Pokazywanie postów oznaczonych etykietą plaga samobójców. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą plaga samobójców. Pokaż wszystkie posty

31.8.16

30. "Epidemia" Suzanne Young

Jak byś się czuła, gdyby okazało się, że całe twoje dotychczasowe życie, jest jednym wielkim kłamstwem? Ty nigdy nie istniałaś tak naprawdę, grasz kogoś innego. To nie jesteś ty. Nigdy nie byłaś sobą, choć nie miałaś o tym pojęcia. W twojej pamięci są dziury, których nic nie może zapełnić. Czujesz pustkę, która wypełnia cię od środka.

Kim jesteś? Kim, tak naprawdę, jesteś?

Co się stało z twoją pamięcią?

Wszystko legło w gruzach, już nic nie jest takie samo. I nagle okazuje się, że jest ktoś, dzięki komu możesz odzyskać wspomnienia. Jednak by to się udało, musisz wycierpieć jeszcze wiele. Czy odkrycie prawdy, jest tego warte?

„Epidemia”, to kolejna część z serii „Program”. A raczej druga część jej sequela „Remedium”.

Quinlan McKee ma niezwykły dar, który wykorzystuje już od wczesnych lat dzieciństwa. Ratuje ludzkie życia, odgrywając role zmarłych nastolatków. Celem tego działania, jest pomoc w przejściu żałoby, rodzinom zmarłych dzieci. Czasem tylko to, może uchronić ich od załamania się i bądź może, samobójstwa.
Quinlan bardzo często nie jest sobą. Gra, ubierając peruki, maluje się i ubiera tak jak zmarły. Naśladuje go, aby jak najlepiej się do niego upodobnić. W tym celu ogląda filmy i zdjęcia z jego udziałem, dzięki temu staje się kimś innym. Kimś kto już nie żyje.

Jednak, udawanie kogoś innego, nie może się dobrze kończyć. Dziewczyna traci siebie. Sobowtórzy mają wiele zakazów, które mają im pomóc nie angażować się emocjonalnie w prowadzone sprawy. Jednak wszystko się komplikuje, gdy dziewczyna dowiaduje się, że samobójstwa, mogą występować w wyniku pewnej tajemniczej epidemii.

Odkrywa, że całe jej życie jest kłamstwem, nawet we własnym domu była sobowtórem. Nikomu nie może już zaufać, grozi jej ogromne niebezpieczeństwo! Nawet Deacon, jej najlepszy przyjaciel i miłość życia, kryje przed nią własne tajemnice.

Quinlan zaczyna szukać samej siebie, ale odkrywa przy okazji coś strasznego. Jest ona lekarstwem na epidemię samobójstw, która zbiera okrutne żniwo wśród nastolatków.

Każdy dzień staje się walką o utracone wspomnienia. Nie tylko jej.

Każdemu z nas, wydaje się że fajnie byłoby chociaż przez chwilę być kimś innym. Czasami, gdy stanie się coś strasznego, za wszelką cenę chcemy zapomnieć. Zamknąć się na otaczający nas ból, zamilknąć i nigdy więcej nie cierpieć.

Fabuła „Epidemii”, właśnie z tym mi się kojarzyła. Z zamykaniem się na ból. Ale co jeśli nie my o tym decydujemy?

Jak byśmy się czuli, gdyby okazało się, że nasza rodzina nie jest tak naprawdę naszą rodziną? Gdyby się okazało, że całe nasze życie, które pamiętamy, jest tylko kłamstwem, bujdą. Niby wspomnienia są prawdziwe, my jesteśmy prawdziwi. To skąd ta pustka? Skąd to uczucie, że czegoś nam brak?

Dla Quinlan stało się to prawdą. Największym koszmarem, który dręczył ją po nocach, łamiąc udręczone serce na pół. Kim tak naprawdę jest ta niezwykła dziewczyna?

Gwarantuję wam, że nie oderwiecie się od tej historii. Niby prosta, nie wnosząca nic nowego w świecie literatury, ale porusza serce. Nawet to najbardziej zatwardziałe. W tym tomie spotkamy się z bólem, cierpieniem, tęsknotą. Opowieść odgrywa się przed naszymi oczami.

Nie jest to zwykła książka dla młodzieży. Skrywa ona w sobie o wiele więcej niż możecie sobie wyobrazić. Bardzo często, czytając, odkładałam chwilę książkę, by zastanowić się nad słowami, które przekazała nam autorka. Może się wydawać, że taka opowieść, nie może przekazać  nam głębszych wartości, mimo iż porusza naprawdę głęboki problem, który bardzo często jest przez nas pomijany. Może….  Nie mogłam oderwać się od niej, choć bardzo tego chciałam. Bolało mnie obserwowanie cierpienia. Ale wiedziałam, że nie zdołam tak po prostu się oderwać.

Przykro mi, że musiałam się już rozstać z Quinlan. Tak bardzo chciałabym jej pomóc.

Nadeszła ta chwila. Ostania strona „Epidemii”. Uświadomiłam sobie wtedy jedną rzecz, ta opowieść na zawsze zostanie w moim sercu. Jest o wiele bardziej uczuciowa, niż z pozoru może się wydawać, wprawiła mnie w stan osłupienia, do granic możliwości przepełniała emocjami, które wylewały się na mnie ze stron
Ból. Czułam go cały czas. Piekący, szczypiący, ściskający za gardło. Wiele momentów przyprawiło mnie o bezdech. Czytałam jednak dalej, choć serce chciało na dłużej zatrzymać się przy danej chwili, danej stronie.  
Prawda jest taka, że o wiele bardziej podoba mi się opowieść o Quinlan. Jak dla mnie, „Plaga samobójców” i „Kuracja samobójów” mogłyby nie istnieć. Nie oznacza to oczywiście, że mi się one nie podobały. Były świetne.

Jednak gdy skończyłam „Epidemię” wiedziałam, że jest ona lepsza. Lepsza od prawdziwych części serii, nie będących sequelem. Zakochałam się w niej, a rozstanie było bolesne. Zupełnie inaczej było w przypadku historii o Sloane.

Jeśli jeszcze nie czytaliście, żadnej książki z serii „Program”, to nie zaczynajcie od „Plagi Samobójców”. Zacznijcie od „Remedium”. Szkoda, że ja nie mogę zacząć czytać całej serii od początku, zaczynając właśnie w ten sposób.


Jestem pewna, że obie historie na długo zapadną wam w pamięć i zostaną w waszych sercach. 

Pozdrawiam i życzę wspaniałych lektur, Marlena Marszałek

Na koniec zapraszam też do recenzji innych części serii "Program":


KURACJA SAMOBÓJCÓW (pojawi się na dniach)

REMEDIUM

9.5.16

26. "Remedium" Suzanne Young

Ból po utracie ukochanej osoby może zniszczyć. Najpierw jest tęsknota, niedowierzanie, człowiek na siłę wmawia sobie, że jego dziecko, matka, siostra żyje. Ma się wrażenie, że za chwilę wyjdzie zza rogu, uśmiechnie się i powie, że wszystko będzie dobrze. Chcesz znów usłyszeć jej głos, znów ujrzeć znajomą twarz...

Ale to niemożliwe. 

I wtedy nadchodzi gniew, przerażenie, smutek. Żal jest tak ogromny, że zaczynasz wariować. Nikt nie jest zdolny, aby wytrzymywać coś takiego. Może się to skończyć czymś strasznym, zniszczyć całe życie. Całe rodziny. 

Quinlan McKee jest sobowtórem. Jest 17-letnią dziewczyną, która posiada niezwykły dar – od najmłodszych lat pomaga rodzinom, które straciły dziecko. Lubi to uczucie, gdy jest kochana, choć doskonale zdaje sobie sprawę, że miłość, którą darzą ją jej chwilowi rodzice, jest kierowana nie do niej, ale do osoby, którą jest w tej chwili. Niesie ze sobą ulgę. Pomaga rodzinie zmarłego nastolatka przetrwać żałobę, na nowo otworzyć się na życie. Jak to robi? Staje się nią. Dzieckiem, które stracili. Ubiera się jak ono, nosi takie same fryzury, a także po obejrzeniu filmów i zdjęć z denatem przybiera jego zachowanie. Nie jest to dla niej żaden problem, jest najlepsza w wydziale żałoby, mimo swojego krótkiego życia rozwiązała już wiele spraw i uratowała wiele rodzin zrozpaczonych po stracie dziecka. 

Jednak mimo dobrych stron jej praca ma też pewien minus. A nawet kilka. 

Przez mnogość zleceń, które wykonała, często nie potrafi rozpoznać, kim tak naprawdę jest. Pamięta wspomnienia, które nie są jej. Myli własną przeszłość z losami tych, których role odgrywała. A jedyne, czego pragnie, to być sobą i być kochaną. Bycie sobowtórem nie jest łatwe. Grozi jej szaleństwo. A warunek ma tylko jeden: nie wolno jej angażować się emocjonalnie. Bo to może ją zniszczyć.

Sobowtór musi przejawiać empatię i zrozumienie w stosunku do swoich klientów. Musi zawsze zachowywać się profesjonalnie, zwłaszcza gdy jest w trakcie realizacji zlecenia (…) Celem jest wykorzystanie wspomnień klienta do zamknięcia pętli żałoby. Chodzi o umożliwienie klientowi pogodzenia się z nową sytuacją życiową. Sobowtór pomaga klientom odnaleźć swoje miejsce w nowym świecie, w którym zabrakło zmarłej bliskiej osoby, i zachować przy tym kruchą równowagę między wyparciem a akceptacją. Sobowtór wspiera klientów, zachowując się w sposób nieoceniający i uważny

Jednak Quinn jest zwykłym człowiekiem. Nie potrafi się odciąć od cierpienia innych, choćby bardzo chciała. Nie potrafi być tak nieczuła wobec osób, które przez tych kilka dni, gdy u nich jest, obdarzają ją większą miłością niż ta, jakiej doświadczyła ze strony własnego ojca. 

Doskonale wie, że jest to zabronione. Jednak gdy dostaje kolejne, bardzo poważne zlecenie, już od początku okazuje się, że nie będzie to takie proste, jak się jej wydawało. Teraz jest Cataliną Barnes, ładną blondynką, która umarła w niewiadomy sposób. Między Quinn a chłopakiem Cataliny zaczyna się rodzić więź. 

Quinn odkrywa, że odgrywana przez nią dziewczyna miała pewne tajemnice. Ale najdziwniejsze jest to, że nie przekazano jej informacji, w jaki sposób zginęła dziewczyna. To dopiero początek trudności. Rozpoczyna śledztwo, które ma okryć tajemnice. Gdy Quinlan poznaje prawdę o śmierci Cataliny, komplikacji przybywa. 

Śmierć ta mogła nastąpić w wyniku epidemii… 

Remedium to wspaniały prolog, dodatek będący wstępem do Plagi Samobójców. Mamy tutaj nie tylko ukazane początki epidemii, ale także niezwykle ciekawą historię dziewczyny, która zagubiła siebie, wcielając się w obce osoby i z takimi osobami przebywając. Jest to niezwykle mądra dziewczyna, niezwykle uczuciowa, pragnąca pomóc rodzinom pogrążonym w żałobie. 

Ale zacznijmy od początku. 

Cała opowieść jest naprawdę intrygująca, czyta się ją szybko, z ogromną ciekawością, co nastąpi za chwilę. Jeśli jeszcze nie czytaliście serii Program, to radzę wam zacząć od tej części. Ja żałuję, że nie przeczytałam jej jako pierwszej. Jest ona ciekawym wstępem do pierwszego tomu serii, po części wprowadza nas w całą historię, przy okazji ukazując, jak funkcjonował świat na początku epidemii. Poznajemy sobowtórów, osoby, które poświęcają swoje prywatne życie, aby uratować rodziny pogrążone w żałobie. Co prawda mają z tego duże wynagrodzenie, ale praca ta jest dla nich ogromnym zagrożeniem. Mogą stracić siebie, mogą oszaleć. Nie jest to warte nawet wszystkich pieniędzy świata. 

Zamknęłam oczy i w ciszy zaczęłam rozmyślać o swojej przyszłości. Jeszcze tylko sześć miesięcy udawania kogoś, kim nie jestem, i będę mogła nareszcie zacząć żyć swoim życiem. Ale czy wtedy ktokolwiek zechce ze mną być? Czy ktoś pokocha mnie – prawdziwą mnie, czy będę zasługiwać na czyjeś uczucie tylko wtedy, gdy stanę się kimś innym, niż jestem?

Jednak najgorsze jest to, jak odbiera ich społeczeństwo. Ludzie nie potrafią zrozumieć, jak można przejmować czyjeś życie. Nie potrafią zrozumieć, że terapia przeprowadzana przez nich naprawdę pomaga. Ludzie brzydzą się tym, wyzywają osoby wcielające się w innych od najgorszych, myślą, że zależy im tylko na kasie i tak naprawdę nie są prawdziwymi ludźmi. 

Bardzo trudno było mi podczas czytania obserwować tę nienawiść. Poznałam Quinlan, jej myśli, pragnienia, obawy i dziwiłam się, jak ludzie mogą tak reagować. Tak, to jest dziwne, ale sobowtóry nie robią nic złego. Ich zadaniem jest pomoc, nie przejęcie czyjegoś życia. 

Mimo że książka jest napisana prostym, ciekawym językiem, na początku jakoś nie mogłam się do niej przekonać. Czytałam jakby na siłę, zasłaniając palcami numery stron. Cały czas coś mnie od niej odrywało, myślami cały czas wracałam do Sloane z pierwszej części serii i jej historii. Nie pasowało mi to, że opowieść przedstawiona przez Suzanne tak bardzo różni się od tej, którą już znałam. Równie dobrze mogłaby to być w ogóle oddzielna książka. 

Jednak gdzieś po 150 stronach, gdy fabuła zaczęła się rozwijać, zrozumiałam, jak duży błąd popełniłam, twierdząc, że ten tom nie jest potrzebny w żadnym stopniu w serii. Choć początek był lekko nużący, a bohaterka wydawała mi się mdła (zapewne dlatego, że nigdy tak naprawdę nie jest sobą), czytałam dalej. Odkrywałam każdą emocję, każdą tajemnicę, obserwowałam, jak rozwija się sytuacja. 

I tak, nim się obejrzałam, została mi ostatnia strona. Bolesne rozstanie się z Quinlan i Deaconem, a nawet nieżyjącą przecież Cataliną. Ta prosta opowieść przepełniona bólem skradła moje serce, mimo że na początku nie wydawało się, aby kiedykolwiek tak się stało. 

I jestem pewna, że wasze także skradnie. Bohaterowie są wyraziści, stworzeni w taki sposób, aby na długo zostali w pamięci. A sama historia, niebędąca, szczerze mówiąc, niczym niezwykle odkrywczym i wyjątkowym, ma w sobie pewien urok. 

Jednak sami musicie się przekonać, jaka jest ta książka. Jestem pewna, że fani serii na pewno po nią sięgną. A tym, którzy o Programie słyszą pierwszy raz, polecam, aby nie zastanawiali się długo, tylko zapoznali się z tą historią, bo naprawdę warto. 

Nie jest to powieść o prostej tematyce, jest przepełniona bólem i cierpieniem, jednak w tym bólu jest także niezwykłe piękno. Mam nadzieję, że odważycie się wgłębić w świat, w którym panuje epidemia samobójców. 

I koniecznie zacznijcie swoją przygodę od Remedium.

Pozdrawiam i życzę przepysznych lektur, Marlena Marszałek

16.3.16

18. "Plaga Samobójców" Suzanne Young

Niewiele jest książek, które swoją tematyką, jednocześnie jest bardzo realną, a z drugiej strony bardzo mało prawdopodobną, trafią w mój gust. Zawsze spodziewam się w książce magii, które będzie spozierać na mnie z ich stron, która będzie je przepełniała od pierwszej do ostatniej strony. Zawsze wymagam więcej, niż daje mi opis, a książka moich oczekiwań nie spełniła idzie w odstawkę. Dlatego właśnie nie lubię książek obyczajowych, bo opowiadają o czymś, co może zdarzyć się każdemu z nas. Ja potrzebuję czegoś, co może się zdarzyć, ale jednocześnie jest na to bardzo mała szansa. Magicznych i zarazem zwyczajnych.

Coraz częściej na takowe natrafiam i jestem z tego powodu bardzo zadowolona. A wśród takich właśnie dzieł, znajduje się pierwszy tom serii Program „Plagę Samobójców”. Choć spodziewałam się czegoś całkowicie innego, to treść okazała się być czymś więcej, zaspokoiła moją duszę bardziej, niż to co sobie wyobraziłam.

Sloane, 17-letnia dziewczyna, mieszkająca w USA, popada w depresję. Jej starszy brat popełnił samobójstwo, a rodzice w panicznym strachu, że stracą także swoje ostatnie, starają chronić się ją za wszelką cenę, nawet jej wolności i dobrego samopoczucia. Kontrolują ją na każdym kroku, przez co nie może ona opowiedzieć im co ją trapi i wypłakać się na ramieniu. Inaczej od razu trafi do placówki Programu i zostanie pozbawiona swojego dawnego życia i wszelkich wspomnień. Ukrywa swoją rozwijającą się depresję i przygnębienie, a płacze jedynie przy swoim chłopaku Jamesie, który jest jej jedynym wsparciem, i w nocy do poduszki. Stara się być silna, by móc zatrzymać swoje życie.

W USA śmiertelnie żniwo zbiera pewna tajemnicza choroba. Zarażone nią nastolatki nie potrafią walczyć z dopadającą ich depresją, przygnębieniem i poczuciem, że żywot ich nie ma sensu, co popycha ich do ostatecznego kroku. Samobójstwa. Choroba ta dopada tylko nastolatków do 18 roku życia. Liczba śmierci wśród nich bardzo wzrosła. 1 nastolatek na 3, postanawia się zabić. Nie ma na nią lekarstwa, a jedyne wyjście to poddanie się programowi, który usunie zarażone wspomnienia, jednocześnie tworząc z nich całkowicie innych ludzi. Nie ma szansy na ratunek bez tego. Dlatego młodzi coraz częściej wybierają śmierć, woląc to, niż utratę pamięci.

Program, stworzony przez zaniepokojone władze, ma zapobiegać odbieraniu sobie życia. Każdy poniżej 18 roku życia, kto objawia znaki depresji, jest zabierany do tajemniczych, specjalnych ośrodków i tam poddany leczeniu. Później wraca do życia, jednak nigdy nie będzie dawnym sobą. Bo został pozbawiony najważniejszego: wspomnień i wielu przypadkach miłości.

Program kradnie nasze wspomnienia i wymazuje emocje, a kiedy wychodzimy z ośrodka, przypominamy maszyny opuszczające linię produkcyjną. Jakbyśmy nigdy wcześniej nie zostali zranieni ani nie doznali zawodu. Czym tak naprawdę jesteśmy, jeśli pozbawi się nas przeszłości?

Sloane i James walczą by przetrwać, ale coraz trudniej jest przekonywać siebie nawzajem, że ich miłość przetrwa wszystko i pozwoli wygrać. Nadchodzą zmiany, które prawie ich zniszczą. A Program depcze im po piętach.

A gdy samobójstwo popełnia ich kolejny przyjaciel, wiedzą że przegrali. Miłość, którą tak pielęgnowali, stała się niczym w obliczu programu. Popadają w depresję i wpadają prosto w ręce programu. Nie ma ratunku dla ich uczucia.

Suzanne Young miała iście diabelsko genialny pomysł, na serię która przyciągnie miliony tematyką którą porusza. Już sam tytuł, a także opis daje nam do myślenia i zachęca by zapoznać się z tajemniczą wizją świata, gdzie samobójstwo stało się chorobą, która zaraża jak grypa i zbiera śmiertelne żniwo. Ale to nie wystarczy. Taki temat, wymaga dużego doświadczenia i dokładnego rozpisania całej fabuły, by w niczym się nie pogubić.

I Suzanne poradziła sobie w tym idealnie! Od pierwszej strony widać, że zna się na tym i nie pisze pierwszy raz. Nie wiem, czy rozplanowała fabułę, czy pisała prosto z głowy, bez tego, ale wiem jedno, jest genialna w tym co robi i obdarzona ogromnym talentem, z którym z chęcią zapoznam się jeszcze nie raz.

Wykreowała bohaterów, którzy już od samego początku zdobywają naszą sympatię, w których historię wgłębiamy się z coraz większym zaangażowaniem i zaciekawieniem. Nie są to postacie nijakie, o których szybko zapomnimy. Wręcz przeciwnie! Zapadają głęboko w pamięć, wzbudzając miłe uczucia za każdym razem gdy o nich pomyślimy. Nawet nie wiecie jak mocno przeżywałam całą historię. Ochy i achy dobywały się z mojego gardła tak często, że dziwiłam się że jest to w ogóle możliwe. Siedziałam na łóżku, marszczyłam brwi, otwierałam usta ze zdziwienia, czasami nawet krzyczałam niecenzuralne słowa w kierunku jednego z agentów, mając ochotę udusić go własnymi rękami, najpierw jednak przez długi czas torturując. Nie pamiętam książki, która tak mocno grała na moich uczuciach. I wiecie co? Podoba mi się to.

Przeczytałam ją praktycznie na jednym tchu, nie interesowało mnie, że jest już 3 w nocy, a ja muszę o 6.00 wstać, by iść do szkoły. Pragnęłam jedynie czytać, czytać, czytać. Siłą się od niej oderwałam i zasnęłam. Tak, przyznam że do szkoły nie poszłam i jak tylko się obudziłam, od nowa zagłębiłam się w tą niezwykłą historię.

„Plagę Samobójców” czyta się z trudnością. Ale nie chodzi mi o styl pisania autorki, a fabułę. Ale trudność ta, nie jest niczym złym. Mnogość emocji, jakie wzbudza ten tom, odrywa nas od niego, rzucając naszym sercem na lewo i prawo. Styl pisania za to jest nieskomplikowany i jednocześnie bardzo ciekawy i doświadczony, dzięki czemu czytamy książkę szybko, mimo iż ma aż ponad 450 stron. Po jej przeczytaniu dopadła mnie refleksja. Czy ja za cenę miłości, chciałabym poddać się leczeniu w programie? Czy wolałabym umrzeć niż pozwolić usunąć sobie wspomnienia? Nadal nie znam na nie odpowiedzi i chyba wolę nie poznać jej nigdy, w prawdziwym życiu.

Ja, nim się obejrzałam, byłam już na ostatniej stronie. Z bólem ją odłożyłam, wpierw mocno przytuliwszy do serca. Nie chciałam się żegnać z Sloane i Jamesem, z potęgą ich miłości i historią, z jaką się jeszcze nie spotkałam. Na chwilę się zasmuciłam, postawiłam ją na półce i… Sięgnęłam po drugi tom. Dzięki Bogu, że mam oba. I to wszystko dzięki Natalii z bloga „Książkowe kocha, nie kocha”. Uff…

Oprócz dwójki wspaniałych bohaterów, mamy też wiele innych, odrobinę mniej ważnych, ale równie ciekawych i chwytających za serce. Lacey, Millera, Realma i innych. Najbardziej moje serce skradła Lacey, zwariowana, przebojowa dziewczyna o złotym sercu. Ale jeśli chcecie poznać ją i resztę dokładniej, to wiecie co robić!

Jak już mówiłam, w książkach szukam magii. I w tej, mimo iż historia w niej zawarta jest prawdopodobna, właśnie ją znalazłam.

„Plaga Samobójów” to opowieść nie tylko o tajemniczej chorobie. Przede wszystkim jest to opowieść o ogromnej miłości, między dwojgiem ludzi, która jest tak silna, że może przetrwać wszystko. O miłości, która poruszy każde serce i rozbije każdy mur. Ale czy miłość Jamesa i Sloane na pewno przetrwa? „Są rzeczy, które trwają wiecznie i odrodzą się w każdych okolicznościach.”

 Jesteś gotów zapoznać się z jej potęgą?


Pozdrawiam serdecznie i życzę przepysznej, wspaniałej lektury, Marlena Marszałek

Zapraszam też na ostatniego posta, gdzie przestawiła Wam okładki tej książki w innych krajach ----> PLAGA

13.3.16

Warianty Okładek #1 Plaga Samobójców

Witajcie moi kochani książkoholicy!
Przybywam dziś do Was z postem, w którym przedstawię Wam okładki "Plagi Samobójców" w różnych krajach. Jeśli się to Wam spodoba, to może zrobimy więcej takich postów! Czekam na Wasze propozycje książek, których okładki chcielibyście zobaczyć! Chcę zrobić z tego serię postów, więc czekam na wasze opinie :)

Zainspirowałam się filmikiem jednej booktuberki, który oglądałam już dawno temu i mam nadzieję że nie będzie mi miała tego za złe. Jakby co, to bez problemu usunę posta :)

Jak tylko znajdę link do jej posta, to podrzucę tutaj :) Jeśli macie jakieś propozycje na tytuł posta, coś innego niż "Warianty Okładek" to piszcie!

Dziś chcę pokazać Wam, jak w innych krajach wygląda okładka "Plagi Samobójców" 1 tomu serii "Program" autorstwa Suzanne Young. We wtorek pojawi się recenzja tego tomu na blogu, więc uznałam, że fajnie by było pokazać Wam jego okładki w innych krajach! Serdecznie zapraszam :) I piszcie która okładka podoba się Wam najbardziej i dlaczego! 


Polska okładka
Ta podoba mi się najbardziej, jest wykonana naprawdę cudownie, nie tylko napisy, ale także i zdjęcie są zrobione w sposób wprost idealny! Przyciąga oko i zatrzymuje je na dłużej, a na żywo wygląda jeszcze piękniej niż tutaj. 

Graficy zrobili wspaniałą robotę, jestem dumna że mamy tak minimalistyczną, a jednocześnie piękną okładkę. 













 _____________________________________________________


Okładka oryginalna
Co jak co, ale prawdą jest, że ta okładka o wiele bardziej oddaje treść książki, niż wydanie polskie, przykuwa oko, jednak nie podoba mi się tak bardzo jak nasze. 
Ale ogromnym plusem jest to, że została ona wydana w cudownej twardej oprawie! A pod nią kryje się prawdziwa okładka, niezwykle piękna moim zdaniem! No zobaczcie jaka ona jest cudna! Twarde oprawa rządzi zawsze <3 Z chęcią bym ją zakupiła.
 _____________________________________________________


  Niemiecka okładka
Naprawdę, jak ją zobaczyłam, to nie mogłam uwierzyć. Pierwsza myśl brzmiała "Fuu... Nienawidzę niemieckich okładek". Jednak jak się przyjrzałam, to stwierdziłam, że mimo odpychającego napisu ma w sobie to coś i mimo wszystko, przyciągnęłaby mój wzrok, gdybym ją zobaczyła w księgarni. 

Podoba mi się to jak ją rozdzielili i ten efekt jakby promieni? Nie mam pojęcia jak to nazwać :D 

A mimo wszystko odstraszające ciężkie niemieckie słowa, są napisane ciekawą czcionką o cudownym niebieskim kolorze. Więc mimo wszystko, muszę przyznać, że stałam się fanką tego wydania i z chęcią, tak samo jak oryginalne, chciałabym je zobaczyć ja swojej półce, nie ważne, że nie jest mi potrzebne! 




 _____________________________________________________


 Włoska okładka
Z tych wszystkich okładek, to właśnie ta najbardziej mnie urzekła, jest przepiękna i choć nie oddaje treści książki, to zachęca do przeczytania. Dziewczyna na niej jest śliczna, a piegi przeurocze, a promyk słońca, który czai się w lewym górnym rogu dodaje jej ciepła. 

Trzeba przyznać, że włosi znają się na rzeczy. Okładka przepiękna, modelka także, tylko trochę czcionka mi nie pasuje. Ale nie będę się czepiać! To moim zdaniem najlepszy wariant okładki Plagi Samobójców, jaki do tej pory widziałam!

Istne cudo! <3
 _____________________________________________________


Holenderska okładka
Boże święty, co to jest? Rozumiem konwencję, pasuje do treści, ale wykonanie jest straszne! Wygląda jak okładka horroru, a ten wszechobecny, ukochany przeze mnie niebieski kolor, tym razem prawie wpędza mnie w chorobę. 

Nigdy bym nie kupiła tej książki w takim wydaniu. Jest przerażająca i odstrasza. Wybaczcie holendrzy, ale tym razem się nie popisaliście. 

Radziłabym zmienić grafika. Takich okładek nie chcemy. Nikt nie chce takiej okładki. Może i niektórym się podoba, ale mi nie. I na pewno wielu z was także.

Nie chcę być tak ostra, ale naprawdę jest ona straszna :/

 _____________________________________________________


Rosyjska okładka
Jest inspiracja okładką oryginalną, obie wyglądają praktycznie tak samo i sądzę że był to dobry zabieg. Naprawdę podoba mi się ta okładka, jednak czegoś mi w niej brakuje. 

Nie potrafię znieść widoku rosyjskich liter, ale jest nie zwracać na to uwagi, to nawet mogłabym ją kupić (gdybym była Rosjanką oczywiście, nie władam jeszcze rosyjskim). Jednak włosy dziewczyny (Sloane), wyglądają jak wklejone. Dziwne... 

Nic więcej do niej nie mam :) 


 _____________________________________________________

Z tych wszystkich okładek, moją ulubioną jest włoska i polska, a wydanie w twardej oprawie urzekło mnie i chciałabym, aby nasze także zostało tak wydane. Oba wyglądałyby cudownie na półce! 

Która okładka jest Waszą ulubioną? Włoska? Holenderska (Brr...), a może Rosyjska? Piszcie w komentarzach! I czekam też na propozycje kolejnych książek, których różne wydania chcielibyście zobaczyć następnym razem. Jednak sądzę, że będą to raczej okładki książek, które przeczytałam i których recenzja pojawi się na blogu.

Okładki znalazłam na stronie Goodreads.com i stamtąd też pobrałam zdjęcia. Jeśli znacie też wydanie w innych krajach, których tutaj nie ma, to czekam na info!

Pozdrawiam cieplutko i życzę wielu przepysznych książek! <3
Marlena Marszałek

Szablon dla Bloggera stworzony przez Devon.