacie, to przyznacie mi rację. Jesteśmy przerażający. I w tym tkwi sedno tej powieści. 

A może się mylę?

Koniecznie musicie ja przeczytać,
życzę wam wspaniałego dnia, Marlena Marszałek

14.2.18

72. Walentynki ze "Slammed" Colleen Hoover + Konkurs


Jako, że dziś są walentynki, to stwierdziłam, że opowiem Wam co nieco o mojej miłości. Rośnie ona powolutku, stopniowo, ale wiem, że będzie ona trwała. Zapraszam do recenzji książki "Slammed", ta książka moim zdaniem jest idealną pozycją na długi, zimowy walentynkowy wieczór. Już teraz mogę wam powiedzieć, że jeśli jeszcze nie znacie tej książki, to naprawdę dziwię się jakim cudem i dlaczego jeszcze tego nie zmieniliście. I dziwię się, jakim cudem ja nigdy wcześniej po nią nie sięgnęłam. 




Layken skończyła niedawno osiemnaście lat. Zaledwie kilka miesięcy wcześniej niespodziewanie straciła ojca. Wraz z kochającą matką i młodszym bratem postanawiają zostawić za sobą przeszłość w Teksasie, by rozpocząć nowe życie w Michigan. Sprzedają dom, pakują rodzinne pamiątki i wyruszają na północ. Każde z nich z innymi obawami i planami na dalszą przyszłość. Zarówno Lake, jak i Kel nie chcą porzucać szkoły, przyjaciół, wspomnień związanych z ulubionymi miejscami. Boją się tego, co ich czeka prawie dwa tysiące kilometrów od domu. Prawdziwego domu. Julia też się martwi. Mimo to stara się dodać otuchy swoim dzieciom i wesprzeć ich w najtrudniejszych chwilach. 

Po przyjeździe na miejsce okazuje się, że już pierwszy kontakt z sąsiedztwem z naprzeciwka zwiastuje poważne zmiany w rodzinnych relacjach. A to dopiero początek niezwykle emocjonalnej, momentami przezabawnej historii losów dwóch rodzin Cohen i Cooperów, w której nikt nie zdaje sobie sprawy, jak ich członkowie staną się sobie bliscy w obliczu śmiertelnej choroby i codziennych problemów.

Colleen Hoover coraz bardziej mnie zaskakuje. "Confess" było świetne, niesamowicie mi się podobało i nie spodziewałam się, że Colleen mnie zaskoczy, w szczególności w jeśli mówimy o debiutanckiej powieści. Jednak, gdy w moje łapki trafił pierwszy tom "Pułapki uczuć" w nowym, przepięknym wydaniu, to zrozumiałam, że "Confess" to zaledwie ułamek jej umiejętności. A gdy skończyłam "Slammed" to byłam pod ogromnym wrażeniem, że debiut może być tak dobry, a panią Hoover polubiłam jeszcze bardziej. 

Jednak, moja przygoda z twórczością tej autorki, nie była usiana płatkami róż. Na początku dziwiłam się, wiele razy głowiłam się, co takiego robi Colleen, że jest tak poczytną, znaną i lubianą pisarką. Wiele razy próbowałam się sama przekonać, ale jakoś nigdy nic z tego nie wychodziło. Pożyczałam książkę z biblioteki i koniec końców, leżała na półce aż do chwili gdy musiałam ją odnieść, jakoś mi było do niej nie po drodze. A teraz żałuję, bardzo żałuję, że wcześniej jej unikałam, bo jak teraz się okazało, wbrew temu co myślałam, straciłam naprawdę wiele. To dopiero moja druga przeczytana powieść tej autorki, a już wiem, że już niedługo szykują się Hooverowe zakupy. Na szczęście mogę to nadrobić. Nie mogę teraz jasno stwierdzić, że Colleen jest moją ulubioną autorką, ale wytrwale pnie się ona coraz wyżej i dotarcie do podium nie będzie dla niej żadnym problemem! I wiecie co? Bardzo mnie to cieszy, bo jej książki w jakiś cudowny sposób podnoszą mnie na duchu i ocieplają zamarznięte serce. 

Mimo, że opis nie brzmi jakoś niesamowicie, ot historia miłosna jakich wiele. Mamy chłopaka i dziewczynę, między którymi pojawia się miłość i przeszkody, które muszą pokonać. Jednak bardzo szybko przekonujemy się, że to nie prawda, już na pierwszych stronach przekonałam się, że jest to jedna z tych wyjątkowych książek, które wzbudzają w czytelniku cały wachlarz emocji. Nie sposób nie przeżywać tej historii, a emocje prawie rozsadzają serce, które w pewnym momencie już samo nie wie, co robić. Bić szybciej, czy się zatrzymać. To, co Hoover robi z serduchem powinno być karalne, mówię wam. 

Na początku wszystko jest proste. Mamy dziewczynę Layken i chłopaka Willa, oboje cierpią po stracie swoich bliskich i nie mają lekko w życiu. Ich spotkanie się zaraz po przeprowadzce Layken, daje im nadzieję, że szczęście naprawdę się im należy i że wystarczy, że wyciągną rękę a otoczy ich ono niczym bańka. Bohaterowie znają się niedługo, ale czują, że to właśnie jest to, że tego szukali całe swoje życie. Jednak w prawdziwym życiu nic nie przychodzi z łatwością, a czasami nie ważne jak mocno walczymy, nie damy rady pokonać trudności, które stanęły nam na drodze. Serce mówi, by wybrać ukochaną, ale rozum wie, że jest to niemożliwe i może to być początkiem końca. I to mi się niesamowicie podobało, że "Slammed" jest historią tak bardzo prawdziwą, że aż do bólu prawdziwą. To jest jej ogromny plus, że autorka na siłę nie próbowała wmówić nam, że życie jest proste i usłane różami. Realizm tej historii sprawia, że jeszcze lepiej się ją czyta.

Akcja powieści jest idealnie wymierzona, ani za szybka, ani za wolna, dzięki czemu czyta się lekko i przyjemnie. Widać, że Colleen bardzo przemyślała sobie tę książkę i włożyła mnóstwo pracy w każdą jej stronę. Wszystko ze sobą idealnie współgra, niczym perfekcyjnie dostrojone skrzypce. A ja uwielbiam grę skrzypiec. Sam pomysł, choć na początku może wydawać się nudny i nijaki (przez to, że wiele jest takich historii), jest po prostu doskonały. Styl autorki ma w sobie coś magicznego, widać że wie co robi i robi to obłędnie! Coś, co z pozoru powinno być przewidywalne, Colleen napisała w taki sposób, że takie nie jest. Nie wiem jak, ale ona naprawdę ma talent. Tej książki się nie czyta, ją się pochłania na jednym tchu, z uśmiechem, bądź podkówką na twarzy. Płynie się przez nią, a oderwanie się od niej jest praktycznie niemożliwe.

Obok tej książki po prostu nie da się przejść obojętnie i niemożliwe jest by przeszła bez echa. Nie zapomnicie tak łatwo o tej historii, będzie was ona dręczyć, będziecie nad nią myśleć, a łzy nie raz, nie dwa pojawią się w waszych oczach. Obserwowanie zmagań bohaterów, tego jak sobie radzą po tragediach jakie ich spotkały, a także miłości o którą walczą, jest uzależniające i bardzo emocjonujące. Ta książka budzi emocje, szarpie sercem na wszystkie strony i zajmuje każdą jego część. 


Jej głównymi zaletami są nie tylko świetny styl autorki, ale także i lekki i przyjemny sposób prowadzenia historii. Do tego bohaterowie, których po prostu nie da się nie polubić. Są oni tak bardzo realistyczni, tak bardzo prawdziwi, że wydaje się nam, że istnieją naprawdę. I nie mówię tutaj tylko i wyłącznie od Willu i Layken, ale także i o innych bohaterach, których poznacie jeśli tylko sięgniecie po tę powieść. Fabuła nie jest przesłodzona, ani kiczowato irytująco, rażąca w oczy. Mam tutaj na myśli to, że świat nie jest wyidealizowany, a bohaterowie nie są płytcy. A obecność wierszy dodaje cudownego klimatu, co jeszcze bardziej angażuje emocjonalnie. Jak czytałam, to ze zniecierpliwieniem czekałam na kolejny wiersz, nie mogąc się go doczekać. Bo choć fanką wierszy nie jestem, to te bardzo mi się podobały. Nie mogę również nie wspomnieć o świetnym humorze, którzy nie raz sprawi, że uśmiechniecie się, bądź zaśmiejecie. Czyż to nie jest książka idealna? Wszystko jest doskonale dopasowane i mamy składniki, które są przepisem na hit. 

Bardzo podobało mi się to, że mimo iż miłość pojawiła się tutaj szybko, to nie była nachalna, ani, hmm jak to ująć, bezsensowna. A wręcz przeciwnie! Ta delikatność mnie zdziwiła i rozgrzała serducho. I nie tylko o miłości między Layken a Willem ;) Nie mogę się już doczekać, aż dotrą do mnie kolejne tomy, coś czuję, że rzucę się na nie jak dzikus. "Slammed" jest książką wspaniałą, wciąga, angażuje i nie pozwala się oderwać. Nawet nie sądziłam, że tak bardzo potrzebowałam takiej historii. Polecam ją wam serdecznie, jeżeli szukacie czegoś lekkiego, co na długo zostanie w waszej pamięci i będzie lekturą na jeden wieczór. Będziecie zadowoleni ^^ 

 A jeśli jej nie macie, a chcielibyście ją wygrać, to mam dla was niespodziankę! Napiszcie w komentarzu, dlaczego chcielibyście przeczytać tę książkę, a ja wybiorę jedną osobę i do niej, dzięki uprzejmości Wydawnictwa YA, poleci egzemplarz powieści. Nie zapomnijcie mnie zaobserwować i dopisać wasz mail w komentarzu. 

Także, ja wam życzę wspaniałych Walentynek, wyniki za tydzień!
Pozdrawiam, Marlena Marszałek

6.2.18

70. "Kroniki skrzatów. Cz.1 Marbella" Marbella Atabe



Swego czasu naprawdę uwielbiałam baśnie, mogłam czytać, bądź oglądać je godzinami. Bardzo mnie one fascynowały i jak byłam młodsza to spędzałam przy nich wiele czasu. Księżniczki, smoki, książęta, bardzo mocna granica między dobrem a złem, fraza, która każdy z nas kojarzy "Za siedmioma górami, za siedmioma lasami". Już samo myślenie o tym na nowo wznieca ciepło w serduchu i otula umysł wspomnieniami z dzieciństwa. Od razu widzimy baśnie braci Grimm, czy Andersena. Pisane z ogromną lekkością, niezwykle mocno zapadające w pamięć i wiele razy zekranizowane, z lepszym bądź gorszym skutkiem. I mimo, że z biegiem lat wyrosłam z tego, to jak tylko mam możliwość to bardzo chętnie sięgam po ten rodzaj opowieści. Bo pozwalają mi one znów poczuć się jak dziecko, znów uwierzyć że magia i smoki istnieją. Dorastanie jest bezlitosne a czasu ani nie zatrzymamy, ani nie cofniemy. 

Pamiętam, że jak miałam 12 lat, to strasznie chciałam być dorosła, mieć już chłopaka, pracę. A teraz skończyłam już 19 lat, w kwietniu skończę 20 i jedyne o czym marzę, to wrócić do czasów, gdy bawiła mnie zabawa lalkami czy pluszakami, a wszystko wokół wydawało się być magiczne. Na szczęście moja bogata wyobraźnia przy mnie została. I to w gruncie rzeczy właśnie dzięki książkom. Nie wyobrażam sobie żyć bez nich i bez wyobraźni. Wtedy dorosłe życie już całkowicie straciłoby kolory. Dlatego też, zawsze podziwiam pisarzy, którzy mimo tego, że są dorośli, to potrafią stworzyć powieści dla najmłodszych (i nie tylko), które swoją niewinnością i subtelnością potrafią obudzić dziecko w czytelniku. 

A mówię o tym wszystkim dlatego, że dziś chcę wam przedstawić moją opinię na temat książki "Kroniki skrzatów. Cz.1 Marbella" autorstwa Marbelli Atabe. Bardzo długo czekała ona na swoją kolej, jakoś nie mogłam się za nią porządnie zabrać i porcjowałam sobie ją po trochę. Jednak nadszedł i czas na nią, a ja cieszę się, że w końcu mogę wam o niej co nieco opowiedzieć. Mi się naprawdę bardzo podobała i mam wrażenie, że gdybym była dzieckiem to byłabym nią zachwycona. Ale po kolei ;)

Książka, którą wziąłeś do ręki, jest wyjątkowa. Nie znajdziesz w niej przemocy ani mrocznych postaci z horroru. Zachwycą Cię jednak piękne opisy, ciekawe dialogi i niezwykłe sytuacje, w jakich znajdą się bohaterowie tej baśni.

Być może uda Ci się dzięki swojej wrażliwości dotknąć świata skrzatów, olbrzymów i innych dziwnych stworzeń. Poznasz niezwykłe życie złej czarownicy, która mimo zamrożonego serca, przyprowadza na zamek małego smoka i obdarza go uczuciem. Może zobaczysz rzeczy i zjawiska na pozór codzienne i przez to nieznane, z zupełnie innej perspektywy, które na długo pozostawią wrażenie niedosytu i zaciekawienia. Chwil spędzonych na czytaniu nie będziesz chciał zamienić na żadne inne, kiedy poczujesz, że ta książka „żyje”. 

Głównych bohaterów mamy w sumie kilku, Amelkę, niezwykle uroczego Gutka, czy olbrzyma Teodora. Jednak, cała opowieść opiera się głównie na postaci dziewczynki, mieszkającej w Dolinie Stokrotek małej Amelce, której towarzyszy ukochana babcia i suczką Tulą. Obie są zadowolone ze swojego życia i bardzo się kochają, ale czują się samotne, swoją piękną dolinę zamieszkują same. Dziewczynka ma bardzo ważną misję do wypełnienia i niedługo ruszy w podróż, która wszystko zmieni. Wiele lat temu ludzie i olbrzymy żyli w zgodzie i ogromnej przyjaźni, co babcia Amelki jeszcze pamięta i za czym bardzo tęskni. Jednak, zła wróżka Marbella, nie mogąc tego znieść sprawiła, że od tamtej pory zapanował niepokój i niezgoda, a mieszańcy byli skłóceni. W rękach Amelki leży przyszłość olbrzymów i ludzi. Czy małej dziewczynce uda się ich pogodzić i sprawić, by olbrzymy znów odwiedzały Dolinę? I czy Marbella naprawdę jest taka zła, jak o niej mówią? Czy jest ktoś, kto może rozgrzać jej serce i obudzić w niej dobro? 


Całość liczy sobie ponad 480 stron, jednak dzięki lekkiemu stylowi, jak to baśnie mają w zwyczaju, czyta się naprawdę bardzo szybko i niezwykle przyjemnie. Na początku ciężko jest się wciągnąć, jednak z każdą kolejną stroną coraz bardziej wsiąkamy w ten przesycony magią świat, obserwujemy z uśmiechem losy nie Teosia, Gutka i Amelki, niecierpliwie czekając aż w końcu się one połączą. Nie sposób nie polubić bohaterów. Są tak cudownie sympatyczni, że ciężko się od nich oderwać i z ogromną przyjemnością śledzi się ich poczynania. Baśń ta, tak nierealna, a jednocześnie zadziwiająco prawdziwa, jest jedną z tych, które mogłyby trwać po wsze czasy a na pewno by się nie znudziła. Może to właśnie dzięki bohaterom, którzy są jej naprawdę ogromną zaletą, może to dzięki historii, może dzięki temu, że ma w sobie coś takiego, co porusza te najgłębiej skryte struny nawet u dorosłego czytelnika. 

Zastanawiam się, co mogę wam powiedzieć na jej temat. Nie jest to jedna z tych książek, o których można opowiadać godzinami i bez zawahania. Chodzi mi o to, że mimo iż się staram, to naprawdę ciężko mi znaleźć jakiekolwiek słowa. Nie będziecie w stanie, jeśli po nią nie sięgniecie, wyczuć tej woni magii, która przemierza każdą z jej stron. Przepiękne opisy, szczegółowe, ale jednocześnie nie męczące, sprawiają że wyobraźnia zaczyna działać z pełną mocną podsuwając do głowy tysiące obrazów utworzonych ze słów napisanych przez panią Marbellę. Czuć w tej powieści niezwykłe ciepło, a także ogromne zaangażowanie i serce w nią włożone. Autorka, pisząca pod pseudonimem, jest cudowną osobą, o wielkim sercu i to objawia się w "Kronikach". Każda strona jest tego niepodważalnym dowodem. Włożyła w nią dużo serca i dzięki temu ta książka żyje swoim życiem. 

Niesamowicie polubiłam Gutka i jego relacje z książkową "złą" wróżką Marbellą. Ta powolna przemiana, rodząca się między nimi przyjaźń, były dla mnie naprawdę miłą odskocznią od trudnych chwil w moim życiu. Pozwoliła mi ona odetchnąć i choć na chwilę nie myśleć o dręczących mnie problemach. Bardzo się zaangażowałam w tę opowieść i z przykrością zdałam sobie sprawę, że te 490 stron, okazało się być jednak zbyt małą ilością. Dzięki tej książce mogłam znów poczuć się jak dziecko, mogłam znów doświadczyć magii, zobaczyć prawdziwego, przeuroczego smoka z przepięknym długim futrem, mogłam  poczuć siłę przyjaźni, rodzinnej miłości, tak całkowicie innej od tej, którą ja znam. Miłości bezgranicznej, dozgonnej, potrafiącej pokonać każdą przeszkodzę. To było wspaniałe doświadczenie. 

Nie mogę jednak nie wspomnieć o wadach. Ogromną zaletą są bohaterowie, bajkowe opisy, czy sam sposób prowadzenia historii, jednak to nie wszystko. Sądzę, że dziecko byłoby zachwycone i z otwartymi ustami słuchałoby opowieści, jednak mnie czasami bardzo irytowała bardzo powolna akcja, która momentami była bardzo monotonna. Dopiero gdzieś od 250 strony, gdy pojawiły się części opowieści z sześciorękim Gutkiem, całość nabrała tępa i zaczęłam czytać z większą przyjemnością. Do to tego, mam naprawdę ogromne ale, jeśli chodzi o wydanie. Papier jest straszny, cienki, przez co prawie 500-stronicowa książka wygląda na 300-stronicową, co niestety oznacza, że książka jest bardzo ciężka i trzyma się ją naprawdę nieporęcznie. Na początku nie jest źle, ale im dłużej się czyta, tym bardziej wbija się ona w palce i sprawia dyskomfort. 

Jednak, jedną z wielu zalet, o której wam nie wspomniałam, są rysunki w środku książki, wykonane przez samą autorkę, które dodają klimatu i jeszcze mocniej pozwalają się wczuć w opowieść, które moim zdaniem są naprawdę przepiękne. Jestem pewna, że zatrzymam tę książeczkę i jeśli w przyszłości będę mieć dzieci, to uraczę ich tą przepięknie napisaną historią. Coś czuję, że będą zachwycone nie tylko nią samą, ale również i rysunkami. 

Jednak, wbrew pozorom, nie jest to książka tylko dla dzieci. I dorośli mogą w niej znaleźć coś dla siebie. Przekazuje ona wartości, których niestety, w tych czasach zaczyna brakować, co niestety jest dosyć przykre. Historia, mimo że nie jest jakoś szczególnie wartka, to ma w sobie coś takiego, co nie pozwala się oderwać i napełnia serce niezwykłym ciepłem. A magia przepełnia każdą stronę i rozgrzewa każde nawet najbardziej zatwardziałe serce. 

Mogę ją wam z czystym sumieniem polecić, bo jest to naprawdę lekka, podnosząca na duchu opowieści, która na długo zostanie w pamięci. Mi się bardzo podobała, bo dzięki niej przypomniałam sobie czasy, gdy wróżki, smoki i magia były moją codziennością. Jeżeli szukacie czegoś lekkiego, co pozwoli się oderwać od trudności życia codziennego, to trafiliście idealnie. Ta książka jest dla was! Idealna na późne wieczory z kubkiem herbaty i czymś słodkim do przegryzienia. A także idealna dla najmłodszych!

Życzę wam wspaniałego dnia, 
Marlena Marszałek

2.2.18

69. Trylogia "Wolne Miasto Rades" "Przeklęta" i "Przebudzona" Iga Wiśniewska


Dziś opowiem wam o dwóch książkach, pierwszym i drugim tomie trylogii "Wolne Miasto Rades". Książki bardzo długo czekały (hmm, chyba w końcu powinnam zacząć czytać książki od razu jak do mnie docierają), aż się za nie zabiorę. I znowu głupia ja, czekała nie wiadomo na co, zamiast po prostu wziąć je z półki i przeczytać. Czy żałuję, że tak długo zwlekałam? Tak. Ale to już chyba nie powinno was dziwić. Jaki był powód tego mojego ociągania się? Wydaje mi się, że po prostu obawiałam się zawodu. Obawiałam się, że czas, który spędzę przy tych książkach będzie straconym i nic one do mojego życia nie wniosą. Jednak, już wiele razy przekonałam się, że polskie nie oznacza złe. To, że coś jest polskie, nie oznacza, że nie warto się z tym zapoznać. I "Przeklęta" i "Przebudzona" tylko mnie utwierdziły w tym przekonaniu. Dowiodły, że nie mam racji. Cóż to była za lektura, pełna emocji, akcji, mitologii, magii, miłości! Kompletnie się tego nie spodziewałam i jestem pod naprawdę ogromnym wrażeniem. Jednak, po kolei. 


"Włóczenie się nocą po Wolnym Mieście Rades nigdy nie było bezpieczne, nie kiedy w mroku czaiły się paranormalne istoty. Gdy coś zaczyna bezlitośnie wybijać zmiennokształtnych, którzy do tej pory uważali się za nietykalnych, zaczyna się wyścig z czasem. 
Kim lub czym jest morderca? Groźny władca zmiennokształtnych, tajemnicza kobieta, sympatyczny Rosjanin, zakręcony naukowiec i medium połączą siły, by rozwiązać tę zagadkę.
Zegar tyka." tom 1

"Gdy nad Wolnym Miastem Rades pojawia się księżyc w pełni, ulice pustoszeją. Ani zwykli, ani paranormalni mieszkańcy nie mogą czuć się bezpieczni. Tajemnicza bestia przez kilka dni w miesiącu poluje na ludzi, a brutalny morderca wybija kolejnych paranormalnych, nie zważając na fazy księżyca. David, władca zmiennokształtnych, musi ustalić, czy obie sprawy jakoś się ze sobą łączą, zabić bestię i złapać mordercę. Wszystko przed kolejną pełnią.
Żeby wygrać wyścig z czasem, będzie zmuszony poprosić o pomoc nie tylko nierozgarniętego naukowca i medium, lecz także kobietę, która powinna być martwa." tom 2



Mamy tutaj tajemnicę, nietuzinkowych bohaterów, którzy bardzo się wyróżniają na tle innych książek, mamy akcję, która wciąga bez reszty, mamy walkę, krew, miłość. Czegoż więcej potrzeba? Uwierzcie mi, jestem pod tak ogromnym wrażeniem, że po prostu nie mogę się otrząsnąć. Nie spodziewałam się czegoś tak dobrego i dosłownie brak mi słów. Staram się cokolwiek napisać, ale jest naprawdę ciężko. Musicie sami przeczytać te książki, ja nie jestem w stanie wam ich opisać. Mogę mówić, że ohoho, jakie fajne, podoba mi się, polecam, kupcie je jeszcze jutro. Nie o to tutaj chodzi. Sądzę, że choćbym spisała się na 6 tysięcy słów, choćbym krok po kroku opisała wam moje odczucia  to i tak nie zrobiłabym tego dostatecznie dobrze. Jestem po prostu bardzo pozytywnie zaskoczona i nie mogę się wyrwać z tego świata, wciąż przed oczami widzę Miriam, bohaterkę o której tak w sumie są te książki, bohaterkę niezwykle tajemniczą, pewną siebie, wyjątkową i bardzo mocno zapadającą w pamięć.

Na początku jej nie lubiłam, Miriam w sensie. Ale im dalej szłam, im bardziej ją poznawałam, tym bardziej ludzka i namacalna się stawała. W pierwszym tomie, przez pierwszą jego połowę straszliwie mnie irytowała, bo nie potrafiłam jej zrozumieć, nie potrafiłam zrozumieć jej zachowania, jej myśli, była dla mnie bardzo odstręczająca. Ale, cholera, im bardziej zgłębiałam się w perypetie Radesu, zmiennokształtnych, tajemniczego Rosjanina Iwana, Davida, Vivien, Bena i reszty, tym bardziej wsiąkałam w tę, sądzę że mogę tak to określić, niesamowitą opowieść, tym bardziej zaczęłam lubić Miriam. A gdy pod koniec pierwszego tomu, stało się co się stało, o jeny, byłam w takim szoku, że głowa mała, oczywiście jak to ja, usta jak złota rybka i wpatrywałam się w książkę z szeroko otwartymi oczami. Co, ale że jak? Nie to nie mogło się stać!

Jest to jedna z wielu zalet twórczości Igi Wiśniewskiej. Jest ona mistrzynią jeśli chodzi o zakończenia. Jakby chciała powiedzieć czytelnikowi "I co? Zatkało kakało?" (błąd jest celowy). I co jak co, jeśli tak miało być, to gratulacje, udało się. Nie mogło tam być lepszego zakończenia, naprawdę. Było ono tak perfekcyjnie perfekcyjne, że już bardziej perfekcyjne już nie mogło być. Ale oczywiście, nie jest to jedyna zaleta, ale nie zdradzę wam każdej z nich, sami się musicie przekonać! Jednak, nie obyło się też bez wad, jednak z perspektywy czasu nie nazwałabym ich w ten sposób. Na początku, trudno było mi się przyzwyczaić do sposobu prowadzenia narracji. Mam na myśli, że narratorów jest bardzo wielu i nie są to tylko główni bohaterowie, ale też czasami osoby postronne, które występują dosłownie na jeden rozdział. Raziło mnie to i wybijało z fabuły, ale tylko przez jakieś 100 stron pierwszego tomu. Potem się przyzwyczaiłam i wprost cieszyłam się, że możemy poznać myśli prawie każdego ważniejszego bohatera na temat jednego wydarzenia. To bardzo ułatwiało zrozumienie niektórych zachowań, których bez tego byśmy nie zrozumieli. I dzięki temu łatwiej można polubić innych bohaterów.


Kolejną zaletą jest to, że styl Igi jest naprawdę prosty i wciągający. Choć początki mogą być trudne, to jak już się wciągniecie, to amen w pacierzu, nie oderwiecie się tak łatwo. Czyta się szybko, przyjemnie, momentami aż drży się z niepokoju i niecierpliwości. Odkrywanie tajemnic razem z naszymi bohaterami jest naprawdę ekscytujące! I same tajemnice, morderstwa z którymi przyjdzie nam się spotkać, dzięki mitologii są jeszcze lepsze, bogatsze, bardziej soczyste. Jeśli są wśród was miłośnicy mitologii, to śmiało możecie sięgnąć po "Przeklętą" i "Przebudzoną", będziecie zachwyceni, mimo że nie od początku jest jasno powiedziane, że jest tutaj taki wątek. Możecie mi podziękować, wiecie to dzięki mnie, haha.

Do tego jeszcze umiejętnie wpleciony wątek miłosny, a raczej wątki. Nie ma ich za dużo, dzięki czemu nie przyćmiewają głównego wątku, co mnie bardzo cieszy. Jednak nie ma ich też za mało, dodają pewnego dreszczyku, są kropką nad i! I oczywiście sprawiają, że całość jest jeszcze bardziej realistyczna, jeszcze bardziej prawdziwa. I to mi się podoba!

Oczywiście, nie ukrywam, że jak skończyłam "Przeklęta", to prawie że rzuciłam się na "Przebudzoną".  Zakończenie pierwszego tomu bardzo podniosło moją ocenę na jego temat. Podobał mi się on, a jakże, ale nie było w nim nic szczególnie specjalnego, oprócz boskiego zakończenia. Co nie oznacza, że był nudny i kompletnie beznadziejny! Czytało mi się go naprawdę niesamowicie przyjemnie, jednak czegoś mi tutaj zabrakło. Za to drugi tom, toż to był miód na moje serce! Wątki z pierwszego tomu rozwinęły się, całość była doskonale zgrana, doskonale opisana, jeszcze więcej akcji, na której rozwinięcie nie musiałam długo czekać. To było coś wyśmienitego, widać ogromny postęp jeśli chodzi o styl pisania. W "Przeklętej" było dobrze, w "Przebudzonej" jest bardzo dobrze, jeśli trzeci tom będzie jeszcze lepszy, to chyba się będę rozpływać w jego recenzji. Iga stworzyła coś nowego, coś niesamowitego. Jak przeczytacie, to zrozumiecie. Pośród całej tej otaczającej nas fantastyki, pełnej schematów i podobieństw, to właśnie jej udało się wyjść przed wszystkie te książki i pokazać, że można stworzyć coś innego, a jednocześnie tak dobrego!

Jeśli o mnie chodzi, jestem po prostu zachwycona! Nie zabrakło tutaj niczego, mamy wszystko, co sprawia, że czytelnik na długo nie zapomni o tych książkach i będzie je miło wspominał jeszcze długi czas. Jeśli jesteście odważni i szukacie czegoś innego, czegoś co ma w sobie to coś, to dobrze trafiłeś. Mogłabym gadać i gadać, ale najważniejsze kwestie już omówiłam. Niezwykle przyjemne, wyjątkowe i jedyne w swoim rodzaju. Takie właśnie są te książki. Oj, już nie mogę się doczekać powrotu do "przygód" (nie wiem czy mogę tak to nazwać) Miriam i spółki. I nie mogę się doczekać rozwinięcia wątku miłosnego między Miriam a pewnym zmiennokształtnym. Totalnie wsiąkłam w ten świat i kompletnie nie mam ochoty go opuszczać.

I kto by przypuszczał, że tak surowo oceniłam te książki nie początku. Głupia ja, no po prostu głupia. Cieszę się, że w końcu je przeczytałam i żałuję, że tyle to trwało. Nie żałuję żadnej chwili spędzonej przy tych książkach. I cieszę się, że książki Igi, wbiły mi w końcu do głowy, że polskie, nie oznacza gorsze. Zapamiętajcie to sobie, ja postaram się już o tym nie zapomnieć.

Żałuję tylko, że było ich tak mało.

Pozdrawiam serdecznie, ściskam i całuję w szczególności Igę, której przysporzyłam pewnie nie jeden raz bólu głowy, wybacz kochana <3
Marlena Marszałek




Szablon dla Bloggera stworzony przez Devon.